Opinie

Państwo w kryzysie

Ireneusz Krzemiński
Fotorzepa, Darek Golik DG Darek Golik
Donald Tusk ma rację, twierdząc, że Polsce nie potrzeba rewolucji w prawie i państwowych instytucjach. Ale zarazem całkowicie nie ma racji, jeśli zakłada, że święty spokój naprawi państwo – pisze socjolog
Dynamika wydarzeń polityczno–społecznych ostatnich tygodni jest tak oszałamiająca, że trudno znaleźć trwały punkt oparcia, który pozwala na rzeczowe i sprawiedliwe określenie tego, co się dzieje. Sądzę, że można dziś, mimo wielu niejasności i otwarcia naraz wielu spraw i problemów, zaproponować pewną ogólną interpretację. Nazwałbym ją kryzysem państwa, którego elementem jest też, rzecz jasna, kryzys polskiej polityki.[wyimek]Od kilku lat nie było afery bez wyraźnego kontekstu politycznego, która dowiodłaby, że celem działalności CBA jest walka z korupcją[/wyimek]
[srodtytul]Demagogia i intryga[/srodtytul] U końca wyjątkowo nieudanych rządów lewicy uformowano pewną definicję sytuacji. Pokazywała ona kryzys, w jakim znalazło się państwo z jego nieudolną, korupcyjną i drastycznie upartyjnioną administracją oraz ociężałym i wcale obywatelom nieżyczliwym wymiarem sprawiedliwości.
Dwie nowe, wielkie siły polityczne, które wówczas okrzepły, przygotowując wyrok na SLD-owskie rządy i nową definicję tego, co należy pilnie zrobić w polskiej demokracji, czyli PiS i PO, były dość zgodne w diagnozie. Ale wygrana PiS i klęska rzekomego planu powstania PO – PiS doprowadziła do zredefiniowania tej krytycznej diagnozy. Otworzyła też dwa lata walki z III RP. Demagogia, intryga polityczna i znaczące gesty, wyraźnie ideologizujące i moralizujące działania państwa pod rządami PiS w egzotycznej koalicji z Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin wprowadziły zupełnie inne zagrożenia dla demokratycznej Polski, niż te, które z zabójczą aktywnością stwarzał rząd Leszka Millera. Późniejsza wygrana PO otworzyć miała nowy etap w dalszym, pracowitym i służącym dobru obywateli przebudowywaniu państwa. Na nieszczęście, zaowocowało to nowym kształtem polityki jako wojny dwóch tzw. postsolidarnościowych partii przy aktywnym udziale mediów, stwarzających nieograniczone wręcz możliwości do zamiany polityki w nieustanną potyczkę. Dziś nie ulega wątpliwości, że walcząc o dobry obraz swej partii i swego rządu, PO całkiem, albo prawie całkiem, zarzuciło takie reformy, które miały państwo oczyścić, umocnić i przygotować na nowe wyzwania. Nic więc dziwnego, że oto mamy do czynienia z nową odsłoną tego, o czym politycy PO zapomnieli: o zadaniu naprawy państwa. [srodtytul]Afery z politycznym kontekstem[/srodtytul] Walka z korupcją, którą Prawo i Sprawiedliwość wpisało do swojego programu wyborczego, była niezwykle ważnym postulatem, który nic nie stracił na aktualności. Ale sposób, w jaki walkę z korupcją realizowano za rządów PiS, okazał się niemal tak samo zły jak sama korupcja. Od początku powołany specjalny urząd do walki z korupcją wśród polityków, czyli CBA, prowadził akcję o wyraźnie politycznym charakterze. I tak pozostało do dziś. Tak naprawdę zapomniano o tym, by tworzyć nową jakość w polskiej polityce i w działaniu urzędów państwa, które korupcji i innym, pokrewnym praktykom pozwalałyby postawić tamę. W tej wojnie wykrywanie przyczyn, także prawnych i instytucjonalnych, sprzyjających nieprawidłowościom i powiązaniom korupcyjnym występującym w polskich elitach politycznych zeszło na dalszy plan. Wszystkie głośne afery (i tak zwane afery) wykryte lub sugerowane innym przez polityków PiS oraz działalność Mariusza Kamińskiego w ramach Centralnego Biura Antykorupcyjnego to działa skierowane na przeciwników tej partii lub jej niechcianych sojuszników. Przykładem była akcja przeciwko Samoobronie i Andrzejowi Lepperowi. Udana w tym sensie, że wyeliminowała Samoobronę ze sceny politycznej. Ale nie wyeliminowała zjawisk, które cały plan umożliwiły. Od kilku lat nie było afery bez wyraźnego kontekstu politycznego, która dowiodłaby, że prawdziwym celem działalności CBA jest walka z korupcją. W afery, prowokowane przez CBA, angażuje się opozycja, która – jak pokazała to tzw. afera hazardowa – jest doskonale przygotowana na to, jakie ewentualne konsekwencje polityczne mogą one przynieść. [srodtytul]Obyczaj „załatwiania”[/srodtytul] Trudno oprzeć się wrażeniu, że cała akcja związana z ujawnieniem afery hazardowej była dobrze zaplanowana. Cios był mocny i celny, chociaż nie kwalifikował się i zapewne nie kwalifikuje do sprawy sądowej. Nade wszystko pokazał słabości i szemrane interesy polskich polityków, i to tych wydawałoby się „lepszych”, ale zarazem pokazał – patrząc okiem socjologa – najwyraźniej obowiązujące obyczaje w polskim życiu, które umożliwiają parakorupcyjne zachowania. Na co dzień ani w polskim biznesie, ani w innych sferach zachowań instytucjonalnych nie pozbyliśmy się obyczaju, uformowanego w PRL: obyczaju „załatwiania”, a więc przekonania, że chcąc zadbać o nasze prywatne lub partykularne interesy, trzeba znaleźć stosowne „dojście”. Albo przekupnego polityka bądź urzędnika, a jeśli nie, to kolegę, przyjaciela albo kogoś z rodziny, by coś w sprawie „załatwił”. Jak się okazało, taki wzorzec powiązań obowiązuje nadal między politykami a biznesmenami i tak zwanymi biznesmenami, bo przecież na takie najwyżej miano zasługują osławieni właściciele hazardowych przedsięwzięć. Ujawnia się tu choroba państwa, bezradnego wobec takiego obyczaju. Jestem bowiem głęboko przekonany, że dotyczy on ogromnej części naszych zachowań w urzędach i instytucjach i w dodatku stawia w niekorzystnym świetle tych urzędników i tych polityków, którzy mu nie ulegają. Afera powinna stać się doskonałym powodem, aby powiedzieć głośno i wyraźnie, że takie obyczaje nie mogą stanowić zaplecza dla działania państwa. Do pewnego stopnia stanowcze i decyzje premiera miały taką wymowę, choć jednocześnie premier Tusk rozczarował mnie tym, że w ogóle nie podjął wątku, jaki warto byłoby mocno zaakcentować przy okazji jego decyzji personalnych. Bo dobre obyczaje trzeba utwierdzać i polityka powinna temu służyć, temu także powinno służyć nowe prawodawstwo i ustanowienie jasnych oraz jednoznacznych reguł chronionych prawem, które by dobre obyczaje utwierdzały. [srodtytul]Urzędnicza słabość[/srodtytul] Wymaga to wielu działań, choćby przywrócenia znaczenia otwartości państwowych urzędów i instytucji na swobodną dyskusję, na możliwość ścierania się różnych interesów, aby mogły powstać rozwiązania najlepsze z punktu widzenia całego państwa i społeczeństwa. A więc powstanie płaszczyzn instytucjonalnych dających szansę, aby zainteresowani mogli włączyć się otwarcie do walki o swe interesy, a nie przez dostęp do takiego lub innego wpływowego ucha. Do tego wydaje się czymś całkowicie niezbędnym wykształcona, odpowiedzialna, nieprzekupna i kompetentna warstwa urzędników państwowych. W roku 20-lecia wolnej Polski można tylko ze smutkiem zauważyć, że dotąd nie zostało to zrealizowane. Urzędnicy są niekompetentni, wybierani z klucza partyjnego, cyniczni, nierozwijający żadnego propaństwowego etosu, bo też trudno go jakkolwiek rozwinąć w takich warunkach. O żadnych działaniach, które pokazywałyby, że wyciągnięte zostały wnioski z tego, co się wydarzyło rządowi i PO w ciągu minionych tygodni – jakoś nie słychać, przynajmniej o takich działaniach, które zdążałyby we wskazanym wyżej kierunku, owocnym dla przyszłości Polski. Chciałoby się, aby premier Tusk, może i słusznie przestrzegający przed powrotem rządów PiS do władzy, zaproponował coś więcej: podjęcie takich działań, które otwierałyby drogę do prawdziwej naprawy tego, co złe w działaniu polskiego państwa i w polityce. [srodtytul]Służby w polityce[/srodtytul] Inną sprawą, która też należy do chorób polityki, jest uczestnictwo w niej służb specjalnych. Mowa już była o zasadniczo politycznej, a więc działającej na rzecz jednej opcji działalności CBA. Ale sprawa jest poważniejsza i ma znacznie dłuższą historię niż ostatnie lata. Kolejna sprawa, jaką jest ujawnienie podsłuchów dziennikarzy w procesie prywatnym, ale za to wytoczonym przez ważną osobę z innej instytucji służb specjalnych – budzi niepokój o to, do jakiego stopnia służby specjalne stały się aktorem politycznym. Na dłuższą metę jest to szkodliwe i niebezpieczne, o czym historia wielkich demokracji może nam z łatwością przypomnieć. Nigdzie zaangażowanie się służb specjalnych w politykę nie prowadziło do niczego dobrego, nie może też nic dobrego przynieść Polsce. I nie chodzi tu o to, aby likwidować służby specjalne. Ich działanie nie może być jednak stronnicze, zdefiniowane partyjnie. Choćby taki cel, jaki przyświecał powołaniu CBA: walka z korupcją – nie może być zrealizowany w pełni, jeśli nie będzie oparty na zgodzie i wspólnym stanowisku wszystkich aktorów politycznych. Inną kwestią jest sprawa ilości instytucji, które można nazwać służbami specjalnymi i które mają prawo do ingerowania w prywatne życie obywateli. Poza CBA mamy jeszcze kilka instytucji, które mogą podsłuchiwać, inwigilować, podglądać nasze życie. Ich działalność może być z łatwością poddana polityczno-partyjnej kontroli, tak jak to usiłowano zrobić za czasów rządu SLD ze służbami podatkowymi. Sprawa wymaga poważnej debaty zarówno na szerokim forum opinii publicznej, jak i w kręgach specjalistów. W 20. roku istnienia wolnej, demokratycznej Polski, której jednym z fundamentów było hasło „państwa prawa”, mamy bowiem do czynienia z sytuacją, kiedy podstawowe prawa obywatelskie zdają się zagrożone. A państwowe instytucje zdają się nawet nie wiedzieć, w jakim zakresie ich służby specjalne podsłuchują i w inny sposób inwigilują obywateli. Tak dalej być nie może i dlatego ta sprawa też wymaga nowych regulacji. Polska demokracja kształtowała się samodzielnie, ale przecież od początku, od 1989 roku, ważne były dla nas sprawdzone wzorce dorosłych demokracji Europy i Ameryki. I teraz też powinniśmy z nich skorzystać, aby wypracować własne reguły, które z jednej strony nie paraliżowałyby działania służb i policji, jak bywało na początku transformacji, ale z drugiej – gwarantowałyby w pełni respektowanie praw obywatelskich. Bo teraz tego do końca nie gwarantują. Wciąż więc mamy do czynienia z chorobą państwa. [srodtytul]Odwaga podjęcia reform[/srodtytul] Donald Tusk ma zapewne rację, twierdząc, że Polsce nie potrzeba gwałtownych zmian ani rewolucji w prawie i państwowych instytucjach. Ale zarazem całkowicie nie ma racji, jeśli zakłada, że święty spokój naprawi państwo. Jak widać, choroby są widoczne i dość dobrze rozpoznane. Ba, to przecież sam rząd Tuska, dzięki pracy jego ministra Michała Boniego, sformułował warunki konieczne, by Polacy za lat kilkanaście żyli w kraju o standardzie prawdziwie europejskim, aby nasz potencjał społeczny został należycie ukierunkowany i dobrze wykorzystany. Te warunki jednoznacznie wskazują zaś na konieczną reformę państwa i jego nowe zadania, inne także ze względu na przynależność do Unii Europejskiej i jej standardy. Zatem dziś zadaniem polityka, który ma dalekosiężne plany i ambicje, musi być odwaga podjęcia dzieła reformy, dzieła uzdrowienia państwa. Zgoda, nikt nie chce gwałtownych ruchów i działań pełnych instytucjonalnej agresji. Ale sprawy nie rozwiąże się bez stanowczego działania i decyzji równie stanowczych jak personalne decyzje sprzed kilkunastu dni. Twórcza polityka nie polega na manipulowaniu ludźmi, lecz tworzeniu trwałych, instytucjonalnych zmian. I najlepiej, gdy politycy powrócą do źródła, jakim są obywatele i otwarta dyskusja między Polakami. Dyskusja nad celami i najlepszymi sposobami, jak zaradzić chorobom państwa i jak państwo naprawić. [i]Autor jest kierownikiem Pracowni Teorii Zmiany Społecznej w Instytucie Socjologii UW[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL