Publicystyka

Gramatyka debaty publicznej

Fotorzepa, Radek Pasterski RP Radek Pasterski
Dlaczego sędzia Solecka posłużyła się wyrażeniem „język nienawiści”? Albo nie rozumie jego znaczenia, albo rozumie i nie widzi nic złego w obrażaniu uczestników procesu. Obie możliwości są bardzo niepokojące – pisze filozof
Alicja Tysiąc, obawiając się utraty wzroku, chciała usunąć ciążę. Jednak ginekolog uznał, że w jej przypadku nie ma medycznych podstaw do dokonania aborcji. Po urodzeniu dziecka wzrok pani Tysiąc bardzo się pogorszył. Kobieta złożyła w Europejskim Trybunale Praw Człowieka w Strasburgu skargę na Polskę. Trybunał przyznał jej zadośćuczynienie za to, że nie miała możliwości odwołania się od decyzji ginekologa.
Sprawa była szeroko omawiana w mediach. Szczególnie krytycznie Alicję Tysiąc oceniał „Gość Niedzielny”. Jej starania o przerwanie ciąży pismo określiło jako próbę zabicia własnego dziecka, a zjawisko aborcji porównało z Holokaustem. Pani Tysiąc poczuła się wypowiedziami tego typu zniesławiona, pozwała katolicki tygodnik do sądu i sprawę wygrała. Nie podzielam opinii prezentowanych na łamach „Gościa Niedzielnego”. Ich język był mało subtelny, oceny nazbyt surowe. Rozumiem, że pani Tysiąc mogła poczuć się nimi dotknięta. Mimo to uważam, że wyrok wydany w tej sprawie przez sąd w Katowicach jest bardzo niepokojący. Dotyczy on reguł rządzących debatą publiczną. Sędzia Ewa Solecka, przyjmując wyraźnie aktywistyczną postawę, postanowiła reguły te zmodyfikować.
Szczególnie niebezpieczne wydają się dwa stwierdzenia, które pojawiły się w ustnym uzasadnieniu wyroku. Sędzia Solecka uznała, że niedopuszczalne jest moralne potępianie działań konkretnych jednostek oraz posługiwanie się w debacie publicznej „językiem nienawiści”. [srodtytul]Kogo można oceniać?[/srodtytul] Sprawa, którą musiał rozstrzygnąć katowicki sąd, nie była prosta. Jej istotą był klasyczny konflikt dwóch wartości: wolności wypowiedzi i dóbr osobistych jednostki. Sąd, próbując znaleźć wyjście z tej sytuacji, uznał, że wolność słowa powoduje, iż katolicy mogą twierdzić, że aborcja jest zabójstwem, ale ze względu na pewne prawa przysługujące jednostkom nie mogą tego ogólnego twierdzenia przenosić na oceny działań konkretnych osób. Na pierwszy rzut oka rozstrzygnięcie to wydaje się słuszne. [wyimek]Opinie na łamach „Gościa Niedzielnego” prezentowano językiem mało subtelnym, oceny były nazbyt surowe. Ale wyrok wydany w tej sprawie bardzo mnie martwi[/wyimek] To, czy aborcję potraktujemy jako zabójstwo czy też nie, jest pochodną naszych przekonań religijnych lub filozoficznych. Gdyby sąd zabronił głoszenia tego typu twierdzeń, byłoby to jawne pogwałcenie tak istotnych wartości, jak wolność sumienia, wyznania czy słowa. Europejski Trybunał Praw Człowieka w swoim orzecznictwie wielokrotnie podkreślał, że swoboda wypowiedzi dotyczy również poglądów, które mogą pewnym osobom czy grupom społecznym wydać się obraźliwe, oburzające, a nawet szokujące. Z drugiej strony publiczne piętnowanie określonych osób budzi sprzeciw moralny. Godność jednostki oraz jej prawo do prywatności powinny być równie chronione jak wolność wypowiedzi. Stanowisko sądu sprawia więc wrażenie wyważonego kompromisu, który sprawdza się w większości typowych sytuacji. Jednak przypadek Alicji Tysiąc ma szczególny charakter. Pani Tysiąc z własnej woli stała się postacią publiczną. Jej tragiczna historia jest powszechnie znana. Środowiska lewicowe traktują tę historię jako argument w dyskusjach dotyczących przerywania ciąży. W takim wypadku druga strona sporu ma prawo się odnieść do tego argumentu. W uczciwej wymianie zdań nie możemy odmawiać jednej ze stron prawa do zajęcia stanowiska na temat konkretnych faktów przytaczanych przez drugą stronę. Trzymanie się we wszystkich przypadkach zaproponowanej przez sąd zasady doprowadzi do zdeformowania debaty publicznej. Gdyby „Gość Niedzielny” w celu zilustrowania prezentowanego na swoich łamach stanowiska w sprawie aborcji posłużył się przykładem osoby, która pragnie zachować anonimowość i nie uczestniczy w debacie publicznej, byłoby to działanie niedopuszczalne. Podobnie, gdyby tygodnik katolicki zaczął ujawniać zdarzenia z życia pani Tysiąc, które nie mają związku z omawianą sprawą, naruszyłby jej prywatność. Dopóki jednak ogranicza się do oceny ujawnionych przez Alicję Tysiąc faktów, nawet gdy robi to w przesadnie surowy sposób, działania takie – niezależnie od ich oceny – dla dobra debaty publicznej należy tolerować. Gdy ktoś świadomie zaciąga się do wojska i na własne życzenie zostaje wysłany w rejon konfliktu, gdzie trwają zażarte walki, nie może się dziwić, że do niego strzelają. Alicja Tysiąc z własnej woli stała się uczestniczką ostrego światopoglądowego sporu. Toczy się on od dawna i żadna ze stron nie przebiera w środkach, by przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. Nikt nikogo nie zmusza, by publicznie uczestniczył w tej ideowej walce. Gdy jednak ktoś decyduje się wziąć w niej udział, musi się liczyć z pewnymi konsekwencjami. Zasada, którą przyjął sąd, ma zastosowanie tylko do osób prywatnych. W przypadku osób publicznych, a taką stała się na własne życzenie Alicja Tysiąc, przestaje ona obowiązywać. Nie znaczy to oczywiście, że można poniżać godność tych ostatnich. Nie można. Ale można ich słowa oraz postawy krytykować i oceniać. [srodtytul]Język nienawiści[/srodtytul] Sąd stwierdził, że „Gość Niedzielny”, pisząc o sprawie Alicji Tysiąc, posługiwał się „językiem nienawiści”. Użycie w tym kontekście tego wyrażenia jest z dwóch powodów zdumiewające. Po pierwsze określenie „język nienawiści” nie tylko nie występuje w polskim prawie, ale nie ma też jasnego znaczenia. Nie jest to neutralny zwrot o charakterze opisowym, tylko wyrażenie o bardzo dużym pejoratywnym ładunku emocjonalnym. Słowo „nienawiść” w każdym z nas wywołuje skrajnie negatywne skojarzenia. Wyrażenie to zostało wprowadzone do debaty publicznej przez środowiska lewicowe w celu piętnowania swoich politycznych przeciwników. Tak jak ktoś, kto przyjmuje istnienie podświadomości, nie jest bezstronny w sporze między freudystami i behawiorystą, a ktoś, kto sądzi, że historia rozwija się według dialektycznych prawidłowości, nie zachowuje neutralności w dyskusji między marksistami a liberałami, tak też osoba posługująca się wyrażeniem „język nienawiści” nie jest neutralna w światopoglądowym konflikcie między lewicą a prawicą. Wyobraźmy sobie, że sąd w Katowicach oddalił powództwo Alicji Tysiąc, a w uzasadnieniu wyroku stwierdził, że reprezentuje ona „cywilizację śmierci”. Nietrudno zgadnąć, co by się wtedy działo. Rozpętałaby się medialna burza, w której zarzucono by sądowi stronniczość – i byłby to uzasadniony zarzut. Jednak z równie stronniczą postawą sądu mamy do czynienia, gdy mówi on o „języku nienawiści”. W debacie publicznej dopuszczalne jest stosowanie zabiegów retorycznych odwołujących się do emocji odbiorcy. Można używać w niej porównań czy hiperboli. Już w wystąpieniach starożytnych mówców takie metody perswazji były często spotykane. Od tego czasu stały się one nieodłącznym elementem dyskusji toczonych w obrębie naszej cywilizacji. Lewica może więc utrzymywać, że przeciwnicy aborcji mówią „językiem nienawiści”, natomiast prawica porównywać aborcję do Holokaustu, a jej zwolenników zaliczać do „cywilizacji śmierci”. Nikt od uczestników tych sporów nie wymaga, by posługiwali się neutralnym językiem. Gdy jednak chodzi o wymiar sprawiedliwości, to zasady gry ulegają zasadniczej zmianie. Tu nie ma miejsca na nacechowane emocjonalnie, charakterystyczne dla określonych ideologii, wyrażenia. W momencie gdy sędzia zaczyna mówić takim językiem, z neutralnego arbitra przeradza się w wojownika walczącego po jednej ze stron konfliktu, który miał bezstronnie rozstrzygnąć. Po drugie jednym z filarów katolicyzmu jest miłość bliźniego. A więc stwierdzenie, że przedstawiciele tej religii, głosząc swoje etyczne przekonania, posługują się „językiem nienawiści”, może być dla nich równie obraźliwe jak dla zwolenników aborcji porównanie do nazistów. W związku z tym powstaje pytanie, czy sąd w uzasadnieniu wyroku skazującego za obrazę sam może bezkarnie obrażać stronę, która przegrała. Dlaczego więc sędzia Solecka posłużyła się wyrażeniem „język nienawiści”? Są tu dwie możliwości. Albo nie rozumie jego znaczenia, albo rozumie i nie widzi nic złego w stronniczości i obrażaniu uczestników procesu. Obie możliwości wydają mi się bardzo niepokojące. [srodtytul]Aktywizm sędziowski[/srodtytul] Jeżeli ustalając reguły rządzące debatą publiczną, będziemy – jak to w omawianym przypadku zrobił sąd – odwoływali się do takich określeń, jak „język nienawiści”, to reguły te nie będą miały charakteru neutralnego. W ten sposób światopogląd jednego z uczestników sporu zostanie wmontowany w pozornie bezstronne zasady prowadzenia dyskusji. Doprowadzi to do sytuacji, w której wolność słowa będzie miała charakter jedynie deklaratywny. Sąd w Katowicach wprawdzie przyznał, że katolicy mogą głosić swoje poglądy, ale muszą przestrzegać wywodzących się z lewicowego światopoglądu zasad, które istotnie tę swobodę ograniczają. Zajmując takie stanowisko, sąd przekroczył swoje uprawnienia. Jego rolą jest bezstronne pilnowanie, czy uczestnicy debaty publicznej przestrzegają obowiązujących reguł. Nie ma on legitymizacji, by te reguły modyfikować. Do tego uprawnione są jedynie wybrane przez społeczeństwo władze ustawodawcze. Sprawa Alicji Tysiąc ma charakter precedensowy. Pokazuje, że aktywizm sędziowski może być skuteczniejszym sposobem wprowadzania „postępu społecznego” niż demokratyczne procedury. Okazuje się, że za pomocą wyroków sądowych można tak zmodyfikować gramatykę debaty publicznej, by zachowując pozory wolności słowa, wykluczyć z niej stanowiska uchodzące za niepoprawne politycznie. Obawiam się, że jeżeli wyrok sądu w Katowicach nie zostanie uchylony, czeka nas więcej tego typu procesów. [i]Autor jest doktorem filozofii, adiunktem w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, zastępcą redaktora naczelnego „Przeglądu Filozoficznego”[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL