fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Media i internet

Sprzedajmy TVP!

Jakub Bierzyński
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Jestem przekonany, że państwo nie musi, wręcz nie powinno, mieć stacji telewizyjnych. To anachronizm, powszechny w Europie, mający swoje źródła w historii powstawania telewizji
W ostatnim felietonie szczegółowo i dość krytycznie opisałem projekt ustawy medialnej autorstwa posłów PO. Przypomnę podstawowe wady ich koncepcji.
Po pierwsze, projekt nie definiuje jednoznacznie pojęcia misji publicznej i nie odpowiada na fundamentalne pytanie o zadania państwa w tym zakresie. Misja publiczna z jednej strony definiowana jest przedmiotowo, poprzez tworzenie funduszu misji publicznej, z drugiej strony podmiotowo, poprzez odkomercjalizowaną antenę 2 TVP.
Po drugie, projekt przewiduje partycypację stacji komercyjnych w kosztach tworzenia misji, lecz nie precyzuje, w jaki sposób ma to wyglądać. Doświadczenie i pierwsze zapowiedzi pozwalają mi sądzić, że będzie to raczej regulacja administracyjna w postaci dodatkowego podatku, w rodzaju tego pobieranego na fundusz kinematografii, a nie regulacja rynkowa, na przykład w postaci przetargu na licencje na prawo do nadawania sygnału.
Po trzecie, projekt przewiduje oddanie telewizji regionalnej w ręce samorządów. To grozi uzależnieniem ośrodków regionalnych TVP od lokalnych koterii i demoralizacją samorządów, bo dla ich działaczy ważniejszy może się stać występ na szklanym ekranie niż rzeczywista działalność. Całkowite ulokalnienie telewizji skazuje ją na ekonomiczną wegetację ze względu na słabość rynków reklamowych i co za tym idzie, całkowitą zależność od dotacji z budżetów samorządów.
W dzisiejszych czasach misję trzeba umieć sprzedać. Nie ma w tym nic strasznego – wiekopomne dzieła kultury europejskiej też powstawały jako komercja
Po czwarte, projekt tworzy potworka w postaci państwowej telewizji komercyjnej. Rodzi się naturalna obawa, że nie będzie to ani telewizja komercyjna z prawdziwego zdarzenia, ani telewizja prawdziwie publiczna. Nie ma najmniejszego powodu, by sądzić, że państwo jest w stanie skutecznie zarządzać takim medium.
Po piąte, projekt nie reguluje kwestii fundamentalnej, a mianowicie natury procesu koncesyjnego i roli KRRiT.
Nie chciałbym się jedynie ograniczać do krytyki pomysłów innych, dlatego pozwolę sobie przypomnieć zarys reformy rynku mediów, który powstał przy okazji poprzednich wyborów i był prezentowany na łamach tej gazety parę lat temu. Mam wrażenie, że nie stracił on wiele na aktualności.
Myślę, że warto zacząć od definicji misji jako zadania państwa. W tej kwestii możliwe są dwa różne rozwiązania. Po pierwsze, można misję publiczną pojmować jako zadanie edukowania i wychowywania przez państwo swoich obywateli – i to jest tradycja europejska. Można też misję pojmować jako obowiązek stworzenia obywatelom prawa dostępu do treści wykraczających poza główny nurt gustów zdecydowanej większości – i to jest opcja amerykańska. Nie jest jasne, w którym kierunku idzie projekt PO.
Opcja pierwsza zakłada, że tworzy się mechanizm godzenia komercji z kulturą. Koncepcja państwowych stacji telewizyjnych kształtujących gusta obywateli rodziła się w latach początków telewizji, gdy wybór był bardzo ograniczony. Przypomnę, że przez wiele lat, w wielu krajach europejskich, państwo rezerwowało sobie prawo monopolu na rynku telewizyjnym. Ostatni monopol upadł stosunkowo niedawno, bo w 2003 r. w Austrii. Dzisiaj zadanie telewizji publicznej jest znacznie trudniejsze. Nie da się bowiem realizować misji bez widowni. Programy, których nikt nie ogląda, są bezwartościowe, choćby nie wiem, jak były piękne i wzniosłe. We współczesnym świecie misję trzeba sprzedać. Nie ma w tym niczego przerażającego. Pamiętajmy, że wiekopomne dzieła europejskiej kultury powstały jako czysta komercja. Leonardo da Vinci czy Eryk Van Eyk malowali na zamówienie, dla pieniędzy, a ich dzieła służyły interesom sponsorów. Przez setki lat sztuka, którą dziś nazywamy wysoką, była z gruntu komercyjna. Nie ma sprzeczności pomiędzy kulturą i komercją, misją i widownią. Nowa ustawa medialna powinna te przeciwieństwa łączyć, nie dzielić.
Połączyć misję z widownią jest stosunkowo łatwo. Tak właśnie funkcjonuje Instytut Sztuki Filmowej. Każdy, kto ma pomysł na ciekawy film, dobry scenariusz, zapał lub interes, może się ubiegać o finansowanie z tego źródła. Niektóre stacje komercyjne więcej z komitetu otrzymują, niż do niego wpłacają. Czy to źle? Broń Boże! To znaczy, że można pogodzić zdrowy mechanizm rynkowy z postulatem realizacji misji publicznej. Państwo działa sprawnie zawsze tam, gdzie poddaje urynkowieniu realizację swoich zadań.
Komitet Misji Publicznej powinien zarządzać funduszem celowym. Nie należy uciekać od polityki w tej kwestii. Definicja misji publicznej jest kwestią z natury polityczną. Im bardziej jawny będzie mechanizm dyskusji i ustalania priorytetów misji, tym dla tej misji lepiej. Fundusz Misji Publicznej powinien definiować misję przedmiotowo. Tak funkcjonują wszak wszystkie telewizje – wybierając najlepsze, ich zdaniem, pomysły na programy. Tak funkcjonuje powoływany już Instytut Sztuki Filmowej. Rozszerzenie tego mechanizmu i uwolnienie go od koterii i zależności od decydentów w stacjach telewizyjnych stworzy nowy, duży rynek dla młodych, ambitnych twórców, niezależnych producentów. Polskiej kulturze taki mechanizm się przysłuży, a twórcy będą mieli szerszy dostęp do większych funduszy na realizację swoich zamierzeń niż kiedykolwiek do tej pory. Mechanizm podziału środków powinien być rynkowy, mechanizm ustalania priorytetów polityczny – znany z podziału budżetu.
Jestem przekonany, że państwo nie musi, wręcz nie powinno, posiadać stacji telewizyjnych. To anachronizm. Nie twierdzę, że państwo nie ma obowiązku realizacji misji publicznej, tak jak ma obowiązek utrzymywać muzea, dotować teatry i opery. Od lat twierdzę jedynie, że, tak jak państwo nie powinno posiadać stoczni czy linii lotniczej, nie powinno tym bardziej posiadać stacji telewizyjnej. To, że państwo nie posiada stacji telewizyjnej nie oznacza, że nie realizuje zadań związanych z misją. Styk polityki z mediami jest wyjątkowo patologiczny. Jeśli system zamówień publicznych działa w miarę sprawnie w infrastrukturze, dlaczego nie może działać w dziedzinie kultury?
To, że państwo nie będzie mieć stacji telewizyjnej, nie oznacza wcale, że nie może realizować zadań związanych z misją
Posłowie PO mają rację – TVP trzeba podzielić. Moim zdaniem także sprzedać. I nie widzę powodów, dla których wycena TVP 1 czy TVP 2 w drastyczny sposób miałaby odbiegać od rynkowej wyceny TVN czy Polsatu. Oznacza to, że przy sprzedaży obu stacji po ich podziale można liczyć na kwotę ok. 13 mld zł. Sprzedaż TVP, jakkolwiek moim zdaniem pożądana i logiczna, nie jest jednak warunkiem powstania FMP. Przypomnę, że pozostają koncesje. Mam nadzieję, że UKE pod wodzą Anny Streżyńskiej przeprowadzi pierwszy prawdziwy przetarg na częstotliwości telewizyjne z zachowaniem wymogu konkurencji i priorytetu ceny. Wylicytowane wartości przybliżą nas do oceny wartości prawa do realizacji zysków na rynku telewizyjnym.
Jeśli przyjąć jako punkt odniesienia pokrewny rynek telekomunikacyjny, gdzie za prawo realizacji 3 mld zł zysków rocznie (skumulowany zysk netto wszystkich operatorów telefonii mobilnej w roku 2006) operatorzy płacili 10,6 mld za 25-letnie koncesje, to wartość koncesji dla całego sektora można oszacować jako kwotę bliską 350 proc. rocznych zysków netto. Jeśli posłużymy się tą analogią do rynku telewizyjnego, zakładając, że wszystkie stacje podlegają takim samym prawom ekonomicznej racjonalności i przynoszą podobne zyski odzwierciedlające ich udział w rynku reklamowym, to można oszacować wartość koncesji telewizyjnej w Polsce na około 5 mld zł. Oczywiście to rynek wyznaczy konkretną wartość w trybie licytacji, przez analogię podaję jedynie rząd wielkości, jakiego można się po przetargu na koncesje telewizyjne spodziewać.
Fundusz misji publicznej może zatem liczyć na 780 mln zł rocznie odsetek od wartości sprzedaży TVP 1 i TVP 2 (przy założeniu 6 proc. stopy zwrotu) oraz 300 mln zł rocznie wyłącznie od odsetek od opłat koncesyjnych od stacji telewizyjnych.
1,08 mld złotych to ponad dwukrotnie więcej od dzisiejszych wpływów z abonamentu, i to bez naruszania kapitału podstawowego funduszu w wysokości 18 mld zł. Jeśli zapewnimy przypływ wielokrotnie wyższych środków, a rynek zracjonalizuje sposób ich wydawania, polska kultura powinna kwitnąć jak nigdy dotąd, a twórcy opływać w dostatki.
Aktualne pozostaje pytanie o obszary, gdzie misji i komercji nie da się pogodzić. O operę, balet czy koncerty jazzowe. Możliwe są następujące rozwiązania – po pierwsze, wszystkim stacjom telewizyjnym można w koncesji zapisać obowiązek emisji programów (w określonej ilości) finansowanych z funduszu misji publicznej. Takie rozwiązanie obniży wycenę wartości koncesji. Po drugie, zastosować system przetargów odwrotnych. Jeśli żadna ze stacji nie będzie zainteresowana zakupem praw do emisji programu od FMP, to fundusz może licytować prawo do dopłat idących wraz z emisją danej pozycji.
Mechanizm zamówień publicznych wymuszałby realizację dobrych, nawet najlepszych pomysłów, dbałość o oglądalność leżącą w interesie nadawców i racjonalizację kosztów realizacji zadań misyjnych państwa. Jeśli żadna z komercyjnych stacji (TVN, Polsat, TVP1 i TVP2) nie wyraziłaby zainteresowania emisją danej pozycji wraz z dopłatą w czasie antenowym z jakimkolwiek potencjałem budowania widowni, to postulowałbym emisję tego programu w TVP 3, który to kanał pozostałby własnością państwa jako federacja telewizji regionalnych.
Tak naszkicowany program byłby połączeniem amerykańskiej i europejskiej tradycji myślenia o misji mediów. Czy jest radykalny? Nie sądzę. Reforma mediów proponowana przez PO i tak narusza interesy wszystkich zainteresowanych. Nie ma jednak wątpliwości, że jest to projekt stający w pół drogi”. Nie rozumiem dlaczego. Wniosek jest prosty: nie wahajcie się, zróbcie tę reformę konsekwentnie, weźcie byka za rogi – sprzedajcie TVP.
Autor jest prezesem Omnicom Media Group
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA