Lista 500

Wielki skok

Rzeczpospolita
Komentarzom, które trzeba pisywać co roku, zagraża nuda. Co nowego i interesującego można znaleźć na wypełnionej rzędami cyfr Liście 500 największych polskich przedsiębiorstw?
Oczywiście, specjaliści od finansów mogą wgryzać się w te suche liczby, wyciągając z nich wnioski na temat sytuacji poszczególnych firm. Można również skoncentrować się na samych zmianach pozycji na liście, wiedząc, że z roku na rok nie są one specjalnie znaczące, zwłaszcza na szczycie. Można wziąć szkło powiększające i dyskutować o całym szeregu interesujących szczegółów i zaczątków ciekawych trendów. Ale to dyskusje dla specjalistów. Dlatego w swoim komentarzu do listy staram się nie tyle analizować liczby, ile raczej podzielić się swoimi generalnymi wrażeniami. Zwłaszcza gdy uważam, że można z niej wyczytać nieco więcej na temat stanu polskich firm i polskiej gospodarki, niż publikuje w rocznikach statystycznych GUS.
Obecny komentarz jest już szóstym z kolei. Mimo to nie zawaham się po raz kolejny użyć tego samego zabiegu co poprzednio – przypomnieć tytuły i wydźwięk moich tekstów z lat ubiegłych. Tylko w ten sposób możemy bowiem uświadomić sobie, co się w ciągu tych lat zmieniło. A zmieniło się tyle, że nie zawaham się użyć słów: w polskiej gospodarce nastąpiła prawdziwa rewolucja. Rodzime firmy dziś to nie te same przedsiębiorstwa, których wyniki omawiałem sześć lat temu. Są lepiej zarządzane, sprawniejsze, bazują na znacznie mocniejszych fundamentach, są coraz pewniejsze własnych sił. Z roku na rok takich zmian się niemal nie widzi. Z większego dystansu można je zauważyć gołym okiem – wystarczy tylko staranniej się przyjrzeć. Jak więc brzmiały coroczne tytuły komentarzy? Ten z 2002 r.: „Atleci są zmęczeni”. Oddawał dość powszechny wówczas w Polsce kryzys wiary w dobre perspektywy naszej gospodarki. Wielkie firmy zajmowały się najsmutniejszymi działaniami dostosowawczymi, jakie istnieją – cięciem kosztów, zwalnianiem pracowników, redukowaniem rozdętych uprzednio planów inwestycyjnych. Potem było jednak lepiej. W roku 2003 nastąpiło „Senne przebudzenie”, gdy zaczęły już świtać nadzieje na lepszą przyszłość, ale na Liście 500 było nadal sennie i niemrawo. A zyski firm wciąż szły na konta bankowe, a nie na inwestycje.
Rok później (właśnie wówczas, gdy wchodziliśmy do Unii Europejskiej) nastąpiła „Poranna gimnastyka”, okres stopniowego zwiększania aktywności polskich przedsiębiorstw. W kolejnym (2005 r.) firmy znalazły się „Na rozbiegu”. Gospodarka nadal przyspieszała, wreszcie ruszyły inwestycje, zaczęło powoli spadać bezrobocie, gwałtownie do góry poszedł eksport. Te wszystkie trendy uległy dalszemu wzmocnieniu w roku 2006, gdy nastąpiło „Wybicie do skoku”. I wreszcie nadeszły dane za rok 2007, które potwierdzają, że oczekiwany skok wreszcie nastąpił. I wszystko wskazuje na to, że będzie to wielki skok, który może na dobre odmienić oblicze polskiej gospodarki, znacznie lepiej, niż to się udało pół wieku temu Mao Zedongowi z gospodarką komunistycznych Chin. Skok dokonywany w warunkach coraz większej dbałości o efektywność i konkurencyjność (nic dziwnego, skoro przez ostatnie lata znikają ostatnie bariery, które przez minione dziesięciolecia odgradzały polskie firmy od światowej konkurencji). Dokonywany w warunkach rosnącego zrozumienia dla wagi kapitału ludzkiego, którym dysponują firmy (nic dziwnego, skoro z kraju silnego bezrobocia zmieniliśmy się w ekspresowym czasie w kraj, w którym niełatwo jest zdobyć pracowników). Dokonywany w warunkach łatwiejszego dostępu do kapitału (nic dziwnego, skoro przez ostatnie lata sam napływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych wyniósł po kilkanaście miliardów euro rocznie, złoty nabierał siły, a stopy procentowe pozostawały na umiarkowanym poziomie). Wreszcie dokonywany w warunkach nabierającej stopniowo rozpędu ekspansji polskich firm na rynki zagraniczne (nic dziwnego, skoro polski rynek jest z natury rzeczy ograniczony, a swobodę dostępu do gigantycznego rynku europejskiego zapewnia nam członkostwo w Unii). Czy wszystko to widać w liczbach zawartych na Liście 500? Owszem. W roku 2002 przeciętna wartość sprzedaży firmy z Listy 500 wynosiła 1,1 mld zł (wówczas odpowiednik 290 mln euro), dziś jest to niemal 2 mld zł (odpowiednik 530 mln euro). Wówczas średni udział eksportu w sprzedaży wynosił kilkanaście procent, dziś przekracza 25 proc. Wówczas najwyżej lokująca się, nastawiona na eksport firma przemysłu przetwórczego zajmowała 18. miejsce, dziś jest na miejscu 9. Spada też – choć zapewne zbyt wolno – dominacja państwowych gigantów wśród czołówki listy. Wzrosły gwałtownie inwestycje, wydajność pracy, rentowność. Trendy te widać również wówczas, gdy wyniki roku 2007 porównamy z rokiem ubiegłym. Przychody przeciętnej firmy z Listy 500 wzrosły nominalnie w ubiegłym roku o 14 proc. (przy przeciętnym wzroście cen sprzedaży o nieco ponad 2 proc.). Z roku na rok mamy więc większe, lepiej zarządzane, bardziej przebojowe i konkurencyjne przedsiębiorstwa. Prawdziwe pytanie, na które nie znamy jednak jeszcze dziś odpowiedzi, brzmi: jak długo to potrwa? Czy ów skok przeniesie na trwałe polską gospodarkę w naprawdę inny świat, czy też skończy się za rok lub dwa bolesnym upadkiem? Czy ciągle jeszcze stosunkowo nieśmiała ekspansja na rynki zagraniczne uczyni z naszych firm za kolejnych sześć lat dużych europejskich graczy? I czy ich rozwój zacznie się w większym niż dotąd stopniu opierać na czynniku wiedzy i innowacji, bez którego prędzej czy później nie dadzą sobie rady z konkurentami? Na te pytania postaram się odpowiedzieć w kolejnych komentarzach do Listy 500 w ciągu kolejnych sześciu lat. [i]prof. Witold M. Orłowskijest głównym ekonomistą firmy doradczej PricewaterhouseCoopers[/i] "Lista 500" w wersji Excel jest dostępna za dodatkową opłatą. Prosimy o kontakt z [mail=a.malanowska@rp.pl]Anną Filipp-Malanowską[/mail]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL