Unia Europejska

Krajowa Rada Legislacyjna potrzebna od zaraz

Rzeczpospolita
Złe prawo najbardziej szkodzi zwykłym ludziom – pisze eurodeputowany Janusz Wojciechowski
Czy traktat lizboński i ustawa ratyfikacyjna są zgodne z konstytucją? Dla jednych są, dla innych nie. Trwa wyścig na sprzeczne ekspertyzy. Trybunał Konstytucyjny, jeśli odpowie, to dopiero po zakończeniu ratyfikacji. Kto wobec tego powinien wstępnie rozstrzygać podobne spory, żeby machina legislacyjna nie traciła czasu i energii na roztrząsanie wadliwych projektów?
Mogłaby to czynić krajowa rada legislacyjna, którą powinno się utworzyć.
W 2003 roku wnosiłem w imieniu grupy posłów projekt ustawy o krajowej radzie legislacyjnej, który jednak został odrzucony, bo rady nie chcieli ówczesny premier Miller i SLD. O ile pamiętam, większość Platformy też głosowała przeciw, a za były PSL, PiS, LPR i Samoobrona. Warto wrócić do tego projektu. Jest gotowy (druk nr 1881 Sejmu IV kadencji), trzeba tylko go odkurzyć, uaktualnić i wnieść do laski. Nawet zaopiniowany jako niesprzeczny z konstytucją oraz prawem wspólnotowym. Jego odrzucenie nastąpiło z przyczyn politycznych, bo merytorycznie się bronił. Krajowa rada legislacyjna mogłaby się składać z 15 wybitnych prawników (osób wyróżniających się wiedzą prawniczą) powoływanych na sześć lat. Po pięciu z nich mogliby nominować prezydent oraz marszałkowie Sejmu i Senatu. Sposób wyłaniania członków rady jest zresztą do dyskusji, pierwotnie przewidywany był również udział premiera. Zadaniem rady byłoby wydawanie opinii dotyczących projektów ustaw na wszystkich etapach procedury ustawodawczej, od rządowego po prezydencki. Każdy projekt wnoszony do Sejmu, a także wcześniej, na posiedzenie Rady Ministrów, powinien być zaopiniowany przez radę – czy jest zgodny z konstytucją oraz czy jest w ogóle potrzebny, czy ma odpowiedni poziom prawniczej dokładności i precyzji. Byłyby to jedynie opinie, a nie władcza ingerencja w proces legislacyjny, nie jest bowiem ona możliwa bez zmiany konstytucji. Rada śledziłaby też cały proces legislacyjny i baczyła, żeby się nie przedostawały do ustaw poprawki w rodzaju „innych roślin lub czasopism”. Kolejne wersje projektów musiałyby być „notyfikowane” w radzie, byłby to sposób na obronę przed niekontrolowanym lobbingiem, a nawet przed korupcją, która, jak pokazała afera Rywina, w działalności ustawodawczej jest realnym zagrożeniem. Powołanie krajowej rady wiązałoby się z likwidacją obecnej Rady Legislacyjnej przy rządzie. Moim zdaniem koordynacją rządowych prac legislacyjnych powinien się zajmować minister sprawiedliwości, który po zapowiadanym uniezależnieniu prokuratury pracy będzie miał niewiele. Minister jako naczelny legislator rządowy pozostawałby w stałym kontakcie z krajową radą legislacyjną i przedstawiał jej do opiniowania akty rządowe. Krajowa rada legislacyjna swoją opiniodawczą interwencją w proces tworzenia prawa przyczyniłaby się do poprawy jego fatalnej obecnie jakości. Osłabienie aktywności legislacyjnej w obecnej kadencji jest, jak sądzę, przejściowe. Taśmociąg prawodawczy wkrótce przyspieszy bieg i nasza legislacja będzie znów pracować w tempie, które już kiedyś obliczyłem: co dzień nowa ustawa, co godzina nowe rozporządzenie, co siedem minut nowa strona w Dzienniku Ustaw. Dzienniki Ustaw z 1990 roku ważą 4 kg, z 1996 – 11 kg, a z 2002 roku 42 kg. Wagi dzienników z ostatnich lat nie sprawdzałem, ale z pewnością się nie zmniejszyła. Pracuje w Sejmie pełną parą komisja „Przyjazne państwo” posła Palikota, która naprawia prawo gospodarcze. Strach pomyśleć, co nawyprawia z polskim prawem ten amatorski zespół legislacyjny. Nie mówię, żeby taka komisja nie działała, w końcu Sejm składa się głównie z legislacyjnych amatorów, ale musi być nad tą działalnością profesjonalna kontrola jakości, żeby przynajmniej wyłapywała buble prawne i przed nimi ostrzegała, zanim zostaną uchwalone. Owszem, jest sejmowe biuro legislacyjne, którego uwagami mało kto się przejmuje, znam to. Potrzebny jest organ mający silny autorytet i podstawy prawne, a przede wszystkim mający niezależność. Dość amatorstwa w tworzeniu prawa. Dość pisania prawa na kolanie, przez wynajęte kancelarie, żeby chociaż prawnicze. Kontrola NIK ujawniła swego czasu, że projekty ustaw pisali wynajmowani studenci. Powołanie rady, instytucji rozmiarami zbliżonej do Trybunału Konstytucyjnego, kosztowałoby podatników 20 – 30 milionów złotych rocznie, 20 razy mniej niż kara niedawno umorzona spółce J&S za brak wymaganych rezerw paliwa. Korzyści z poprawionej jakości prawa byłyby przeogromne. Dla państwa, ale przede wszystkim dla ludzi, bo złe prawo najbardziej szkodzi zwykłym ludziom.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL