Literatura

Tustelanie i szkopyrtoki z Zaolzia

Jarosław Jot-Drużycki, Hospicjum Zaolzie, Wydawnictwo Beskidy Wędrynia, 2014 r.
Rzeczpospolita
„Co też propaganda może zrobić z jednej małej rzeczki!" – miał podobno westchnąć (w anegdocie przytaczanej zbyt często, by była prawdziwa) Henry Kissinger na widok Jordanu.
Równie zajmujące jest, co z niewielkiej rzeczki potrafi zrobić historia – z rzeczki, czy może raczej położonego na jednym z jej brzegów łuku żyznej i bogatej w kopaliny ziemi.
Termin „Zaolzie" narodził się w Warszawie dopiero po 1918 roku, kiedy okazało się, że niewielki obszar na styku Moraw i Śląska może stanowić przedmiot gorącego sporu Pragi i Warszawy, a Rada Ambasadorów w belgijskim Spa wyrysowała nową granicę, która podzieliła ziemie dawnego Księstwa Cieszyńskiego, a i sam Cieszyn, który – na lata przed Berlinem, Nikozją i Kosowską Mitrowicą – stał się miastem murem (i rzeką) podzielonym. W sto lat bez mała od tamtego podziału namiętności przygasły, niewielki obszar, który „od kopalnianych szybów w Darkowie i blokowisk w karwińskim Raju, przez wzgórza nad Kocobędzem po kłęby siwych dymów znad trzynieckiej Huty i masyw Jaworowego" można ogarnąć wzrokiem ze szczytów piastowskiej wieży w Cieszynie, funkcjonuje bez zgrzytów w granicach Republiki Czeskiej. Warszawski etnograf i smakosz pogranicza Jarosław Jot-Drużycki opisał swoje niespieszne wędrówki tą krainą w niewielkim tomie, w którym łączy kompetencje znającego historię analityka z talentem do wychwytywania lokalnych smaków, klimatów, zaskakujących fraz.
Otrzymaliśmy jedyny w swoim rodzaju portret „polskiego Zaolzia", w którym „tustelanie" (czyli „tutejsi") dzielą ze „szkopyrtokami" (tymi, co się szkopyrtnęli", czyli wywrócili, odżegnali się od własnych korzeni) stolik w gospodzie, ławę w jabłonkowskim kościele oraz niejasny ni to status, ni to powołanie „mniejszości". Robi wrażenie wielość postaw i odcieni zachowań odnotowanych przez Drużyckiego w świecie, który liczy w sumie mniej mieszkańców niż jedna dzielnica Warszawy: inaczej podchodzi się do polskości we Frysztacie, inaczej w Cieszynie, na Dołach czy w Goraliji... Tych, którzy ją deklarują, jest jednak tak czy owak coraz mniej, i choć ton gawędy, podlewanej piwem i miodunką, oświetlonej słońcem z południowych stoków Karpat jest niby pogodny, całość jest melancholijna – albo i mrożąca, jak zanotowana na ostatnich kartkach książki wymiana zdań tłumacząca enigmatyczny tytuł: „– A właściwie to po co ty tu przyjechałeś, co tu robisz? – zapytał pewnego dnia Fotograf. – Przyglądam się, jak umieracie ?– odpowiedziałem bez wahania".
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL