fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Pojedynek o Boga. Różewicz kontra Miłosz

Metafizyczne przesłuchanie? Tadeusz Różewicz w roku 2001
Fotorzepa, Grzegorz Hawałej GH Grzegorz Hawałej
Bluźniercze wiersze, którymi Tadeusz Różewicz wszedł do literatury, skazały go na etykietę ateisty. Potem przez 70 lat poeta pisał o swoim zmaganiu się z Bogiem. Pod koniec życia mocno starł się o Niego z Czesławem Miłoszem, uznanym za czołowego „poetę metafizycznego".
Wielu badaczy pisze o Różewiczu jako poecie religijnym bez Boga, w którym pozostała jeszcze tęsknota do „miejsca po Bogu". To ładna formuła i pociągająca swą lapidarnością, choć dość niebezpieczna, bo może prowadzić do nadmiernej rozciągłości takich pojęć, jak „poeta religijny" oraz „śmierć Boga", i uzasadniać najbardziej ekstrawaganckie interpretacje. Tymczasem w przypadku Różewicza trzeba powiedzieć coś innego: jest to nie tyle poeta ateista, ile poeta przeciwko Bogu zbuntowany.

Ten Bóg jest dość precyzyjnie zdefiniowany w poezji autora „Lamentu": jest to Bóg wiary, Bóg chrześcijan, a nie na przykład Bóg filozofów, a więc konstrukt umysłu próbującego intelektualnie objaśnić sens kosmosu i życia człowieka. U Różewicza mamy do czynienia z rozważaniami na temat praktycznych, życiowych konsekwencji przyjęcia Ewangelii i jednoczesną niechęcią do spekulacji teologicznej – stąd jego konflikt na tym tle z Miłoszem, którego fascynowały teoretyczne kwestie teologiczne, na przykład sprawa pochodzenia zła w – z gruntu dobrym – stworzeniu.

Analizując wiersze Różewicza, które przynajmniej co do tematu bezdyskusyjnie należą do sfery religijnej, a – ściślej mówiąc – do rozważań ważnych dla chrześcijan, łatwo zauważyć, że istnieje kilka etapów odniesień do Boga. Różewicz rozpoczyna od gwałtownego ataku na Boga i chrześcijaństwo, które jest świadectwem buntu i odrzucenia:
Nie wierzę w przemianę wody w wino
nie wierzę w grzechów odpuszczenie
nie wierzę w ciała zmartwychwstanie.
Atak ten został skorelowany w czasie z zasadniczym zwrotem politycznym w życiu poety, który zdecydowanie opowiedział się po stronie komunistycznej władzy w roku 1945. Okres ten, to czasy tużpowojenne – czasy dramatu i zaprzeczenia całej swej dotychczasowej drogi życiowej. Katastrofa osobista (śmierć ukochanego brata Janusza oraz konflikt z dowództwem AK, który skutkował opuszczeniem partyzanckiego oddziału), a także tragedia Polski, która po latach walki z Niemcami nie odzyskuje niepodległości, lecz dostaje się w posagu Stalinowi, to czas odrzucenia dotychczasowej drogi życiowej, opisany w wierszu „Rok 1939":
Oszukany tak że możecie
mi wręczyć białą laskę ślepca
bo nienawidzę
was
uchodzę
z wczorajszego siebie
szukam cmentarza
gdzie nie powstanę z martwych
tu złożę niepotrzebne śmieszne
rekwizyty:
Boga tak malutkiego jak lipowy
świątek
orła białego który jest ptaszkiem
na gałązce
człowieka którym nie będę.
Ale mniej więcej w latach 60. owa niechęć i zaprzeczenie słabną, by od lat 70. ustąpić wypowiedziom przepojonym tęsknotą za utraconym Bogiem. I tak jest do dzisiaj, z tą różnicą, że w latach 90. mamy do czynienia z gniewnymi pomrukami starego poety, który zgryźliwie i często złośliwie reaguje na dwa zjawiska: popkulturowe upupianie Boga (w tym skłonności do New Age) oraz tak zwany powrót do zainteresowań metafizycznych. To właśnie wtedy napisał kilka wierszy boleśnie ośmieszających noblistę.

Drugie poważne ostrzeżenie

W późnej poezji Różewicza, w tomach „zawsze fragment. recycling" (1998), w „wyjściu" (2004) czy „cóż z tego że we śnie" (2006) – tak zwanych utworów metafizycznych jest zatrzęsienie, z czego kilka należy do podkategorii rozmowy z Miłoszem. Cechą charakterystyczną niemal wszystkich tych wierszy jest niechęć, jaką przejawia autor do poezji metafizycznej, przynajmniej w wersji proponowanej przez noblistę. Polemika jest na ogół brutalna, szydercza, złośliwa. Większość wierszy pisana jest żółcią i tylko w nielicznych wyczuwamy pojednawczy ton wspólnej melancholii. Wydaje się, że nie jest to kwestia ani weredycznego charakteru poety, ani jakiejś osobistej antypatii, i wyjaśnienia psychologiczne tylko zamącą istotę sporu. Gwałtowność ataku wynika z powagi zagadnienia. Jeśli czasami mamy wrażenie, że jest to bezlitosny boks, to bez wątpienia w kategorii wagi superciężkiej. Różewicz nie ukrywa, że stawka jest najwyższa, że chodzi o życie, a nawet o życie wieczne. Przykładem jest wiersz „drugie poważne ostrzeżenie", w którym sarkazm, szyderstwo i obelgi pod adresem mody na poezję metafizyczną idą w zawody z wyszydzaniem poszukiwań absolutu przy każdej nadarzającej się okazji:
zadziwiony swoją mądrością
i wdziękiem
lekkomyślny rodzic wierszyka
nie oprze się pokusie
zoczy chmurkę na niebie
kamień na drodze
dziurkę w absolucie
o chmurce zaraz ciurka
że chmurka to nie chmurka
kamyk zimny ogrzewa
w absolucie słowem wierci
aż dowierci się do śmierci
potem
aby było głębiej
wymiesza wszystko
z filozosią „głębi"
takie ambaje
ciągle się dobrze sprzedaje
na krakowskim rynku
pod pomnikiem Adama.
Wiersz mówi o chybionej perspektywie. Bóg – to śmierdzący bliźni, a nie intelektualne czy estetyczne przyjemności. Nie znajdziesz go w atmosferze New Age – powiada Różewicz. Złośliwy obraz sąsiaduje z wierszem „Zaćmienie światła", jawnie skierowanym do Czesława Miłosza, a równie niemiłym, choć zaczyna się ładnym cytatem z wiersza kolegi:
„anioły nie wiedzą
co to czas"
Drogi Miłoszu
dzięki Panu zacząłem czytać
na stare lata
Swedenborga
ani mnie ziębi ani grzeje
z trudem brnę przez jego sny (...)
jego rozmowy z aniołami
obrażają mnie
jest w tym coś
nieprzyzwoitego (...)
„Emerson wyznaczył Swedenborgowi
miejsce między Platonem a Napoleonem"
szkoda że pism Swedenborga
nie mógł osądzić Arystoteles
i Tomasz z Akwinu
wystawiam sobie
świadectwo ubóstwa
ale nie mogę
gasić światła rozumu
tak obelżywie traktowanego
pod koniec naszego wieku.
Miłosz poskarżył się potomności na oba paszkwile w „Traktacie teologicznym", ale wątpię, by mógł coś wskórać. To już nie eleganckie szyderstwo z „dziurki w absolucie", lecz wyzwanie dotyczące istoty poszukiwań poetyckich i klątwa na niemądre fascynacje. Paternalistyczny, a nawet pogardliwy ton wobec „Drogiego Miłosza", wymienionego z nazwiska (bez imienia!), za czym następuje grzecznościowa, ale pełna dystansu forma „dzięki Panu", rozpoczyna serię szyderstw z ulubionego mistyka noblisty. Różewicz sprowadza koncepcje Swedenborga do groteski, sugeruje jego oderwanie od rzeczywistości, a może nawet fałszerstwo, a za najbardziej interesującą rzecz uznaje anomalię biologiczną autora dzieła (pod koniec życia Swedenborgowi wyrosły trzecie zęby), by na koniec wyśmiać klasyfikacje mniej znanego myśliciela amerykańskiego, jak Emmerson, przywołując znanych tytanów filozofii. Tym polemicznym wyborem Różewicz nie neguje doświadczenia religijnego, a tylko jego konkretny opis, który uznaje za nieporozumienie.

Poeta emeritus

Gwałtowny spór zaczyna się niby niewinnie od wiersza „poeta emeritus", z dedykacją dla Czesława Miłosza. Utwór otwiera niezobowiązujący, niczym w Kabarecie Starszych Panów („Wesołe jest życie staruszka"), pogodny opis beztroskiego, choć nieco banalnego życia „emerytowanego poety". To tylko spokojny prolog do drugiej połowy wiersza, która niepokoi swymi obrazami:
rozmawia z umarłymi
poetami
podchodzą do niego
dwie kobiety
pytają czy czyta biblię
czy wierzy w piekło
koniec świata raj na ziemi
uśmiecha się kiwa głową
na stare lata woli
rozmawiać z ludźmi którzy milczą
odchodzi
siada na ławce
patrzy na chmury
wtedy przylatuje
kruk
przeciąga czarnym piórem
po jego ustach
zamyka je
i odlatuje.
Nie jest jasne, czy sens tych strof zamyka się w samej odmowie konfrontacji z wyuczonymi formułkami przeszkolonych sekciarzy, którzy nie potrafią sprostać intelektualnemu wyzwaniu poważnej rozmowy. Jeśli tak, to ten fragment wiersza wpisuje się w cykl wypowiedzi „Mickiewiczowskich" czyli jest to sprzeciw wobec paplania o sprawach ważnych, a może najważniejszych. Różewicz w „tempus fugit" przytacza anegdotę na temat Mickiewicza, zaproszonego przez francuskiego pisarza do salonu na pogawędkę o Bogu. „O Bogu przy herbacie nie rozmawiam" – miał odpowiedzieć pan Adam. Co więcej, ta maksyma – według Różewicza – ma ogromny walor intelektualny:
przecież to dużo mądrzejsze niż
powiedzenie Nietzschego „Bóg
umarł"
albo Dostojewskiego „jeśli Boga nie ma
to wszystko wolno".
Szacunek dla tajemnicy, objawiający się milczeniem, a nawet bardziej wymownym gestem, nie jest zjawiskiem jednostkowym w późnej poezji autora „ostatniej rozmowy". Opis „emeryckiego" życia, banalnego i pozbawionego już aktywistycznych podniet, życia wyzwolonego z woli osiągania celów, a więc egzystencji samego trwania i kontemplacji, został zestawiony z obrazem apostolskiej aktywności – kalekiej ewangelizacji jakichś świadków Jehowy. Czy jest to drobna złośliwość pod adresem sekciarskich inklinacji Miłosza i jego zainteresowań „obrzeżami religii"? Byłaby to jednak stosunkowo łagodna forma krytyki w porównaniu z omawianymi wcześniej wypowiedziami.
Ale kim są „umarli poeci" i co robi w tej opowieści kruk? Wydaje się, że odpowiedzi na oba pytania zawarte są w symbolice kruka. Nie jest to ptak z bajek, lecz z Biblii i co najmniej dwóch poetów: Mickiewicza i Poego. Biblijny kruk jest ptakiem nieczystym, nawet przeklętym, choć występuje także jako wybawca proroków, których karmi na pustyni i chroni przed głodem. W mitach na ogół symbolizuje niepokój, chorobę, śmierć, wojnę, złe wróżby lub przeczucia, ale także samotność i długowieczność – a więc pełny zestaw problematyki poetyckiej Różewicza. Kruk to jakby jego ptak herbowy. Ale sądząc po wzmiance o zmarłych poetach (i częstych wzmiankach o Mickiewiczu), pierwsze skojarzenie nasuwa się z sytuacją z tzw. Małej improwizacji:
Cóż to? Jaki ptak powstał i roztacza
pióra,
Zasłania wszystkich, okiem mię
wyzywa;
Skrzydła ma czarne jak burzliwa
chmura,
A szerokie i długie na kształt tęczy
łuku.
I niebo całe zakrywa –
To kruk olbrzymi – ktoś ty? – ktoś ty,
kruku?
Ktoś ty? – jam orzeł! – patrzy kruk
– myśl moje plącze!
Jest to scena dwuznaczna. Z jednej strony mamy do czynienia z postacią przeszkadzającą, straszną, demoniczną, ale przecież w tym konkretnym wypadku spełnia on w gruncie rzeczy pozytywną rolę – odstrasza od grzechu! Konrad wszak unosi się na skrzydłach pychy i wiemy, że przy następnej próbie tylko modlitwa ludzi i aniołów, a także niecierpliwość szatana uchroni go przed straszliwym bluźnierstwem i całkowitym potępieniem. W takim kontekście pojawienie się złowróżbnego ptaka należy ocenić pozytywnie, skoro przestrzega współczesnego poetę przed buntem, ochotą zmierzenia się z Bogiem, próbą wydarcia Mu władzy i wiedzy, a także oskarżeniem o całe cierpienie i zło świata.
Poeta wybiera więc łagodność, pojednanie, a przede wszystkim milczenie i – co ważne! – to samo radzi Miłoszowi. Byłby więc kruk ptakiem napomnienia? Wysłańcem niebios, przestrzegającym przed intelektualnym roztrząsaniem niezbadanych tajemnic? Wiemy, że i taką – pozytywną – funkcję kruk spełnia w chrześcijańskiej tradycji. Świętego Benedykta – jak pisze Jakub de Voraigne – kruki uratowały od niechybnej śmierci głodowej, karmiąc go przynoszonym chlebem, a nawet wydziobując mu z rąk zatrutą hostię! Nie jest wykluczone, że tego rodzaju przestrogę kieruje poeta i do siebie, i do kolegi po piórze. Wszak obaj – na różne sposoby – wadzą się z Bogiem i może dobrze by było, aby nawiedził ich „kruk przestrogi", który poskromi racjonalną furię.

Szewc i filozof

Kolejnym mistycznym idolem Czesława Miłosza, z którym bezlitośnie rozprawia się Różewicz, jest Jakub Böhme. Rzecz charakterystyczna: poeta nawet nie podejmuje jakiejś próby polemiki z wizjami niemieckiego mistyka, albo choćby z utworami Miłosza, w których jest on obecny. Prawdę rzekłszy, Różewicz nawet nie wysila się na jakąś argumentację, kontentując się zwyczajnym wyśmianiem:
Mistrz Jakob Böhme
(to nie mój mistrz)
a więc
śląski szewc
nazwiskiem Jakob Bőhme
„philosophus teutonicus"
jak o nim mówiono
który mieszkał koło mostu
w Gőrlitz
opowiedział mi jak
zobaczył odblask boskiego światła
na cynowym dzbanie
a może kuflu od piwa
szedłem ze Zgorzelca do Görlitz
żeby kupić buty a może koniak
armie mrówek maszerowały
przez most niosąc w ramionach
Ogrodowe Krasnale Gartenzwerge
koszyki wiklinowe napoje
wyskokowe
nie pamiętam już dokładnie
opowiadania tego skromnego
człowieka
i rzetelnego rzemieślnika
który zobaczył w kuchni
na jakimś naczyniu
odblask absolutu
patrzcie potomni w jakiej to
skromnej postaci objawił się
Bóg szewcowi ze Zgorzelca
(ale to był dobry szewc).
Trudno nie zauważyć kilkupiętrowej kpiny, budowanej z opozycji elementów niskich i wysokich, sytuacji wzniosłych i jarmarcznych, historii dawnej i najnowszej. Cały wiersz jest groteskowym nagromadzeniem okoliczności, które uniemożliwiają autorowi zapamiętanie przesłania mistyka i dlatego niczego nie zrozumiał z opowieści „rzetelnego rzemieślnika", jak protekcjonalnie nazywa „teutońskiego filozofa" reprezentującego wielką kulturę niemiecką w towarzystwie koszmarnych ogrodowych krasnali, importowanych do współczesnych Niemiec przez polskie i niemieckie mrówki (czyli drobnych przemytników).
Może najbardziej subtelne w konstrukcji, ale tym bardziej bolesne jest szyderstwo z okoliczności epifanii. Różewicz pogłębia poniżający koncept pojawienia się absolutu na „kuflu od piwa" aluzją do uniżenia się Boga, który poprzez tajemnicę Wcielenia pojawił się w betlejemskiej stajence. Opozycja stajenki i niebieskich tronów zastąpiona została zestawieniem kuchni i blasku absolutu. Na tym skojarzeniu poeta buduje swoje końcowe przesłanie do potomnych wypowiedziane słowem niby-uroczystym, skontrastowanym w nastroju z burleskową opowieścią o drobnych przemytnikach na polsko-niemieckiej granicy z epoki gospodarczej transformacji. Zakończenie to stanowcza ocena „zawodowej rzetelności" bohatera utworu, o tyle nieprzekonująca, że wypowiedziana nie wiadomo na jakiej podstawie, nie mówiąc już o wątpliwych kwalifikacjach Różewicza do oceny jakości rzemiosła „zacnego" szewca.
Przy całej złośliwości pod adresem Mistrza Jakoba nie można interpretować tego tekstu jako naigrawania się z mistycyzmu jako takiego czy też prawa do wizji. Wzmianki na temat mistyków wypowiadane przy okazji „poezji milczenia" nie należą do szyderczych, przeciwnie, nacechowane są sympatią, akceptacją i zrozumieniem. Wnosić więc można, że przypomnienie miejsca i przedmiotu objawienia szewca z Görlitz nie jest samo w sobie przedmiotem naigrawania się z wizji, lecz denerwująca wyobraźnia religijna rzemieślnika. Identyczną postawę prezentuje Różewicz przy wspomnieniu wizji św. Tomasza z Akwinu, filozofa niezwykle poza tym trzeźwego i racjonalnego. Dla przykładu wiersz „co zobaczył Akwinata" jest pełen zrozumienia i powagi. Różewicz wyznaje:
przez Arystotelesa czuję
pewien związek niezbyt jasny
z Tym Ojcem Kościoła
imponuje mi waga
jego ciała ducha i rozumu
przypomina mi fizycznie
doktora Marcina Lutra
ten gatunek hipopotamów
przywrócił Kościołowi ciężar
Widzę ich ogromne ciała
które zanurzają się
w żywej wodzie
wiary nadziei i miłości.
Mowa w nim o przeżyciu świętego, jakimś „widzeniu rzeczy", które spowodowały gwałtowny przypływ zwątpienia w sens pisania i intelektualnej pracy wielkiego filozofa i teologa. W przeciwieństwie do rozwlekłych wizji Emanuela Swedenborga czy Jakuba Bőhme, św. Tomasz nie jest wylewnym opowiadaczem, a przeżycie skłania go do milczenia, a nie gadulstwa – i to jest ważna dla Różewicza różnica. Rozpasana wyobraźnia spekulatywna przeciwstawiona zostaje pokornej ciszy wobec tajemnicy reprezentowanej przez dominikanina.

Contra teoreticum?

Istotą religijnego zwarcia między Różewiczem a Miłoszem nie jest tak zwany ateizm autora „Lamentu" wobec „metafizycznych poszukiwań" twórcy „To". Rzecz w tym, że autor „Traktatu teologicznego" szuka problemów w „wysokich rejestrach ducha" i nawet kiedy pyta o zło, cierpienie czy inne skandale bosko-ludzkich relacji, to rozmyślania dotyczące kohabitacji Stwórcy ze stworzeniem prowadzi na poziomie estetyzujących rozważań z powoływaniem się na literacko interesujących mistrzów wyobraźni religijnej, działających na „obrzeżach religii". Jest to sprzeczne z postawą autora „Widziałem Go", który od tradycyjnie estetyzującej poezji odchodzi w brutalność, weryzm, prozaizm, czyli „ucieka z nieba na ziemię". A religię rozumie po chrześcijańsku, jako więź. To dlatego tak ważny jest dla niego Dietrich Bonhoeffer i jego świadectwo.
Dla Różewicza prawda naszego czasu polega na tym, że istnieje zasadnicza niemożność łączenia dobra, piękna i prawdy w jakąś „przenajświętszą trójcę filozofii". Odrzuca starą tradycję filozoficzną, żywotną od czasów Platona, że dobro, piękno i prawda są „wymienne". Klasyczne sformułowanie tej tezie dała scholastyka, a teoria transcendentaliów głosiła, że „ens, pulchrum, verum et bonum – convertuntur". Tak było co najmniej do czasów Hegla i przejętego nim Norwida, autora „Promethidiona". Ale pogląd ten jest już nie do utrzymania. Być może gdzieś w nieskończoności przecinają się te trzy równolegle, może są wymienne w niebie, ale tu na ziemi – nie są. I dlatego nasz świat jest pęknięty, a życie dramatyczne. Wydaje się, że starcie Różewicza z Miłoszem było na tym polu nieuniknione. Różewicz bez ogródek mówi starszemu koledze, że szuka Boga w złym miejscu i dlatego napotyka wyłącznie pozory, majaki oraz fałszywe dylematy.
Autor jest eseistą i wydawcą. Studiował fizykę, polonistykę i filozofię na UJ. W PRL był działaczem opozycyjnym, jednym z założycieli Studenckiego Komitetu Solidarności w Krakowie, redaktorem „Tygodnika Solidarność". Współcześnie jest wydawcą serii „Biblioteka Pana Cogito".
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA