fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Telewizja publiczna, to znaczy dla wszystkich

Telewizje prywatne walczą o widzów w wieku 16 – 49 lat, ponieważ tylko nimi zainteresowani są reklamodawcy. A telewizji publicznej nie wolno lekceważyć żadnej kategorii widzów – pisze była dyrektor biura programowego TVP
W 2004 roku Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy uznało media publiczne za jedną z najważniejszych instytucji społeczno-politycznych stworzonych przez demokracje europejskie w XX wieku i wezwało rządy do podjęcia „wyraźnego zobowiązania politycznego, że zapewnią istnienie silnych i zdrowych mediów publicznych i przystosują je do wyzwań epoki cyfrowej”. Determinacja w obronie struktur, które drogo kosztują i są źródłem konfliktów, wynika z prostej konstatacji: media publiczne odgrywają rolę, której nadawcy komercyjni odgrywać nie chcą lub nie mogą.
Jakiś czas temu francuski analityk prognozował, że Indie wkrótce będą światowym mocarstwem. Rzadko komu wówczas podobne myśli chodziły po głowie, więc zapytałam o przesłanki. Odpowiedział jednym tylko argumentem: Indie mają najlepszą prasę na świecie. Minęło 11 lat i brytyjski premier Gordon Brown twierdzi, że Indiom należy się stałe miejsce w Radzie Bezpieczeństwa, a inne instytucje międzynarodowe trzeba przebudować, by odzwierciedlały rolę Indii w świecie. Mocarstwowość Polsce nie grozi, to pewne, i często zapominamy, jak istotnym czynnikiem rozwoju są media. Ale czy media publiczne?
W debacie nad nową ustawą medialną pojawiły się głosy zwątpienia w sens istnienia mediów publicznych. Gdy wszyscy są zmęczeni nieustanną awanturą o TVP, gdy końca sporów nie widać, musiał się pojawić pomysł najprostszy z możliwych: sprzedać i zapomnieć. Skoro protagoniści grają znaczonymi kartami, skoro wypracowanie konsensusu politycznego, który nie byłby traktatem rozbiorowym i tworzył warunki normalnego funkcjonowania TVP, jest zadaniem herkulesowym, po co się trudzić? A jednak warto. Warto też wiedzieć, co mówi się na ten temat w Europie, bo wyzwania, jakie przed nami stoją, są podobne. Zacznijmy jednak od spraw elementarnych, czyli od stwierdzenia, że media funkcjonują w konkretnej rzeczywistości. I nie jest to rzeczywistość wirtualna. Po pierwsze – media są przedsiębiorstwami. Konkurują o klienta i o pieniądze. Analiza sytuacji mediów, która abstrahuje od aspektu ekonomicznego, jest niepoważna. Ale trzeba pamiętać, że w logice ekonomicznej przekaz, który nie znajduje nabywców, jest nic niewart.Po wtóre – media odgrywają rolę polityczną. Każda poważna redakcja ma jakąś wrażliwość polityczną. Choć nie powinna być stronnicza, służy jakiejś sprawie, ma koncepcję dobrego rządu, walczy o jakieś rozwiązania. W Niemczech mówi się nawet, że grupy medialne są ukrytymi partiami politycznymi. Po trzecie – media posiadają wymiar moralny i mentalny. Każde medium zabiega o odbiorców, którzy mu wierzą i wierzą weń, jest odbiciem ich poglądów, a równocześnie te poglądy kształtuje, nadaje im formę, przekonuje do pewnej wizji świata. Innymi słowy, firma medialna to przedsiębiorstwo, projekt i wpływy. I każdy z tych aspektów – co analizował francuski socjolog Pierre Bourdieu – odbija się na przekazywanych treściach. W większości państw rozwiniętych panuje przekonanie, że oprócz komercyjnych powinny istnieć media publiczne. Dotyczy to zwłaszcza telewizji, która jest dzisiaj środkiem przekazu najszerzej dostępnym i najbardziej wpływowym. Nadawcy komercyjni mają z mediami publicznymi kłopot: na trudnym rynku muszą konkurować z graczem wspieranym abonamentem i autorytetem państwa. Do Komisji Europejskiej kierowane są więc skargi na nieuczciwą konkurencję (ustawodawca faworyzuje jeden podmiot kosztem innych) wspierane bardziej subtelnymi argumentami. Często wypowiadający się na temat mediów publicznych Jakub Bierzyński (z grupy Przejrzyste Media) pisał: „Podstawowy dylemat filozoficzny brzmi: czy misja publiczna powinna być przez państwo narzucana swoim obywatelom?”. W odpowiedzi na dylematy zgłaszane przez nadawców komercyjnych ukształtowały się dwie linie argumentacji: jedna akcentuje znaczenie czynnika ekonomicznego dla jakości przekazywanych treści, druga kładzie nacisk na aspekt polityczny i moralny. Modelowym przykładem pierwszego typu wydało mi się stanowisko najsłynniejszego chyba żyjącego niemieckiego filozofa Jürgena Habermasa, drugiego zaś – argumentacja francuskiego medioznawcy Régisa Debraya. Nie dalej jak w maju 2007 roku Habermas wezwał niemieckie władze i opinię publiczną do silniejszego wsparcia mediów publicznych. Podstawowym obowiązkiem państwa jest zapewnienie wszystkim obywatelom niezależnej od kalkulacji ekonomicznej informacji. Widzowie i słuchacze nie są tylko konsumentami, lecz przede wszystkim są obywatelami, którym przysługuje prawo dostępu do informacji o wydarzeniach politycznych, debacie publicznej oraz zjawiskach kultury. „Realizacja tego prawa nie może być uzależniona od koniunktury na rynku reklam czy od łaskawości sponsorów. Przedsiębiorstwa medialne produkują programy dla widzów po to, aby sprzedać wyniki oglądalności, czyli ich publiczność, agencjom reklamowym. (…) Tylko wola polityczna pozwoli im zachować niezależność od wahań koniunktury” – twierdzi Habermas. Rdzeniem analizy drugiego typu jest obawa przed skumulowaną władzą mediów nad sferą polityczną i mentalną. Wpływ telewizji nie oszczędza dziś nikogo, nawet tych nielicznych, którzy telewizora nie posiadają. Telewizja kształtuje wrażliwość i mody, narzuca interpretację wydarzeń, a nawet wzory zachowań prywatnych. W naszych demokracjach parlamenty orzekają prawa, sądy orzekają, co jest zgodne z prawem, ale media orzekają, co jest piękne, dobre i sprawiedliwe. Żaden despota nawet nie marzył, by w każdym domu móc umieścić swego agenta wpływu, a takim agentem wpływu jest telewizor. Pretendując do roli narzędzia opisu rzeczywistości, telewizja stała się instrumentem tworzenia rzeczywistości. Dlatego Karl Popper widział w telewizji zagrożenie dla demokracji, Pierre Bourdieu – zagrożenie dla cywilizacji, a Régis Debray uważa, że media przejęły rząd dusz i tworzą nowy przemysł sumienia. „Kiedy prasa wyrok wydaje, to nie w imieniu Boga (jak Kościół) i nie w imieniu Rzeczypospolitej (jak sąd), ale w imieniu ewidencji, oczywistości, którą każdy ma podzielać, nawet jeśli się trochę krzywi”.Tę potęgę mediów odzwierciedla znakomicie, choć zapewne niechcący, nazwa znanego polskiego talk-show „Teraz my”, będąca aluzją do hasła TKM. Na symboliczne znaczenie tego tytułu zwracają uwagę Piotr Legutko i Dobrosław Rodziewicz w książce „Gra w media”. Politycy nie kłamią, gdy się skarżą, że poważne propozycje polityczne nie wywołują zainteresowania mediów, a wydawcy uznają je za bezbarwne, trudne i nudne. Tak istotnie się dzieje, bo media prowadzą między sobą nieustanną wojnę o widza, której stawką jest oglądalność. Oglądalność przekłada się – co ewidentne – na zyski z reklam oraz – o czym mniej głośno – na zawodową pozycję dziennikarza. A każdy wie, że najlepiej przyciąga uwagę skandal, awantura lub chociaż bon mot. Inforozrywka wygrywa z informacją i obserwujemy, jak na telewizyjnych arenach pod nadzorem medialnych treserów walczą politycy w roli gladiatorów XXI wieku. Kto nie potrafi lub nie chce akceptować reguł tej gry, ten z gry wypada, bo to media są arbitrem dostępu do społecznego i politycznego istnienia. I chodzi nie tylko o retorykę, ale również o idee, o materię, o treść polityki. By uczynić zrozumiałym dla widza przekaz trudniejszych treści, nie wystarczy talent dziennikarza, potrzebna jest wola medialnych decydentów, potrzebne są pieniądze. To media publiczne ustawiają poprzeczkę, w stosunku do której sytuują się nadawcy komercyjni. W przeciwnym razie całe obszary debaty publicznej pozostają ukryte lub zanikają, zgodnie z konstatacją, że czego nie pokazano w telewizji, tego po prostu nie ma.Stąd płynie diagnoza postpolityki, której ludową wersją jest zbrzydzenie (cały ten cyrk!) i przekonanie odbiorców o braku własnej podmiotowości. „Ksiądz pana wini, pan księdza, a nam prostym zewsząd nędza” – stara fraza kołacze się w głowach, przygotowując teren pod wszelkiej maści populizmy. Mając ogromny wpływ na kształt polityki, a zarazem wyrokując, co dobre, piękne i sprawiedliwe, media skumulowały dwa rodzaje władzy. Debray mówi o połączeniu władzy doczesnej z władzą duchową. Ingerencję każdej z nich w nieswoje terytorium dawno uznaliśmy za uzurpację. Tymczasem „za powszechną zgodą państwa dały niezależność telewizji, kładąc kres uzurpacji jednego typu. Nie zauważono jednak, że jeśli telewizja odbierze demokratycznie wybranej władzy (czyli rządowi) autonomię sądu i działania, to będziemy mieli uzurpację typu drugiego”. Ani dziennikarze, ani właściciele mediów nie są winni tendencjom, których przyczyn nie ma sensu tu analizować. Sytuacja jednak wymaga namysłu, skoro dla jej nazwania powstało nowe słowo – telekracja – sugerujące, że mamy do czynienia z formą zniekształconej demokracji. „Zamiast się obrażać na rzeczywistość – pisze Debray – lepiej zbudować między tronem i „nowym ołtarzem” wzajemne ograniczenia władzy. Zamiast kontestować prawo do regulacji, stworzyć reguły i zasady dla tych, co tworzą zasady i reguły”. Jeśli sposobem regulacji miałaby być konkurencja, to konkurencja między różnymi nadawcami prywatnymi będzie nieskuteczna, bo telewizje prywatne walczą na tym samym polu i tą samą bronią. Jedynie współistnienie telewizji prywatnych i publicznych otwiera szanse na przekaz medialny lepszej jakości. Dlatego w Europie przyjęto zasadę systemu dualnego. Uznano, że istnienie telewizji publicznej jest gwarancją pluralizmu. To stwierdzenie wymaga wyjaśnienia, ponieważ zakłada, że wielość nadawców komercyjnych pluralizmu nie gwarantuje. W małych krajach europejskich, a wszystkie kraje europejskie są małe (może poza Wielką Brytanią, ponieważ językiem angielskim posługuje się kilkaset milionów ludzi), nadawcy prywatni mają ograniczone pole manewru. Stąd obawa, że bez obecności mediów publicznych nasili się konkurencja oparta na wypieraniu lepszego przez gorsze i tabloidyzacji informacji.Rządy obawiają się również koncentracji zbliżonej do monopolu. Chodzi zarówno o koncentrację w postaci jednego właściciela, jak i o tę, w wyniku której jeden właściciel posiadać będzie stacje radiowe, telewizję, tytuły prasowe i portale internetowe – czyli pełen zestaw środków informacji. Dążenie do takiej konsolidacji jest zresztą naturalne i uzasadnione ekonomicznie. Zdając sobie z tego sprawę, państwa UE pozostają przywiązane do mediów publicznych. Rolą telewizji publicznej nie jest jednak trwanie w pozycji Rejtana. W dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości audiowizualnej postawa zagradzającego drogę strażnika byłaby anachronizmem. Media publiczne mają uzupełniać lukę, której nie chcą lub nie mogą wypełnić nadawcy komercyjni. Utrzymujące się z reklam telewizje prywatne walczą o odbiorców w wieku 16 – 49 lat, ponieważ tylko tym segmentem widowni są zainteresowani reklamodawcy. Telewizji publicznej nie wolno lekceważyć żadnej kategorii widzów. Musi pozostać publiczną, czyli adresowaną do szerokiego spectrum odbiorców również dlatego, że to ona kształtuje dzisiaj zbiorową wyobraźnię i buduje język porozumiewania się wszystkich kategorii społecznych, język wspólnoty. Nie bez przyczyny Albert Schaff, wieloletni przewodniczący EBU (Europejska Unia Nadawców), twierdzi, że „publiczne media mają do odegrania zasadniczą rolę w ocaleniu tożsamości narodowej i więzi społecznych”. Co zrobić z mediami publicznymi? Na to pytanie będzie można odpowiedzieć, gdy zdecydujemy, jakiego społeczeństwa chcemy, jakie wartości pragniemy wspierać Telewizja publiczna powinna również upowszechniać kulturę. Proponowanie szerszej publiczności programów ambitnych, czasem trudnych, jest niełatwym zadaniem, ponieważ grozi rejteradą publiczności: zawsze więcej widzów zgromadzi film kryminalny niż poezja Różewicza. A jednak jedno z głównych zadań mediów publicznych polega na wypracowaniu takiego języka komunikacji z widzem masowym, który otwiera tę kategorię odbiorców na szersze horyzonty i stopniowo modyfikuje upodobania. Wymaga to determinacji, talentu i czasu. Zwłaszcza że telewizja publiczna powinna jednocześnie gwarantować – w powszechnie dostępnych antenach – przestrzeń, w której inteligent czuje się u siebie. Niekwestionowanym zadaniem mediów publicznych jest też wspieranie miejscowej produkcji. Dotyczy to wszystkich dziedzin twórczości audiowizualnej: od filmów dokumentalnych przez nowe formaty i fabuły po muzykę. Z wielu względów istnieje dzisiaj konieczność bardziej precyzyjnego zdefiniowania misji telewizji publicznej. Ogólnoeuropejska formuła – „informować, uczyć, bawić w sposób, który gwarantuje etyczne, estetyczne i deontologiczne standardy jakości” – pozostaje aktualna, aczkolwiek zbyt ogólna, by się nią zadowolić. Być może najważniejszym dzisiaj zadaniem polskiej telewizji jest „objaśnianie świata”, czyli towarzyszenie odbiorcom w koniecznej ewolucji kraju. Innymi słowy – wprowadzenie Polaków w nowoczesność w sposób pozwalający zachować własną tożsamość i odrębność, które to cechy w dobie globalnego sformatowania stają się towarem coraz bardziej poszukiwanym. Tłumaczenie rzeczywistości zawsze będzie obowiązkiem mediów publicznych. Jednak skuteczne wywiązywanie się z tego zadania w kraju nadrabiającym zaległości wydaje się podstawowym elementem oceny przydatności telewizji publicznej. Rolą publicznej telewizji jest dziś wprowadzenie Polaków w nowoczesność w sposób pozwalający zachować własną tożsamość i odrębność Dotychczas uznawano, że telewizja publiczna konkuruje z telewizjami prywatnymi. Dzisiaj coraz większe pole zagospodarowuje Internet, który dostarcza informacji, obrazów i emocji á la carte: w dowolnym momencie, natychmiast i na temat. Internet nie oferuje jednak ani wiarygodnej selekcji, ani interpretacji. Użytkownik – obywatel potrzebuje wiarygodnego przewodnika po rzeczywistości coraz bardziej skomplikowanej, globalnej, chaotycznej. Alternatywą jest sytuacja, w której każdy będzie się poruszał w wybranym przez siebie kanale, w internetowym matriksie. Powiedzonko „każdy ma swoją prawdę” osiągnie wyższe stadium: „każdy ma swój świat”. Wynika stąd niebezpieczeństwo dezintegracji społecznej. Jednym z zadań telewizji publicznej jest więc rola przewodnika. W gruncie rzeczy podobny cel telewizji publicznej zakłada mocno ostatnio akcentowana potrzeba zapobiegania informacyjnemu i cyfrowemu wykluczeniu. Wiąże się to z koniecznością programowej i technologicznej innowacyjności, co Niemcy wpisali w „cahier des charges” (czyli do spisu zadań programowych) swoich mediów publicznych. Nie ulega wątpliwości, że decyzja o utrzymaniu, likwidacji, wzmocnieniu lub osłabieniu mediów publicznych jest decyzją par excellence polityczną. Jako taka musi być pochodną odpowiedzi na następujące pytania: jakiego społeczeństwa chcemy, jaki rodzaj mechanizmów władzy nam odpowiada, jakie wartości mamy wspierać. Bo jak mówił Paul Valery, „na dziesięć błędów politycznych dziewięć płynie z tego, że wierzy się w coś, co nie jest już prawdziwe. Ale najgroźniejszym błędem jest ten dziesiąty: sądzić, że już nie jest prawdą to, co w dalszym ciągu prawdą pozostało”. Autorka była dyrektorem biura programowego Telewizji Polskiej, złożyła dymisję w lutym 2007 roku
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA