Edukacja

Wątpliwe remedium na kłopoty szkoły

Rzeczpospolita
Myślenie, że bon oświatowy okaże się cudowną receptą, bo wymusi konkurencję i podniesie w słabych szkołach poziom nauczania, jest złudzeniem – uważa pedagog i działacz ZNP
Jeżeli w zamierzeniach Ministerstwa Edukacji pojawia się hasło wprowadzenia bonu oświatowego, to należałoby zapytać minister Katarzynę Hall, co przez to rozumie. Na razie bowiem nie podała żadnej precyzyjnie zdefiniowanej jego koncepcji.
„Bon edukacyjny” już zresztą funkcjonuje w relacji ministerstwo – gmina, ponieważ wysokość subwencji, przyznawanej samorządom z budżetu na prowadzenie szkół, zależy przede wszystkim od liczby uczniów wraz z elementami korygującymi, tzw. wagami. Następnie organ prowadzący dokonuje rozdziału środków między podległe placówki. Jaką alternatywę ma rodzic z miejscowości Regnów w województwie łódzkim, gdzie jest jedna szkoła podstawowa?
Ale są też gminy (te mające dużo szkół), które też już wprowadziły taki quasi-bon edukacyjny, stosując ten sam mechanizm, na podstawie którego same otrzymują pieniądze z budżetu. Nie we wszystkich jednak gminach jest kilkanaście czy kilkadziesiąt szkół. Mówienie więc o bonie edukacyjnym w takiej postaci, jaka się wyłania z wypowiedzi minister Hall, jest łowieniem ryb przed siecią. Żeby wprowadzić zasadę „pieniądz idzie za uczniem”, należałoby każdego ucznia opatrzyć kodem kreskowym i transferować przeznaczone na niego środki według faktycznych kosztów kształcenia. Inaczej mamy do czynienia jedynie z mechanizmem, który próbuje zobiektywizować kryteria podziału pieniędzy dla jednostek prowadzących szkoły. Argumentację zwolenników bonu oświatowego, którzy przekonują, że będzie więcej pieniędzy na utrzymanie szkół, że to rodzice będą wybierać szkołę i – generalnie – że wpłynie to na jakość kształcenia, nazywam myśleniem warszawskocentrycznym lub metropolitalnym. Bo jaką alternatywę ma rodzic z miejscowości Regnów w województwie łódzkim, gdzie jest jedna szkoła podstawowa? Czy będzie się zastanawiać, że być może szkoła podstawowa w oddalonej o 5 czy 10 kilometrów miejscowości jest lepsza? Nie, wybierze szkołę najbliższą. Inne kryteria są natomiast brane pod uwagę przy wyborze gimnazjum czy szkoły ponadgimnazjalnej. Ale tylko wtedy, gdy jest kilka podobnych i decyzja ma wymiar racjonalny uwzględniający m.in. poziom szkoły, ale i odległość od miejsca zamieszkania dziecka. Myślenie, że bon oświatowy okaże się cudowną receptą, bo wymusi konkurencję i sprawi, że w słabych szkołach nagle wzrośnie poziom nauczania i polepszą się wyniki uczniów, jest złudzeniem. Powstaje także pytanie: jaką szkołę nazywamy słabą? Być może taką, w której uczniowie osiągają słabe wyniki, ale na miarę swoich możliwości, zaangażowania, pracowitości i talentu, ale która nawet przy ogromnym zaangażowaniu nauczycieli nie jest w stanie sprawić, że staną się prymusami. Z drugiej strony – dobre liceum czy gimnazjum jest dobre właśnie dlatego, że funkcjonuje w określonych ramach, np. ograniczonej liczby uczniów. Ale co by się stało, gdyby wszyscy rodzice w Warszawie nagle zdecydowali, że posyłają dzieci do jednego (najlepszego) gimnazjum? Z jednej strony dyrektor byłby zadowolony, bo za chętnymi pójdą pieniądze, ale z drugiej strony musiałby zwiększyć liczebność klas z 18 do 40, co niekorzystnie wpłynęłoby zapewne na jakość kształcenia i wychowania. Poza tym, jeżeli rodzice znajdą szkołę, do której będą chcieli posłać dziecko, najpierw będą musieli odpowiedzieć na pytanie: czy stać nas na to, by codziennie dowozić dziecko do tej szkoły lub opłacić internat. A zatem czy owe elitarne szkoły będą szkołami dla najlepszych, czy raczej dla najbogatszych? Hasło bonu edukacyjnego odgrywa obecnie rolę doskonałego chwytu retorycznego, który ma pokazać, że oto mamy pomysł na nową jakość w edukacji. W rzeczywistości pozostaje jednak pustosłowiem. not. k.b. Autor jest prezesem Związku Nauczycielstwa Polskiego
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL