fbTrack

Świat

Włoski sabotaż morski

Włoski ścigacz torpedowy MAS podczas walk na Morzu Śródziemnym
bridgeman art library
Idea walki Dawida z Goliatem była obecna również w historii walk na morzu. Za jej ucieleśnienie można uznać rozwój tzw. lekkich środków walki. Dzięki szybkości czy możliwości skrytego podejścia do przeciwnika pozwalały one na zatopienie potężnych okrętów i statków wroga przy niewielkich stratach własnych.
W czasie pierwszej wojny światowej największe sukcesy w takich akcjach odnieśli Włosi. Włoscy sabotażyści zatopili w portach dwa austro-węgierskie pancerniki, tyle samo posłały na dno ścigacze torpedowe (zwane MAS), a 1 listopada 1918 roku włoska „żywa torpeda" zatopiła kolejny okręt liniowy. Nic więc dziwnego, że w okresie międzywojennym w tzw. X Flotylli MAS reaktywowano prace nad udoskonalaniem różnego rodzaju specjalnych środków walki.
Artykuł pochodzi z dodatku "Bitwy morskie"Jednym z nich były motorówki naładowane materiałami wybuchowymi. W dziobie takiej łodzi umieszczano 330 kg ładunku. Załogę stanowiła jedna osoba, która po ustawieniu odpowiedniego kursu wyskakiwała ok. 100 metrów od celu. Przy uderzeniu w cel najpierw eksplodowały niewielkie ładunki powodujące przełamanie kadłuba łodzi. Wraz z tonięciem części dziobowej hydrostatyczny zapalnik inicjował eksplozję ładunku zasadniczego na ustawionej głębokości. Dzięki temu unikano osłabienia energii wybuchu i można było ją kierować poniżej pancernego pasa chroniącego ciężkie jednostki (na części znajdującej się poniżej linii wodnej kadłub nie był chroniony pancerzem lub był on cieńszy). Podczas drugiej wojny światowej wybuchowe motorówki zastosowano przy dwóch akcjach. Pierwsza, przeprowadzona przez sześć łodzi 26 marca 1941 roku, przeciwko brytyjskiej bazie morskiej na Krecie, zakończyła się powodzeniem – poważnym uszkodzeniem ciężkiego krążownika HMS „York" oraz tankowca. Po przeholowaniu na mieliznę krążownik został potem dobity przez niemieckie samoloty. Ponad rok później na Malcie przeprowadzono kolejną dużą operację z użyciem dwóch żywych torped i dziewięciu motorówek. Tym razem – bezowocnie.
Po tym wydarzeniu Włosi skoncentrowali się na atakach podwodnych. Pojazdem, który im to umożliwiał, były załogowe torpedy. Budowano je na bazie standardowych torped kal. 533 mm. Na korpusie znajdowały się siedziska dla dwóch płetwonurków – sternika (dowódcy) oraz siedzącego za nim mechanika. Byli oni wyposażeni w aparaty oddechowe umożliwiające przebywanie do sześciu godzin pod wodą. Torpedę napędzał silnik elektryczny, który zapewniał prędkość 2,5 węzła na powierzchni i 1 węzeł pod wodą. W rejon operacji pojazd był transportowany przez okręt podwodny wyposażony w specjalne zasobniki. Po ich opuszczeniu zasięg torpedy wynosił do 10 mil morskich. Pojazd miał zbiorniki balastowe pozwalające na zanurzenie do 30 m. Ładunek wybuchowy o wadze 260 – 300 kg (w zależności od źródeł) był podczepiany do kadłuba atakowanej jednostki. Detonował go nastawiany czasowo zapalnik.

Żywe torpedy w Aleksandrii i Gibraltarze

Wobec przewagi floty brytyjskiej na Morzu Śródziemnym Włosi pokładali duże nadzieje w atakach sił specjalnych. Pierwsze próby atakowania baz brytyjskich miały miejsce już w sierpniu 1940 roku. Początki były jednak bardzo trudne. Nie doceniono czujności brytyjskiego lotnictwa patrolującego okolice baz, a torpedy trapiły liczne awarie. Dość powiedzieć, że przy braku jakichkolwiek sukcesów tylko w pierwszym roku wojny utracono dwa okręty podwodne – nosiciele torped, okręt-bazę i kilkanaście załóg. Dodatkowo (czego Włosi nie byli świadomi) Brytyjczycy przechwycili nieprzyjacielski sprzęt, dzięki czemu wkrótce zaczęli rozwijać swoją żywą torpedę. Wytrwałość Włochów w końcu zaczęła przynosić owoce: 10 września 1941 roku w Gibraltarze zatopiono trzy statki. Co więcej, wszystkim załogom udało się powrócić bezpiecznie przez neutralną Hiszpanię. Niedługo później miał miejsce rajd, który okazał się największym sukcesem Włochów. Trzy torpedy w nocy z 18 na 19 grudnia 1941 roku wdarły się na redę portu w Aleksandrii. Mimo że wokół brytyjskich pancerników rozpięte były sieci przeciwtorpedowe, udało się je pokonać. Nie obyło się bez kłopotów – atakujący pancernik „Valiant" pojazd kpt. Luigiego Duranda de la Penne zaplątał się w sieć. Gdy się z niej oswobodził, okazało się, że torpeda jest uszkodzona. Kapitan odłączył ładunek i przeciągnął go po mulistym dnie pod kadłub pancernika. Co gorsza, jego mechanik Emilio Bianchi wskutek pro- blemów z aparatem oddechowym musiał się wynurzyć i de la Penne przez 40 minut samotnie zmagał się z wyczerpującą misją. Po jej ukończeniu wypłynął na powierzchnię, gdzie został zauważony przez Anglików i razem z Bianchim o godz. 3.30 wzięty do niewoli. Zaalarmowani Anglicy przeciągnęli pod dnem pancernika stalową linę, która miała zerwać przymocowane ładunki. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Skonfundowani Anglicy próbowali przesłuchać Włochów, lecz ci odmawiali jakichkolwiek zeznań. W efekcie zostali umieszczeni pod kluczem, głęboko pod linią wodną okrętu. Dopiero kwadrans przed planowaną eksplozją poinformowali Anglików o zagrożeniu i konieczności ewakuacji załogi, nie podając jednak szczegółów umiejscowienia miny. W efekcie znowu trafili do aresztu. Po eksplozji zdołali się wydostać na pokład. W tym czasie eksplodowała mina podłożona pod bliźniaka „Valianta" – HMS „Queen Elisabeth". Oba okręty osiadły na dnie. Poza nimi zatonęły także zbiornikowiec i niszczyciel. Co ciekawe, ponieważ oba pancerniki osiadły na płytkiej wodzie, a włoscy płetwonurkowie zostali wzięci do niewoli, Anglikom długo udawało się ukryć czasową niezdolność okrętów do służby – m.in. organizowali dezinformujące pokazy dla prasy. Rajd aleksandryjski był zwieńczeniem włoskich wysiłków związanych z zastosowaniem tzw. żywych torped. Anglicy uszczelnili zagrody strzegące wejść do portów i powołali własne grupy nurków czuwających nad bezpieczeństwem kotwiczących okrętów. Ciekawy fortel zastosowali Włosi przy okazji kolejnych ataków na Gibraltar (pomysł zresztą wykorzystano w jednym z filmów o Jamesie Bondzie). Niedaleko hiszpańskiego portu Algeciras, zaledwie 3 mile morskie od angielskiej bazy, na mieliźnie stał wrak włoskiego zbiornikowca „Olterra". Urządzono w nim tajną bazę żywych torped, które w częściach były szmuglowane na teren Hiszpanii. W burcie wraku, 2 metry poniżej linii wodnej, wycięto zamykaną wrotami furtę, przez którą pojazdy mogły opuszczać statek i nań wracać. Od jesieni 1942 przeprowadzono z pokładu „Olterry" – nie bez sukcesów – misje przeciwko statkom stojącym na gibraltarskiej redzie. Aż do września 1943 roku, kiedy to faszystowskie Włochy skapitulowały, Anglicy nie odkryli sekretu, przypuszczając, że włoskie torpedy są dowożone w okolice portu przez okręty podwodne...

Brytyjscy ludzie-żaby

Pod wpływem doświadczeń Włochów – i zdobytych egzemplarzy nietypowej broni – również Anglicy zaczęli rozwijać ideę podwodnych komandosów. Pierwsze próby angielskich torped (nazywanych Chariots – Rydwanami), silnie wzorowanych na włoskich, odbyły się latem 1942 r. Po raz kolejny okazało się, że nowa broń początkowo przysparza więcej kłopotów i strat niż sukcesów. Jedną z pierwszych operacji – z którą wiązano wielkie nadzieje – była próba dotarcia przewożącym dwie żywe torpedy kutrem rybackim „Arthur" pod Asenfjord, gdzie cumował najgroźniejszy pancernik Niemiec – „Tirpitz". Niestety, kiedy kuter był w odległości 16 km od miejsca, gdzie pojazdy miały zacząć samodzielny rejs, w trakcie sztormu doszło do zerwania się rydwanów z holu i ich utraty. Inna operacja o kryptonimem „Principle" została przeprowadzona na przełomie 1942 i 1943 roku przeciwko włoskim okrętom w Palermo. Mimo że udało się zatopić lekki krążownik „Ulpio Traiano", statek handlowy i kilka mniejszych jednostek, atakujący zespół poniósł ciężkie straty. Z 20 płetwonurków, którzy brali udział w operacji, powróciło tylko dwóch. Dziesięciu zaginęło jeszcze przed atakiem wraz z wiozącym ich okrętem podwodnym, który prawdopodobnie wszedł na minę. Późniejsze operacje przeciw Włochom były bardziej owocne. Ostatnią akcję brytyjskich „ludzi-żab" przeprowadzono już po inwazji w Normandii, w lipcu 1944 przeciwko przejętym przez Niemców włoskim  krążownikom „Gorizia" i „Bolzano". Anglików w tej akcji wspierali ich włoscy koledzy z X Flotylli MAS, którzy zdecydowali się na współpracę z aliantami, a wśród nich – bohater z Aleksandrii, kapitan de la Penne. Akcja zakończyła się połowicznym sukcesem –  „Bolzano" zatonął.

Niemiecki Neger i japoński Kaiten

Wraz z niekorzystnym dla państw osi obrotem losów wojny coraz częściej zaczęto myśleć o wykorzystaniu „morskich moskitów" jako broni defensywnej. Niemcy opracowali swój własny typ żywej torpedy, odmienny w założeniach od brytyjskiego i włoskiego. Były to Neger i jego rozwinięcie, Marder. Idea polegała na przerobieniu standardowej torpedy na miniaturowy okręcik dla jednego marynarza. Pod pojazd podczepiana była druga torpeda, wystrzeliwana w kierunku wybranego celu. W założeniu system miał zapewnić kierującemu bezpieczny powrót do bazy. O ile Neger mógł pływać wyłącznie po powierzchni, o tyle jego następca mógł się zanurzać do 10 metrów. Drugim opracowywanym systemem były wybuchowe motorówki Linse. Co ciekawe, były one – po opuszczeniu przez pilota – sterowane radiowo z drugiej łodzi. Efekty zastosowania tych środków walki zdecydowanie nie zachwyciły. Negrów – które okazały się bardzo niedopracowanymi jednostkami – użyto po raz pierwszy pod Anzio we Włoszech w kwietniu 1944 r. Pomimo dużej ilości operujących pojazdów – 17, alianci stracili tylko jeden pomocniczy okręt. Niedługo później przyszło lądowanie w Normandii. Powtarzające się ataki prowadzono przy zastosowaniu podobnej taktyki – zmasowanych uderzeń żywych torped (nawet do kilkudziesięciu pojazdów) na zgrupowania alianckich okrętów. Straty były bardzo wysokie, rzędu 80 – 100 procent. Najcięższym okrętem, który stracili alianci w wyniku działania niemieckich żywych torped, okazał się być polski lekki krążownik „Dragon". Po eksplozji torpedy zginęło 37 marynarzy, 14 było zaś rannych. Jednostka była na tyle ciężko uszkodzona, że postanowiono ją zatopić. Po za tym do końca wojny alianci utracili kilka lekkich okrętów. Równie nieskuteczne okazały się motorówki Linse – do końca 1944 r. alianci zatopili ok. 160 jednostek tego typu. Motorówki wykorzystywane były też do przerzutu płetwonurków, którzy atakowali mosty i instalacje hydrotechniczne we Francji i Holandii w II połowie 1944 roku. Krajem, który próbował zmienić losy wojny za pomocą samobójczych środków walki, była Japonia. Kaiten bazował na technologii napędzanej sprężonym tlenem torpedy typu 93 (słynnej długiej lancy). Pojazd był większy niż standardowa „długa lanca" – mierzył 15 metrów długości i ważył 8 ton, podczas gdy „lanca" miała ok. dziewięć i pół metra długości i ważyła 3 tony. Dodatkowo Kaiten wyposażony był w miniaturowy kiosk i peryskop dla kierującego nią pilota. Również i ten pomysł rozpaczy okazał się nieskuteczny. Zatopiono trzy amerykańskie jednostki: niszczyciel eskortowy, tankowiec i okręt desantowy kosztem prawie 100 pilotów pojazdów i ośmiu okrętów podwodnych – nosicieli Kaitenów.

Kajakarze JKM

Od początku drugiej wojny światowej rosło znaczenie różnego rodzaju jednostek specjalnych. Niewielkie grupy świetnie wyszkolonych i zdeterminowanych żołnierzy o wysokiej mobilności potrafiły dokonać wyczynów niemożliwych dla większych oddziałów działających w konwencjonalny sposób. Do takich akcji zaliczyć należy po stronie niemieckiej choćby zdobycie fortu Eben Emael w maju 1940 r., co pozwoliło opanować Belgię. To jednak Brytyjczycy postawili na rozwój wyspecjalizowanych jednostek uderzeniowych i dywersyjnych zwanych komandosami. Rajdy komandosów Jego Królewskiej Mości na wybrzeża Norwegii i Francji spowodowały że Niemcy musieli wzmocnić nadbrzeżne garnizony. Szczególnie obfitującym w tego rodzaju specjalne operacje był rok 1942. Do największych sukcesów należał rajd na Saint Nazaire, gdzie za pomocą wypełnionego materiałami wybuchowymi starego niszczyciela udało się zniszczyć suchy dok Normandie – jedyny na francuskim wybrzeżu, zdolny do pomieszczenia pancernika „Tirpitz". Również w 1942 roku zaatakowano stację radarową w Bruneval koło Hawru. W wyniku kombinowanego desantu z powietrza i morza zdobyto elementy niemieckiego radaru Wurzburg i poznano zasady jego funkcjonowania. Największym rajdem było lądowanie we francuskim porcie Dieppe dokonane 19 sierpnia. Zaplanowane jako próba inwazji okazało się bardzo kosztowną lekcją – poległo lub zostało wziętych do niewoli 3300 z 5000 lądujących Kanadyjczyków, a także 250 z 1000 brytyjskich komandosów. Oprócz wielkich rajdów podejmowano również mniejsze akcje, których efekty okazywały się równie głośne. Do takich należała operacja „Frankton" – jeden z najbardziej spektakularnych sukcesów osiągniętych przez komandosów używających... kajaków. Utworzenie tych nietypowych grup należy wiązać z osobą Rogera „Jumbo" Courtneya. Przed wojną był on podróżnikiem i myśliwym eksplorującym Afrykę za pomocą kajaka. Kiedy nastała wojna, Courtney znalazł się w jednym z oddziałów komandosów. W lipcu 1940 r., kiedy jego pomysł utworzenia oddziału kajakarzy został po raz kolejny zlekceważony przez przełożonych, postanowił przekonać ich o słuszności swoich koncepcji w sposób cokolwiek pozaregulaminowy. Podczas szkolenia w Szkocji  udało mu się podpłynąć kajakiem do zacumowanego na rzece Clyde okrętu desantowego HMS „Glengyle". Wspiąwszy się na pokład, niezauważony...  podpisał się na drzwiach kapitańskiej kajuty oraz ukradł pokrowiec jednego z dział, po czym niepostrzeżenie opuścił pokład. Niedługo później pojawił się w pobliskim hotelu na spotkaniu wyższych oficerów marynarki i w obecności nieszczęsnego kapitana desantowca zameldował o swoim występku oraz zaprezentował ociekające wodą „trofeum". Przełożeni docenili i wykorzystali inicjatywę Courtneya, awansując go do stopnia kapitana i powierzając stworzenie dwunastoosobowego oddziału kajakarzy, który z czasem miał zyskać sławę jako SBS (Special Boat Section). Komandosi zwykle przewożeni byli w rejon operacji na pokładzie okrętu podwodnego. Bezpośrednio przed akcją płócienne, dwuosobowe kajaki były składane. Przeprowadzane operacje miały charakter zwiadowczo-dywersyjny. Niszczono biegnące przy brzegu tory kolejowe, desantowano i odbierano agentów, w kwietniu 1942 r. zaś kapitanowi Geraldowi Montanaro i sierżantowi Fredericowi Preece udało się wedrzeć do portu Bolougne i za pomocą miny magnetycznej  zatopić tankowiec. Mimo że ich kajak zaczął przeciekać, zdołali dopłynąć do oczekującej ich motorówki i wrócić do Anglii.

Miny wybuchają w Bordeaux

Od dłuższego czasu trwały przygotowania do operacji zakrojonej na większą skalę. Miała być skierowana przeciwko łamaczom blokady operującym z leżącego w południowej Francji, u ujścia Żyrondy, portu Bordeaux. Były to szybkie handlowe jednostki, na pokładach których przywożono z Japonii lub terenów przez nią okupowanych bezcenne dla niemieckiego przemysłu surowce, takie jak kauczuk, ropa, czy rudy rzadkich metali. I tak wywiad brytyjski w lecie 1942r. szacował, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy do Bordeaux przywieziono 25 tys. ton kauczuku. Po rozważeniu różnych możliwości, ostatecznie zdecydowano się na użycie kajaków. Grupą dowodził major Herbert „Blondie" Hasler (po wojnie jeden z prekursorów samotnego żeglarstwa oceanicznego, pomysłodawca i organizator transatlantyckich regat samotniczych OSTAR). Grupa została wyposażona w nowy model kajaków, tzw. Cockle Mk II. Miały one 4,6 m długości. Ich płaskie dno ułatwiało przeciąganie po lądzie, niska sylwetka zaś utrudniała dostrzeżenie. Mogły one przewozić do 272 kg ładunku. A było go naprawdę dużo: w trakcie rajdu do Bordeaux każdy kajak oprócz załogi przewoził trzy zestawy wioseł, kompas, sondę głębokości, zestaw naprawczy, pochodnię, dwa ręczne granaty, 15 metrów żyłki rybackiej, magnes do przytwierdzania kajaka do kadłuba statku, czerpak, gąbkę, kamuflującą siatkę, a także kuchenkę, racje żywności i wody na sześć dni. Najważniejsze jednak było uzbrojenie – sześć min z magnetycznymi zaczepami. Uzbrojone w chemiczne, czasowe zapalniki były umieszczane ok. półtora metra poniżej linii wodnej za pomocą specjalnych wysięgników. Wyposażenie osobiste załogi uzupełniały zmiany odzieży, latarki, pistolet Colta i specjalny, komandoski nóż. Po ukończeniu intensywnego szkolenia 13 komandosów (jeden był rezerwowym) i sześć kajaków zostało przewiezionych na pokładzie okrętu podwodnego HMS „Tuna" ok. 16 km od ujścia Żyrondy. Tam 7 grudnia o godz. 17.30 kajaki zostały spuszczone na wodę. Przy tej okazji uszkodzeniu uległ jeden z nich, tak więc w stronę francuskiego brzegu popłynęło pięć zespołów. Nadchodząca noc miała być wyjątkowo trudna. Do rana na dochodzących do 1,5 metra wysokości falach przyboju utracono dwa dalsze kajaki. Podczas forsowania niemieckiej linii dozoru, którą stanowiły trzy łodzie patrolowe oświetlające powierzchnię rzeki, kolejny kajak odłączył się od dwóch pozostałych i kontynuował swój rejs samotnie aż do nocy z 10 na 11 grudnia, kiedy to wpadł na podwodną przeszkodę i zatonął. Nad ranem, po przepłynięciu 30 km, półżywi ze zmęczenia komandosi przybili do brzegu w – jak im się wydawało – ustronnym miejscu. Mimo zamaskowania łódek ich obecność została odkryta przez francuskich cywilów, którzy jednak na szczęście nie wydali Brytyjczyków. Przez kilka najbliższych dób nerwowy scenariusz powtarzał się – komandosi płynęli nocami, w dzień starali się odpoczywać. W końcu, w nocy z 10/11 grudnia, po przepłynięciu ok. 100 km, dwa kajaki ze zmęczonymi załogami zbliżyły się do rejonu akcji. Mjr Hasler nakazał całodzienny odpoczynek i ostateczne przygotowania. Następnej nocy załogi podłożyły miny pod kadłuby cumujących jednostek i odpłynęły ok. 30 km w dół rzeki. Nad ranem zatopiono kajaki, a komandosi wyszli na brzeg. Zgodnie z planem załogi rozdzieliły się, by na własną rękę próbować dostać się do neutralnej Hiszpanii. Podłożone miny okazały się skuteczne: z pięciu handlowych jednostek, które uszkodzono, tylko jedną Niemcy zdołali wyremontować do czasu swojej ewakuacji z Francji. Niestety, zespół okupił sukces ciężkimi stratami. Jedynie major Hasler ze swoim współzałogantem Billem Sparksem zdołali ujść żywo. Jedna z osad najprawdopodobniej utonęła już pierwszej nocy, pozostałe zostały schwytane przez Niemców – jako ostatnią pochwycono drugą z załóg, którym udało się osiągnąć Bordeaux, co miało miejsce cztery dni po akcji, w odległości ok. 50 km od zbawczej granicy z Hiszpanią. Mimo iż, jak podają źródła, wszystkie załogi były umundurowane i nosiły wojskowe dystynkcje, to zostały rozstrzelane na mocy wydanego niedługo wcześniej przez Hitlera tzw. Kommandobefhl. W reakcji na incydenty mające miejsce podczas rajdów komandosów na Dieppe i wyspę Starck (chodziło o przypadki krępowania jeńców przez komandosów i zastrzelenia wziętych do niewoli jeńców – prawdopodobnie podczas próby ucieczek) rozkaz stanowił, że „wszystkich przeciwników wykonujących tzw. misje Kommando na terenie Europy i Afryki – również żołnierzy w mundurach – którzy zostaną pojmani w walce czy też ucieczce, należy wyciąć w pień". Dotyczyło to nawet tych żołnierzy, którzy poddawali się dobrowolnie.

Na azjatyckich wodach

Kolejne akcje kajakarzy w Europie odbywały się już na mniejszą skalę; coraz częściej związane były ze skrytym rozpoznaniem plaż przed kolejnymi operacjami desantowymi oraz przygotowywaniem i znakowaniem podejść do plaż dla środków desantowych. Pozwoliło to uniknąć wielu błędów i ocalić życie wielu lądujących żołnierzy. Warto jednak przypomnieć o jeszcze jednej akcji, podobnej do operacji „Frankton". 1 września 1942 roku niewielki, liczący 20 metrów i powolny drewniany kuter „Krait" opuścił zatokę Exmouth w północno-zachodniej Australii i skierował się na północ. Oprócz mnóstwa wad „Krait" miał jedną wielką zaletę – nie wyróżniał się spośród innych tego typu rybackich jednostek pływających licznie po azjatyckich wodach. Aby dodatkowo wtopić się w otoczenie, załoga – którą stanowiło trzech Anglików i  11 Australijczyków, członków tzw. Zespołu Specjalnego Z – pociemniła swe twarze i pozbyła się europejskich ubrań. Powzięte środki bezpieczeństwa były zrozumiałe – celem zuchwałej akcji miał być oddalony o prawie 2000 mil morskich Singapur. Po prawie trzytygodniowym rejsie, prowadzącym w większości po wodach kontrolowanych przez Japończyków, niedaleko celu misji znaleziono niewielką wyspę, gdzie założono bazę. Po kilku dniach ostatecznych przygotowań i odpoczynku zespół uderzeniowy na trzech kajakach wyruszył na singapurską redę. Atak powiódł się znakomicie: magnetyczne miny spowodowały zatonięcie siedmiu statków o łącznej wyporności ok. 39 tys. ton. Co szczególnie warte podkreślenia, wszystkim uczestnikom misji udało się bezpiecznie wycofać do miejsca, gdzie oczekiwał na nich kuter, a następnie powrócić na jego pokładzie do Australii. Niestety, rok później szczęście się od nich odwróciło: przygotowywana z większym rozmachem operacja „Rimau" (komandosi mieli atakować na specjalnych kajakach, które mogły się zanurzać i były napędzane silnikiem elektrycznym) zakończyła się tragicznie. Dżonka, którą płynęli uczestnicy rajdu, wpadła na japoński patrolowiec. Przy próbie skontrolowania podejrzanej jednostki doszło do wymiany ognia. W efekcie późniejszej japońskiej obławy zginęło wszystkich 13 członków grupy szturmowej – bądź w trakcie walk, bądź zostali w niewoli. Niezależnie od tego, czy operację wieńczył sukces, czy kończyła się fiaskiem, towarzyszyło im ogromne ryzyko i konieczność liczenia się z dużymi stratami wśród uczestników. Bezlitosna logika wojny podpowiadała jednak, że warto było je ponosić. Najlepszym dowodem na słuszność tej tezy jest fakt, że formacje podwodnych i morskich komandosów przetrwały również w świecie współczesnym, a  ich członkowie stanowią elitę większości armii.

Polskie żywe torpedy

Warto też nadmienić, że również przedwojenna Polska miała swój epizod związany z ideą żywych torped. W 1939 r. wskutek wieści o narastającym zagrożeniu państwa i agitacji prasowej do wojska zaczęli się zgłaszać ochotnicy pragnący oddać życie za ojczyznę. Wojsko wpisywało ochotników do ewidencji, dla 83 z nich zorganizowano podobno spotkanie instruktażowe, na którym zebrani dowiedzieli się że trwają prace nad 16 sztukami nowej broni i że dwumiesięczne przeszkolenie rozpocznie się po 12 października. Oczywiście wybuch wojny przekreślił ewentualną realizację powyższych planów.        
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL