fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Widziane z regionu

Polska szkoła chaosu

?MEN podaje, że w przyszłym roku szkolnym więcej będzie miejsc w szkołach dających zawód niż w liceach ogólnokształcących
materiały prasowe
Reforma edukacji nie uspokoiła sytuacji w szkolnictwie. Na nowy system narzekają nauczyciele i rodzice. Uczniowie klas VII i VIII spędzają w szkole nawet po 9 godzin dziennie.
Likwidacja gimnazjów i zastąpienie ich przez ośmioklasową szkołę podstawową stała się faktem. W tym roku naukę zakończy ostatni rocznik gimnazjalistów (w szkołach średnich będą uczyć się innym trybem niż absolwenci podstawówek) i nauka na podstawowym poziomie będzie odbywała się już jednym i tym samym trybem.
Nawet przeciwnicy reformy przyznają, że nasz system edukacji jest już zmieniony. I raczej trudno się spodziewać, że w ciągu najbliższych kilku lat system oświaty mogłaby czekać kolejna rewolucja. Sondaże pokazują, że Polacy przyzwyczaili się do nowego systemu edukacji. Z przeprowadzonego przez IBRiS dla „Rzeczpospolitej" w czerwcu ubiegłego roku badania wynika, że niemal połowa Polaków (48 proc.) pozytywnie wypowiada się o wprowadzonej reformie. Krytycznie wypowiedziało się o niej 46 proc. respondentów. Zdania w tej sprawie nie miało 6 proc. ankietowanych.
Największe poparcie reforma zebrała wśród wyborców PiS. Najgorzej wypowiedzieli się o niej beneficjenci programu 500+, którzy w szkołach swoich dzieci widzą efekty tych działań. W czym jest największy problem?

Przepełniona podstawa programowa

Nauka w zreformowanej szkole podstawowej ruszyła od września 2017 r. na nowych zasadach. Przybyło m.in. lektur i zadań otwartych na końcowym egzaminie. Cykl kształcenia na poziomie ogólnym, w porównaniu z poprzednim systemem, skrócił się o rok. W efekcie uczniowie klas VII i VIII spędzają w szkole nawet po 9 godzin dziennie, a potem odrabiają prace domowe. Często sami muszą nauczyć się nowych zagadnień, bo nauczyciel nie jest w stanie omówić wszystkiego na lekcji. A ze znajomości treści programowych uczniowie są rozliczani podczas egzaminów kończących każdy etap edukacji. Kiepski wynik z automatu zamyka szansę na naukę w dobrej szkole. Sprawie przeciążenia uczniów przyjrzał się poprzedni rzecznik praw dziecka Marek Michalak. Na jego zlecenie naukowcy z Uniwersytetu im. Marii Curie-Skłodowskiej przepytali uczniów, nauczycieli i rodziców siódmoklasistów z 76 szkół w całej Polsce. W badaniu wzięło udział 3328 uczniów z klas VII, 617 rodziców uczniów klas VII, 959 nauczycieli uczących w klasach VII i 76 dyrektorów szkół podstawowych. Okazało się, że aż 91 proc. rodziców zauważyło, że nauka zajmowała ich dzieciom więcej czasu niż w poprzednich latach. A 60 proc. wskazało, że nauczyciele zadają zbyt dużo prac domowych. W rezultacie blisko połowa dzieci z powodu braku czasu i nadmiaru nauki była zmuszona zrezygnować z uczestnictwa w zajęciach rozwijających zainteresowania. A co drugi uczeń stwierdził, że w ogóle nie rozumie tego, o czym się uczy. Na domiar złego ostatnia diagnoza umiejętności ósmoklasistów, przeprowadzona przez Centralną Komisję Egzaminacyjną, pokazała, że absolwenci ósmej klasy nie są wcale lepiej przygotowani do egzaminów i nauki w szkołach średnich niż gimnazjaliści. Ósmoklasiści mają problem z czytaniem literatury ze zrozumieniem, tworzeniem wypowiedzi, gramatyką i interpunkcją. Podobnie jest z językiem obcym, w których problemem jest zapisanie nawet bardzo prostych fraz. W zakresie matematyki uczniowie powinni popracować nad sprawnością rachunkową oraz nad zadaniami na dowodzenie.

Więcej miejsc w zawodówkach

Jak podaje MEN, w przyszłym roku szkolnym więcej będzie miejsc w szkołach dających zawód niż w liceach ogólnokształcących. W tych pierwszych (szkoły branżowe I i II stopnia) przygotowano ponad 400 tys. miejsc. W drugich – o 80 tys. mniej. Zdaniem niektórych osób podwójny rocznik to celowy zabieg MEN, by zmusić młodzież do nauki w szkołach zawodowych. Jest to uzasadnione potrzebami rynku pracy, na którym coraz bardziej brakuje pracowników. Na plus można zaliczyć obecnej szefowej MEN Annie Zalewskiej to, że rozpoczęła się reforma szkolnictwa zawodowego. Teraz kształcenie będzie odbywało się we współpracy z przedsiębiorcami. Będzie więc większa szansa na to, że absolwenci zreformowanych szkół branżowych będą posiadali kwalifikacje wymagane przez pracodawców i szybciej znajdą zatrudnienie. A pracodawcy nie będą narzekać na to, że absolwenci nie są przygotowani do pracy zawodowej. Trudniej dzieciom wiejskim Swego czasu jednym z celów skrócenia edukacji na poziomie podstawowym i wprowadzenia gimnazjów było wyrównanie szans edukacyjnych dzieci z małych ośrodków. Była to szansa dla zdolnych dzieci wiejskich, by wyrwały się z dotychczasowych miejsc zamieszkania i zaczęły naukę w miastach. Gimnazja z założenia miały znajdować się przy liceach, co też miało podnieść poziom nauczania z uwagi na kadrę i lepiej wyposażone pracownie. To nie do końca się udało, bo wiele gimnazjów powstało przy dotychczasowych podstawówkach i tak naprawdę uczniowie w ogóle nie zmienili budynku. Ale ci, którzy chcieli zmienić szkołę na lepszą, mogli to zrobić. Ostatnia reforma edukacji im tę szansę odebrała.

Awantura z nauczycielami

Reforma edukacji dała nie tylko w kość dzieciom, ale także nauczycielom. Nie dość, że to na nich w pierwszej kolejności skupia się gniew rodziców niezadowolonych z tego, że dzieci muszą pracować dłużej i ciężej niż niejeden dorosły, to w dodatku sami musieli wdrożyć w szkołach założenia w pośpiechu przygotowanej reformy. Coroczne zmniejszanie się o jeden rocznik liczby uczniów w gimnazjach to mniej potrzebnych nauczycieli, godzin pracy, a co za tym idzie – także niższe uposażenie--. W rezultacie część nauczycieli musiała uzupełniać etaty w innych placówkach, jeżdżąc między szkołami nawet po kilkanaście kilometrów. Najbardziej dotkliwy okazał się brak nauczycieli przedmiotów ścisłych – fizyki czy chemii. Podzielenie godzin nauczania tego przedmiotu między szkołą podstawową a gimnazjum spowodowało, że wielu nauczycieli tych przedmiotów odeszło ze szkół albo nie było zainteresowanych zatrudnieniem w podstawówce, gdzie oferowano im np. cztery godziny pracy w tygodniu. Są więc szkoły, w których od początku roku nie udało się znaleźć nauczycieli i funkcjonują one w systemie zastępstw. Wydłużona została o pięć lat ścieżka awansu zawodowego (z 10 na 15), zagmatwano zasady oceniania nauczycieli (po kilku tygodniach je... uproszczono), a szkoła obrosła w biurokratyczne obowiązki. Nadmiaru pracy nie zrekompensowały płacone w trzech transzach podwyżki (po ok. 5 proc.). Finał jest taki, że wkurzeni na zmiany nauczyciele domagają się znaczących podwyżek na drodze strajku. Według planów ZNP ma się on rozpocząć 8 kwietnia, tuż przed egzaminami gimnazjalnymi i na zakończenie ósmej klasy. Niskie wynagrodzenia spowodowały także, że w szkołach coraz bardziej widoczna jest tzw. selekcja negatywna. Do szkół coraz rzadziej trafiają dobrzy nauczyciele i pedagodzy z prawdziwego zdarzenia. W efekcie poziom nauczania się obniża. Konflikt między MEN a nauczycielami urósł już tak mocno, że --obie strony nie są w stanie się porozumieć ani spotkać w połowie drogi. Trudno jest więc przypuszczać, że uda się uniknąć strajku. Ostateczna decyzja w tej sprawie zapadnie pod koniec kwietnia.

Agresja nie zniknęła ze szkół

Jednym z argumentów podawanych przez rządzących było to, że likwidacja gimnazjów miała przyczynić się do poprawy bezpieczeństwa w szkołach. W ciągu ostatnich lat wielokrotnie w mediach pojawiały się informacje o aktach agresji, które miały miejsce w gimnazjach. Z ostatnich międzynarodowych badań PISA wynika, że w Polsce istnieje większe zagrożenie przemocą w szkole niż w innych krajach OECD. Aż 21,1 proc. uczniów gimnazjum wskazało, że w ciągu ostatniego miesiąca było dręczonych – w psychiczny czy fizyczny sposób. Mogło tu chodzić o bicie, popychanie, zabieranie przedmiotów osobistych czy przedrzeźnianie - również w internecie. Średnia OECD wynosi w tym wypadku 18,7 proc. Likwidacja gimnazjów nie rozwiązała problemów, a nawet je spotęgowała. Nagłe pozostawienie w szkołach dwóch dodatkowych roczników spowodowało, że wzrosło zagęszczenie. A więcej dzieci to większe prawdopodobieństwo konfliktów. Tym bardziej że nagle w jednym miejscu znaleźli się ci, którzy do niedawna rozrabiali w gimnazjach, oraz małe dzieci. Agresja z likwidowanych gimnazjów przeniosła się po prostu do szkół podstawowych.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA