fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Zielony dom Agaty Wróbel

Agata Wróbel na igrzyskach w Atenach w 2004 roku
Fotorzepa/ Bartłomiej Zborowski
W sierpniu 2004 z Agatą Wróbel, jedną z najsilniejszych kobiet świata, rozmawiał Andrzej Łozowski. Przypominamy tę rozmowę, w związku z apelem o wsparcie, jaki wystosowała nasza mistrzyni olimpijska, która nie ma środków do życia.

Rzeczpospolita Mówią o pani - trochę dzika. Jest pani trochę dzika?

Agata Wróbel: Pewnie mają na myśli to, że nie lubię wywiadów. Jak mogę wyjść tylnymi drzwiami na widok dziennikarza, to wychodzę. Z tymi wywiadami jest tak: nie chcem, ale muszem.

Czemu nie chcem?

Mam przykre doświadczenia. Kilka razy zdarzyło mi się przeczytać to, czego nie powiedziałam. Raz zdarzyło mi się przeczytać nie tylko to, czego nie powiedziałem, ale tekst obrzucający mnie błotem. Tej gazecie nigdy nie udzielę wywiadu, nie chcę rozmawiać z jej dziennikarzami na żaden temat, mimo że człowiek, który mnie obraził, już tam nie pracuje. To, co napisano, bardzo mnie zabolało. Boli do dziś. Naprawdę, nie czują się tak ważna, żeby trzeba było ze mną robić wywiady. Dźwigam ciężką sztangę i rozumiem, że to dobrze wychodzi na zdjęciach, ale nie mówię rzeczy na tyle ważnych, żeby moje słowa drukować w gazetach.

Niech pani nie będzie taka skromna. Rozdaje pani autografy na placu Czerwonym w Moskwie...

Ojej, raz mnie ktoś zaczepił pod Kremlem, ale nie było żadnej kolejki po mój podpis. Podnoszenie ciężarów jest w Rosji popularnym sportem i pewnie dlatego ktoś tam rozpoznał Agatę Wróbel.

Na Polach Elizejskich też zaczepiają?

Jeszcze nie, ale nie byłabym specjalnie zaskoczona. Stacja Eurosport towarzyszy mi od roku i stałam się dobrą znajomą francuskiego telewidza.

A gdzie pokazują panią palcami?

Nie uwierzy pan - w Grecji. Okazuje się, że mnie tam znają i lubią. Na mistrzostwach Europy w Loutraki, przed dwoma laty, nie było dobrej komunikacji między hotelem i miejscem zawodów, więc często podróżowałyśmy okazją. Pewnego dnia podjeżdża samochód osobowy, kierowca przygląda mi się uważnie i pyta, czy ja jestem Agata Wróbel. Zaprasza do środka, rusza, ale nie jedzie do hali, tylko w bliżej nieznanym kierunku. Pomyślałam przez chwilę, że to może porwanie. Po jakimś czasie zatrzymuje samochód pod swoim domem, woła rodzinę i krzyczy: "Zobaczcie kogo wam przywiozłem! To Agata Wróbel! ". Szczęśliwa rodzina zrobiła sobie ze mną zdjęcia, poprosiła o autografy i pojechaliśmy dalej.

To może media do czegoś się przydają?

Żartowałam mówiąc, że na widok dziennikarza staram się wyjść tylnymi drzwiami. Gdyby nie było mediów, nikt by mnie nie rozpoznał na placu Czerwonym, nie pokazywał w Grecji rodzinie, nie czytał wywiadów ze mną. To jest część mojej pracy i to dosyć ważna. Między innymi dlatego przyjęłam zaproszenie, kiedy Eurosport zaproponował mi udział w programie olimpijskim o nazwie "Droga do Aten". Więcej - uznałam to za zaszczyt, bo do tego programu zaproszono tylko cztery zawodniczki i czterech zawodników z Europy. Ale nie lubię być przed telewizyjną kamerą. To mnie peszy.

Ludzie mówią o pani - sto kilo dobroci. Znosi pani do domu bezpańskie psy i koty?

Nie wiem, czy powinnam o tym powiedzieć. Raz na drodze zabiłam kota, miało to miejsce w Gdyni. Nie wiem, co się ze mną stało, jechałam zamyślona i wpadł mi pod samochód. Byłam przez kilka dni chora. Co do psów, zabrałam jednego do siebie do Jeleśni pod Żywcem, ale nie z drogi, tylko z mieszkania Dominiki Misterskiej w Łodzi. Jechałyśmy razem ze zgrupowania w Siedlcach, odwiozłam do domu Dominikę i po drodze dowiedziałam się, że jej suka ma małe. Zabrałam w dalszą drogę małego słodkiego pieska, a po kilku tygodniach piesek zrobił się suczką. Imię zostało to samo - Miki. Kiedy go wiozłam w pudełku kartonowym, a jest to kawałek drogi z Łodzi do Jeleśni, patrzyłam na niego bez przerwy i z każdym kilometrem bardziej go kochałam. Małe psy mają to do siebie, że kocha się je coraz bardziej, a nie coraz mniej. Nie rozumiem, jak można coś tak słodkiego wyrzucić z samochodu na pobocze i zostawić na śmierć głodową.

Czy sto kilo dobroci daje jeść głodnym?

Nie wszystkim. Idę z koleżanką ulicą, podchodzi do nas cygańskie dziecko i powtarza bez przerwy: "pani da na chleb, pani da na chleb". Poprosiłam, żeby zaczekał, poszłam do sklepu, kupiłam chleb, a po nim ani śladu. Różnie bywa z tą pomocą biednym. Na tym też trzeba się znać. Jak pijak prosi mnie o pieniądze na chleb, to każę mu się wynosić. Jak powie, że potrzebuje na piwo, to czasem dostaje. Za prawdomówność.

Jakie miała pani dzieciństwo?

Przykre i niechętnie o tym rozmawiam. Byłam dużą i silną dziewczyną w porównaniu z rówieśnikami. Nie lubiły mnie nauczycielki, nie lubiły koleżanki. Kiedy poszłam do szkoły, zawsze byłam inna. Jest to jedno z moich najsmutniejszych wspomnień.

Lubi pani być w innym kraju?

Lubię i nie lubię. Lubię, bo tam zawsze jest coś nowego. Nie lubię, bo nie rozumiem, dlaczego na świecie jest tyle różnych języków. Czy nie byłoby pięknie, gdybyśmy mogli rozmawiać z Australijczykami, Grekami, Rosjanami i Francuzami, używając tego samego języka? Ludzie są sobie obcy nie dlatego, że mają inne charaktery, lecz dlatego, że nie mogą się dogadać.

Co jeszcze by pani na świecie zreformowała?

W pierwszej kolejności wprowadziłabym bezpłatne samoloty. Bilety lotnicze są strasznie drogie. Bardzo wielu ludzi nie może podróżować nie dlatego, że nie interesuje się tym, jak żyją inni. Nie stać ich na wyjazd ze swego rodzinnego kraju. Przecież to kosztuje majątek. Gdybym już przeforsowała bezpłatne loty, musiałabym wprowadzić obowiązek powrotu do domu. Do żon i dzieci. Mężczyźni mają to do siebie, że lubią znikać. Korzystając z bezpłatnych samolotów, bez przerwy jeździliby do Paryża po papierosy i nie mieli połączeń powrotnych.

A gdzie pani by wyruszyła pierwszym bezpłatnym samolotem?

Bez wahania do Australii. Moim marzeniem jest zamieszkać kiedyś w tym kraju. Albo na ciepłej wyspie, albo w Australii. Najważniejszym warunkiem jest to, żeby było ciepło.

Pochodzi pani z Żywca. Czuje się pani góralką?

Nie mam góralskich strojów, nie mówię góralską gwarą, chociaż kiedyś trochę mówiłam. Przyjeżdżałam na zgrupowania kadry i używałam słów, których trenerzy i moje koleżanki nie rozumieli. Cały folklor, jaki jest w Jeleśni, można spotkać w miejscowej karczmie. Mówię to bez złośliwości.

Dźwiga pani ciężary. Jak pani opisze ten sport ludziom, którzy nigdy nie byli na zawodach?

Po pierwsze, żeby ten sport uprawiać, trzeba go polubić. To jest warunek niezbędny. Podnoszenie ciężarów to bardzo ciężka praca i jeśli się jej nie lubi, nie ma co się do niego zabierać. Czy zawsze lubię tę pracę? Nie zawsze. Chętnie idę na salę przed mistrzostwami świata czy igrzyskami i bardzo niechętnie w okresie, kiedy nie ma zawodów. Wtedy treningi są lekkie, na sztandze małe ciężary i trener mówi, że trzeba robić wiele powtórzeń. Wolę raz dźwignąć sztangę o dużym ciężarze, niż dziesięć czy dwadzieścia razy o małym.

Trener mówi o pani - ona tak ładnie się boi przed zawodami. Co to znaczy?

Zawsze mam lęk przed startem. Nie pamiętam zawodów, o których mówiłam, że są nieważne. Ale częściej wygrywam niż przegrywam, więc chyba trener ma rację mówiąc, że ten mój lęk jest czymś pozytywnym.

Niedawno chciała pani wszystko rzucić...

Chciałam. Może nie byłam poważna, ale chciałam. Po mistrzostwach świata w Vancouver. Miałam zostać mistrzynią, a byłam dopiero siódma. Chciałam uciec daleko od sztangi, od pomostu, od wszystkich ludzi. Gdyby to były normalne mistrzostwa, jakoś bym przeżyła. Ale to były eliminacje olimpijskie, bardzo ważne zawody. I ja je zawaliłam. Nie nadaję się do uprawiania sportu - tak sobie wtedy mówiłam.

A zadawała pani sobie pytanie - co będę robiła?

W takiej sytuacji człowiek nie zastanawia się, co będzie robił. Jest na siebie zły i chce uciec od tego, co tę złość spowodowało. Kalkulacja jest prosta: poświęcam na sport cały swój czas, wkładam w te ciężary tyle ciężkiej pracy i nagle na ważnych mistrzostwach, będąc faworytką, zajmuję siódme miejsce. Panowie na wysokich stanowiskach prawie ze mną nie rozmawiali, postawili na mnie krzyżyk. Wcześniej, kiedy zdobywałam złote medale, wszystko się we mnie podobało, nawet te warkoczyki na głowie. Nagle, po porażce w Vancouver, nie podobały im się moje warkoczyki.

A dzisiaj już pani wie, co by robiła bez sportu?

Chyba pracowałabym w przedszkolu. Gdyby mnie było stać, założyłabym prywatne przedszkole. Rodzice mówiliby do mnie per pani dyrektorko. Bardzo lubię małe dzieci, łatwo się z nimi porozumiewam. Niektórzy mówią, że sama jestem jeszcze małą dziewczynką. Po Vancouver niektórzy mówili tak przez zaciśnięte zęby.

Uprawianie sportu zaczęła pani od podnoszenia ciężarów?

Ależ skąd. W szkole podstawowej pchałam kulą, bo przecież jak nauczyciel widzi taką dużą i silną dziewczynę, to od razu każe jej pchać kulą. Dobrze grałam w piłkę ręczną. W szkolnej drużynie stałam na bramce. Na siłownię zaprowadził mnie wujek. Na początku podpierałam drzwi - stałam i patrzyłam. Nie chciałam dźwigać sztangi. Wujek był dobrym trenerem, bo nie naciskał. Po dwóch miesiącach treningów wygrałam mistrzostwa Polski w trójboju siłowym. Pamiętam wynik - 375 kg.

Czy na zapleczu pomostu kobiety mają swoje garderoby?

Pan chyba żartuje. Tam wszystko jest dla mężczyzn. Dobrze, że mamy chociaż damskie toalety. Makijaż robimy w hotelu. Ale panu chodzi nie o makijaż, tylko o moje warkoczyki.

Nie będę ukrywał. Czy to dużo roboty?

Zacznę od tego, że lepiej się czuję psychicznie, mając na zawodach warkoczyki. Można powiedzieć - im więcej warkoczyków, tym lepszy wynik. Na co dzień noszę normalną fryzurę, warkocze są od święta. Czy to dużo pracy? Dużo. Nie mam czasu na gabinety fryzjerskie, proszę o to swoje koleżanki. Aż boję się powiedzieć, ile to trwa - nawet do czterech godzin. Jak wygrywam zawody, jest cisza. Jak przegrywam, złośliwi mówią: "jak ktoś ma głowę zaprzątniętą warkoczykami... ".

Czy pani rozmawia ze sztangą?

Nie rozmawiam, ale bardzo ją szanuję. W naszym sporcie mówią, że jak się sztangi nie szanuje, to ona potrafi nieźle sponiewierać. Sztangi się nie kopie, nie rzuca ze złością na pomost. Nie trzyma się na niej nóg w czasie pogawędki na treningu. To jest narzędzie pracy, trzeba je szanować.

Chce pani mieć własny dom?

Bardzo chcę. Parterowy, zielony. Z dachem w kolorze zgniłej zieleni, a ściany w jaśniejszym odcieniu. Jak już mówiłam, chciałabym mieszkać w Australii. Jeśli w Polsce, to w Bieszczadach albo w Jeleśni, koniecznie z dala od ludzi. I chciałabym mieć dwoje dzieci. Męża w ostateczności też. 

— rozmawiał Andrzej Łozowski

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA