fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Rzuceni na sport

Stefan Szczepłek
Fotorzepa/ Waldemar Kompała
W roku 2016 czekają nas najpierw mistrzostwa Europy w piłce nożnej a po nich - igrzyska olimpijskie. Na obydwie imprezy polscy sportowcy jadą z nadziejami na sukcesy. Sport jest jedną z tych dziedzin życia, w których ingerencja polityków ma nieduże znaczenie, więc obawa, że coś popsują jest niewielka. Różnie jednak bywa.

Związki sportowe są stowarzyszeniami, w których władze wybiera się w określonym, olimpijskim  cyklu, bez związku z wyborami parlamentarnymi. Zdarzają się jeszcze związki, na czele których stoją politycy, ale coraz mniej jest takich, których przyniesiono w teczce. Polityków na prezesów wybiera się z nadzieją, że coś załatwią. To się sprawdzało w PRL, kiedy o wszystko trzeba było walczyć, reglamentacja wszelkich dóbr stanowiła normę. Dziś już nie.

Jednak wszystkie związki sportowe są uzależnione od Ministerstwa Sportu i Turystyki, bo ono przydziela pieniądze na działalność. Same na siebie zarabiają bodaj tylko dwa: Polski Związek Piłki Nożnej i Polski Związek Motorowy. Minister  jest więc kimś, z kim warto dobrze żyć.

Nowego ministra sportu nie znam. Wiem, że nazywa się Witold Bańka, ma 31 lat i biegał w reprezentacyjnej sztafecie 4x400 metrów. Pochodzi z Tych, nie mam pojęcia dlaczego otrzymał nominację: czy za wspólnotę poglądów z premier Beatą Szydło, czy za jakieś wyjątkowe zdolności menedżerskie i doświadczenie, które posiadł mimo młodego wieku. Może będzie bardzo dobrym ministrem, a może poszerzy krąg posłusznych partyjnych nominatów na tym stanowisku.

Witold Bańka zastąpił na stanowisku ministra Adama Korola, mistrza olimpijskiego w wioślarstwie, asystenta w Gdańskiej AWFiS. Znał sport od strony praktycznej, teoretycznej a doświadczenie w zarządzaniu zdobywał jako poseł. Ale PO przegrała wybory, więc już go nie ma.

Pierwszym przejawem arogancji każdej nowej władzy jest wola szybkich zmian personalnych. Trzeba przegranych w wyborach zastąpić swoimi, bez względu na ich kwalifikacje. Witold Bańka już poszedł tym tropem. Stadion Narodowy ogłosił na początku grudnia, że pierwszy raz zanotował zysk i zarobił w tym roku około 2 mln złotych. Kilka dni później szef stadionu Tomasz Półgrabski został odwołany. Półgrabski pełnił tę funkcję przez półtora roku. Wcześniej był sekretarzem generalnym Polskiego Związku Tenisowego i wiceministrem sportu. Jest doktorem nauk o kulturze fizycznej, ma tytuł MBA uzyskany na Politechnice Gdańskiej. Krótko mówiąc miał podstawy do prowadzenia takiego interesu jak Stadion Narodowy.

Zastąpi go Jakub Opara, o którym wiem tylko tyle, że, podobnie jak wszyscy Polacy bardzo przeżył tragedię w Smoleńsku. Skoro minister Bańka wyznaczył Oparę na zarządcę Stadionu Narodowego to znaczy, że musi on mieć albo szczególne zasługi albo, jak sam minister, wyjątkowe predyspozycje. To dla mnie ważne, bo to Stadion Narodowy, a więc także i mój.

Na całe szczęście zwycięska partia nie może jeszcze odwołać z funkcji Adama Nawałki, Zbigniewa Bońka i Roberta Lewandowskiego.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA