fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Uchodi, batiuszka, uchodi!

Ostatnie przemówienie komunistycznego dyktatora Rumunii Nicolae Ceausescu i jego żony Eleny podczas „wiecu poparcia ludu stolicy” w Bukareszcie 21 grudnia 1989 roku. Cztery dni później sąd wojskowy skazał dyktatora i jego żonę na karę śmierci. Wyrok wykonano tego samego dnia o godz. 15 w Târgoviste
AFP
Dyktatorzy to głupi ludzie: zaczynają swoje kariery spektakularnie, dochodzą do władzy w wyniku misternie zaplanowanych zamachów lub rewolucji, tworzą doskonale działający system totalitarny, po czym spoczywają na laurach i w miarę upływu czasu zamieniają się w zgnuśniałych, odizolowanych od świata satrapów, by skończyć jak zwykli kryminaliści.

Ten mechanizm upadku niemal zawsze się powtarza, choć w różnych czasach i otoczeniu: Stalinowi nie udzielono pomocy przy wylewie, Pol Pot umierał gdzieś w dżungli koło 'Ânlóng Veng, Hideki Tojo skończył na stryczku, zwłoki Mussoliniego zawisły na słupie stacji benzynowej w Mediolanie, Hitler wyręczył sprawiedliwość, strzelając sobie w łeb, Saddam Husajn zawisł na grubej linie, Ceausescu został rozstrzelany, a Kaddafiego tłum niemal rozszarpał na kawałki. Inni dogorywali na wygnaniu, dławiąc się ostateczną goryczą samotności.

Dyktatura niemal zawsze kończy się osobistą tragedią despoty. Przejawem nadchodzącego schyłku jego władzy jest moment, kiedy sam zaczyna wierzyć w brednie przez siebie stworzone. Nie pożąda już władzy, pieniędzy ani posłuchu, ale wierząc w swoją misję dziejową, jest coraz bardziej spragniony uwielbienia ludzi, których przez lata uciskał. To urojenie, że jest ojcem narodu i nieśmiertelnym komendantem rewolucji, zaczyna mu przesłaniać trzeźwe spojrzenie na świat. Pragmatyzm, który stanowił jego siłę napędową w początkowej fazie przejmowania władzy, zamienia się w fantasmagorie odciętego od rzeczywistości autarchy.

Wkrótce zaczynają się od niego odwracać wszyscy powiernicy, którzy błyskawicznie zapominają o apanażach i przywilejach, jakie zdobyli pod jego rządami. Pod koniec proces przyspiesza, a jego epilogiem jest chwila, w której dyktatora opuszczają ludzie go chroniący. W starożytnym Rzymie to pretorianie byli ostatnim ogniwem każdego zamachu stanu. Kiedy inni zawodzili, od nich zależał ostateczny los cezarów. To trybun oddziału pretorów podejmował tak naprawdę decyzję, kto będzie władał imperium. Przykładem jest Kasjusz Cherea, który 24 stycznia 41 r. zadał ostatni

z 30 ciosów nożem Kaliguli wracającemu z teatru do pałacu cesarskiego.

Oderwanie od rzeczywistości satrapy rośnie wprost proporcjonalnie do długości sprawowanych przez niego rządów. Na koniec każdy autarcha jest zdumiony nagłą przemianą otoczenia, której w porę nie potrafił dostrzec. Każdy z nich uważa, że wybuch społecznego gniewu jest sterowany przez siły zewnętrzne.

Dzięki zachowanym kronikom filmowym, prywatnym nagraniom wideo i zapiskom świadków wiemy, że niemal każdy z nich był zdumiony buntem otoczenia. Jakże typowe i symptomatyczne dla reakcji wszystkich dyktatorów było zaskoczenie, które pojawiło się na twarzy Nicolae Ceausescu, kiedy 21 grudnia 1989 r. podczas wiecu poparcia ze strony „ludu pracującego stolicy" tenże lud zaczął skandować wrogie wobec reżimu hasła. Ten sam rodzaj ogłupienia i kompletnego niezrozumienia sytuacji widać było na twarzy Muammara Kaddafiego, gdy w lutym 2011 r. wygłosił swoją słynną mowę, w której groził, że jego oddziały będą chodzić od domu do domu i zabijać wszystkich odnalezionych rebeliantów.

Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że podobny stan umysłu osiągnął w ostatnich dniach prezydent Białorusi Aleksander Łukaszenko. Paradowanie w miejscach publicznych z karabinem AK-47, pozerskie przeładowywanie broni przed kamerami telewizyjnymi i bufońskie próby zaatakowania ludzi nagrywających na telefonach jego przemówienia czynią go zwykłym błaznem. Te kabotyńskie gesty nie tylko nie robią na nikim wrażenia, ale wręcz wywołują rozbawienie i stają się symbolem obciachu. Jego przemówienia na „wiecach poparcia" coraz bardziej przypominają ostatnie przemówienia Ceau?escu. Nerwowe poklepywanie po ramionach zamaskowanych funkcjonariuszy OMON jest przejawem narastającego strachu i paranoi dyktatora. Eksponowanie wściekłości podczas rozmów z obywatelami przypomina emocje, jakie targały Kaddafim w lutym 2011 r. Dziwne, że prezydent Białorusi nie rozumie, jak takie scenariusze się kończą. Chciałoby się powiedzieć: „Uchodi, batiuszka, uchodi". Póki jeszcze możesz, bo potem będzie za późno.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA