Publicystyka

Teluk: Pańszczyzna przedsiębiorców

Adobe Stock
Mimo nachalnej propagandy rządowego sukcesu, rzeczywistość małego i średniego biznesu nie poprawia się. Wzrastające koszty pracy przy braku liberalizacji przepisów dla biznesu podpowiadają, że może być jeszcze trudniej. Według przedsiębiorców jest jak zwykle, czyli źle – pisze publicysta.

Kolejny rząd jest ślepy na rzeczywistość, w której funkcjonuje ponad 1,9 mln najmniejszych przedsiębiorców, a więc kilkanaście milionów Polaków, wliczając w to pracowników i ich rodziny. Rzeczywistość wygląda dobrze tylko na czerwonym pasku w TVP. Przeciętny Kowalski, który ma jednoosobową firmę i musi z niej wyżyć, nie może powiedzieć o „dobrej zmianie". Przedsiębiorcy znów czują się rozczarowani.

Gorzkie żale małych

Na początku roku myślałem nawet, żeby kogoś zatrudnić, ale zbiory były nie najlepsze, więc wszystko zaczęło drożeć. Teraz zastanawiam się, czy do końca roku nie zamknę biznesu. Samych kosztów mam 8 tys., najgorszy jest ZUS – skarży się pani Basia z warzywniaka, w którym regularnie robię zakupy na jednym ze śląskich osiedli. To znaczy robię od niedawna, bo warzywniak obok mojego biura w centrum, który istniał nawet wtedy, gdy chodziłem do podstawówki, który przeżył i Gomułkę, całe PZPR, Balcerowicza i Millera, nagle zniknął z mapy miasta. – Ja panią rozumiem – wtóruje klientka. – Miałam fastfoody. Kilka. Nie wyrobiłam. Niedługo zostaną same supermarkety. O nich się dba, a Polacy sami sobie winni, bo tam kupują – narzeka. A potem obie panie rozprawiają, w jaki sposób na Zachodzie – w Niemczech czy Norwegii – dba się o rodzimych kupców i promuje lokalną przedsiębiorczość.

Najmniejsi i najsłabsi nie mają dobrej passy. Zawsze mieli pod górkę. Premierzy poszczególnych rządów najchętniej fotografują się z szefami wielkich korporacji, którym oferuje się sowite państwowe dotacje, ulgi podatkowe i grunty w specjalnych strefach ekonomicznych. Przy świetle kamer opowiada się o nowych miejscach pracy, tymczasem robotnicy harują w nich za najniższą krajową albo bez świadczeń – leasingowani przez agencje pracy tymczasowej. Gdy zmienia się koniunktura, idą na bruk. Tak jak dzieje się obecnie z gliwickim Oplem. Firmą, której ściągnięciem do Polski lokalny samorząd chwalił się dwie dekady. Po przejęciu marki przez francuskich właścicieli zachowano miejsca pracy, ale za Odrą. Rola montowni w Polsce stała się marginalna. Pracownikom z Gliwic zaproponowano dorabianie w Niemczech przez jakiś czas, a potem odprawy, jeśli zwolnią się na własną prośbę.

Pętla się zaciska

Politycy lubią obściskiwać się z inwestorami z jednej strony, a z drugiej zaś wciąż są zakładnikami związków zawodowych. Usztywnienie kodeksu pracy, zwiększanie płacy minimalnej to ukłony w stronę przyszłych wyborców. Tymczasem zmiany na rynku pracy – niskie bezrobocie, szybki wzrost średniego wynagrodzenia, dobrze sprzedają się w mediach, lecz odbijają się czkawką pracodawcom. Coraz trudniej znaleźć ręce do pracy, oczekiwania szukających zatrudnienia stają się bardziej wyśrubowane. Równocześnie zwiększa się konkurencja, maleją marże i wielu przedsiębiorców stanęło pod ścianą.

Coraz więcej firm wpada w kłopoty. Większe mogą skarżyć się prasie i telewizji. Te małe politycy największych frakcji solidarnie ignorują. Rosnące koszty prowadzenia działalności uderzają w prognozy na przyszłość. W sierpniu, jak poinformowała „Rzeczpospolita", giełdowa firma budowlana Erbud zapowiedziała, że mimo wzrostów przychodów do blisko miliarda złotych, spodziewa się 30 mln straty netto. Kurs spółki natychmiast poleciał w dół o 30 proc.

Co spowodowało, że jest tak źle, mimo że ceny mieszkań rosną, ludzie coraz więcej zarabiają, a więc teoretycznie mają większą zdolność kredytową, a gospodarka wokół wydaje się kwitnąć? Koszty inwestycji rosną na tyle szybko, że inwestorzy zarzucają nowe projekty. Spada marża ze sprzedaży. W opisywanej firmie aż o 1,5 pkt procentowego rok do roku, z 7,2 do 5,7 proc. Podobnie jest w innych spółkach budowlanych.

Rosną nie tylko koszty materiałów, ale przede wszystkim koszty pracy. Budowlańcy chcą zarabiać coraz więcej. Deficytu pracowników na rynku nie da się załatać tym, że za cegły łapią się fachowcy po studiach. Nie pomagają także pracownicy z Ukrainy. – Na nich nie można polegać. Miałem takie zdarzenie, że konkurencyjna budowa dała im lepsze warunki i nagle, z dnia na dzień, cała załoga znikła z placu budowy – żali się znajomy przedsiębiorca. – Gdy otworzą się granicę, oni i tak wyjadą na Zachód – dodaje.

Rekordowo niskie bezrobocie połączone ze zwyżką płac powoduje, że wiele projektów okazało się niedoszacowanych i może nie doczekać końca. Nie trzeba tłumaczyć, jakiego rodzaju perturbacje ten stan będzie powodował dla klientów.

Według „Barometru Rynku Pracy", przygotowanego przez Work Service, aż 16,4 proc. firm w Polsce ogranicza inwestycje z powodu braku pracowników. Według GUS nieobsadzonych pozostaje ponad 150 tys. wakatów. Jednocześnie już połowa działających w Polsce firm deklaruje, że ma problemy ze znalezieniem pracowników.

Brakuje przede wszystkim robotników – według logiki: im niżej w hierarchii, tym trudniej o dobrego pracownika. Narzekają przede wszystkim pracodawcy z Dolnośląskiego, Opolskiego i Pomorza. Stamtąd przecież najłatwiej wyjechać do Niemiec, gdzie można zarobić więcej niż w Polsce.

Utrzymywanie się takiego napięcia na rynku pracy zaczyna mieć katastrofalne skutki. Mniejsze marże powodują wydłużanie terminów płatności. Dla wielu przedsiębiorców oznacza to utratę płynności finansowej. Firmy nie tylko ograniczają nowe inicjatywy, bojąc się, że nie będzie miał przy nich kto pracować, ale przede wszystkim lawinowo rośnie liczba bankructw. Jeśli podczas ostatnich dwóch lat ich liczba utrzymywała się na stałym poziomie, to w bieżącym roku zaczęła gwałtownie przyspieszać. Dotyczy to zarówno upadłości, jak i postępowań restrukturyzacyjnych, których liczba jest o ponad 20 proc. wyższa niż rok temu.

Analitycy przewidują, że w drugim półroczu 2018 r. może być jeszcze gorzej. Szczególnie zagrożone są branże budowlana, produkcyjna, przetwórcza, handlowa, transportowa i usługowa. Jak widać to, co serwują nam politycy, nie ma większego pokrycia w rzeczywistości. Nie wystarczy szybki wzrost gospodarczy napędzany większymi wydatkami i konsumpcją. Jeśli przedsiębiorcy nie będą mieli komfortowych warunków do prowadzenia interesów, ucierpi na tym cała gospodarka.

Nie przeszkadzaj!

Według raportu Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości sektor małych i średnich przedsiębiorstw (MŚP) jest odpowiedzialny za tworzenie ponad połowy produktu krajowego brutto (PKB). Pracuje tu 69 proc. pracujących w sektorze prywatnym. 96 proc. to mikrofirmy. Pracuje tam 3,7 milionów Polaków. MŚP to najbardziej pomijana grupa zawodowa w naszym kraju. A przecież według najnowszego raportu PARP, to 99,8 proc. wszystkich firm działających w Polsce! Tymczasem minister finansów Teresie Czerwińskiej bardziej leży na sercu podniesienie płac w budżetówce niż los rzeszy lokalnych przedsiębiorców, tych, którzy codziennie dostarczają rodakom podstawowe produkty i usługi, ryzykując swój prywatny kapitał.

Na mikroprzedsiębiorców wciąż patrzy się przez pryzmat urzędniczej podejrzliwości. Dla premiera Mateusza Morawieckiego priorytetem są kwestie globalne – rozwój innowacyjności i konkurencyjności. Dla celów politycznych – najważniejsze to finansowanie programów socjalnych, a te realizuje się kosztem drobnego biznesu. Chętniej mówi się o uszczelnianiu VAT, niż o zmniejszeniach kosztów i ryzyka prowadzenia działalności gospodarczej. Dla państwa przedsiębiorca to potencjalny przestępca gospodarczy, którego trzeba kontrolować i karać. Stąd coraz to nowsze uprawnienia dla urzędników do ich ścigania.

Jednolity plik kontrolny (JPK) czy split payment są ułatwieniem dla urzędników, a kolejnym obowiązkiem dla przedsiębiorców. Od nowego roku, na kanwie nowelizowanej ustawy o Krajowej Administracji Skarbowej, urzędnicy dostaną nowe narzędzia w walce z przedsiębiorcami. Do walki z potencjalnymi nadużyciami mają być włączone banki, które będą musiały udzielać wszelkich informacji o przepływach finansowych, także w stosunku do osób prywatnych. Fiskus będzie miał możliwość inwigilacji przewozów, transportu i komunikacji, zyska także więcej uprawnień kontrolnych, także pod nieobecność przedsiębiorcy. Rozszerzony zostanie zakres tzw. kontroli krzyżowych oraz prowadzonych postępowań przygotowawczych. Łatwiej będzie także kontrolować majątek podejrzanych. Wszystko w porządku. Z nieuczciwymi formami biznesu trzeba walczyć. Tylko w praktyce nie zawsze się to udawało.

Politycy chwalą się, że „pomagają" przedsiębiorcom. Od kilku miesięcy mamy nowe prawo, które zastąpiło ustawę o swobodzie działalności gospodarczej. Nowa ustawa Prawo przedsiębiorców stawia w zdecydowanie w lepszej pozycji właściciela i zarządce firmy wobec urzędu. Wprowadza bowiem domniemanie uczciwości prowadzącego działalność, rozstrzyga wątpliwości na rzecz przedsiębiorcy oraz interpretuje wątpliwości na ich korzyść. To tylko teoria. W praktyce jest jak zwykle.

Przykładem może być ulga na start dla rozpoczynających przygodę w biznesie. W myśl nowych przepisów osoba, która rozpoczyna działalność gospodarczą (lub wznawia ją po pięciu latach), przez pół roku nie podlega ubezpieczeniom społecznym. Cóż to jest za ulga? De facto przez pół roku przedsiębiorca jest na urlopie, bo nie odkłada na emeryturę i nie płaci ubezpieczenia chorobowego. Interes jest więc wątpliwy, bo oszczędność praktycznie żadna – wynosząca 183,9 zł miesięcznie. Na dodatek można wpakować się w kłopoty. Jak donosi portal Bezprawnik.pl, oddział ZUS w Gdańsku wydał orzeczenie, że przedsiębiorca, który korzysta z usług tych, którzy stosują ulgę na start, powinien odprowadzać za nich brakującą składkę (sic!), na podstawie wystawianej przez te osoby faktury, ponieważ w myśl prawa „nie są one przedsiębiorcami".

Po co nam wolność?

„Wolność? Po co wam wolność – macie przecież telewizję" – śpiewał Kazik Staszewski, a przesłanie tej piosenki jest zawsze aktualne. Politycy chętnie zajmują się zabezpieczeniem środków na rozbudowane programy socjalne, nie pamiętając jednak, czyim odbywa się to kosztem.

Zmiany – ulgę dla działalności nieewidencjonowanej, wprowadzenie prokurenta dla mikrofirm czy instytucję rzecznika MSP, pozytywnie ocenia Tomasz Wróblewski prezes Warsaw Enterprise Institute. – Wiele zmian w konstytucji dla biznesu jest niewątpliwym wsparciem. Sporo ułatwień biurokratycznych. Życie jednak zweryfikuje najważniejsze z nich, jak to, co nie jest zakazane, jest dozwolone, czy to, że wątpliwości mają być rozstrzygane na rzecz przedsiębiorcy. Problemem pozostaje przeregulowanie prawa i wciąż jeden z mniej przyjaznych systemów podatkowych na świecie. Do działań niewątpliwie szkodliwych należy ustawa o obrocie ziemią rolną czy przepisy typu apteka dla aptekarza – wylicza.

Odmiennego zdania jest Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha i członek Narodowej Rady Rozwoju przy prezydencie RP. – Sytuacja mikro i małych przedsiębiorców nie zmienia się jakościowo na lepsze. Każdy rząd po 1990 roku pogarszał warunki dla nich. W Centrum im. Adama Smitha robiliśmy dla rządów analizy przedstawiające, jak rok po roku ich kolejne regulacje zmieniały warunki działalności firm na gorsze. Zauważyliśmy zależność, że im bardziej jakiś rząd deklarował pomoc – tym bardziej pogarszał warunki – uważa Sadowski. – Prawo jest tworzone przez urzędników, którzy po swojemu zmieniają czasami szczere chęci polityków wprowadzenia tzw. ułatwień, dlatego mamy do czynienia z kolejnymi wersjami „regulaminu dla chłopów pańszczyźnianych". Warto zauważyć, że politycy nie używają terminu „wolność gospodarcza". Mówią jak w PRL, że przedsiębiorcom „dadzą ułatwienia i preferencje", ale nie wolność. Dlatego nawet mikroprzedsiębiorcy zaczęli emigrować do tych krajów, gdzie nie ma całorocznego sezonu polowań na prowadzących najmniejsze firmy – dodaje.

To prawda. W wielu krajach UE warunki do prowadzenia interesów są bardziej przyjazne. W Wielkiej Brytanii firmę można założyć w 2 tygodnie. Kwota wolna od podatku jest 15-krotnie wyższa niż w Polsce. Wyższy jest też limit zwolnienia z VAT. Składki na ubezpieczenie społeczne nawet przy najwyższych dochodach nie przekraczają 11 proc. od dochodu. Zyski małej spółki z ograniczoną odpowiedzialnością są obłożone tylko 10-proc. podatkiem. Wielka Brytania nie dość, że nie bankrutuje z tego powodu, to jeszcze stara się o rozwód z Unią Europejską, bo uważa, że bez biurokratycznego balastu będzie rozwijać się szybciej. Polscy przedsiębiorcy chętnie przenoszą się też do krajów ościennych: Czech, Słowacji czy do krajów bałtyckich. Przyciąga ich mniejsza biurokracja, prostsze przepisy, a przede wszystkim korzyści finansowe.

To prawda, przenoszenie się za granicę, aby zarabiać więcej, można odbierać albo jako nieetyczne, albo jako przejaw braku patriotyzmu i solidarności. Żadnemu jednak politykowi nie przyszło na myśl, aby skonstruować przyjazne przepisy dla rodzimych przedsiębiorców, aby nie zmuszać ich z powodów ekonomicznych do tego typu desperackich zachowań. W wielu przypadkach „uciekania z podatkami" nie chodzi bowiem o to, aby mieć jeszcze więcej, lecz aby po prostu przeżyć i mieć na opłacenie comiesięcznych rachunków.

Autor jest przedsiębiorcą, prezesem Instytutu Globalizacji

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL