fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Czas przemyśleć sojusze, bo priorytety USA są inne niż UE

Czarny scenariusz się nie zmaterializował, ale konferencja pokazała, że priorytety USA są inne niż państw UE
AFP
Na tle przesunięć w geopolityce polska polityka zagraniczna wydaje się być anachroniczna – przekonują była ambasador Polski w Rosji i ekspert do spraw międzynarodowych.

Rok 2018 może przejść do historii jako punkt zwrotny w historii Europy i Zachodu. Najważniejsze tąpnięcie dotyczy rzecz jasna Stanów Zjednoczonych. Rok zaczął się od zapowiedzi wprowadzenia ceł na stal i aluminium importowane do USA. Dzisiaj mamy – jako Unia Europejska – poważny konflikt handlowy w stosunkach transatlantyckich. Ale to tylko jedna, i być może nie najważniejsza, z wielu odsłon kryzysu zachodniego sojuszu. Jednostronne zerwanie przez Donalda Trumpa porozumienia nuklearnego z Iranem podważyło zaufanie do przewidywalności polityki USA w sprawach kluczowych dla bezpieczeństwa Europy oraz porządku międzynarodowego. Wypowiedzenie porozumienia paryskiego w sprawie klimatu, a ostatnio wyjście USA z Komisji ds. Praw Człowieka ONZ, dokumentują poważny rozziew w kwestii wartości, stosunku do prawa międzynarodowego oraz znaczenia dyplomacji wielostronnej między USA a głównymi sojusznikami w Europie.

Już szczyt G7 w Kanadzie był wyjątkową demonstracją pogardy Trumpa dla porozumień międzynarodowych: rozwodził się tam nad „rosyjskością" Krymu, swoich zachodnich partnerów zaś upokorzył zerwaniem – za pośrednictwem tweeta – zaakceptowanej wcześniej deklaracji końcowej szczytu. Szczyt NATO nie tylko stał się areną bezprecedensowego ataku na sojuszników europejskich, zwłaszcza na Niemcy, lecz pokazał fundamentalną zmianę w podejściu USA do sojuszu. Podstawowym miernikiem solidarności ma być wkład finansowy, a nie wspólne cele i wartości. Czarny scenariusz w postaci dealu między Trumpem a Putinem w Helsinkach się nie zmaterializował. Ale wspólna konferencja pokazała, że prezydent USA z większym szacunkiem traktuje swojego „konkurenta" Putina niż europejskich partnerów nazwanych przez niego „przeciwnikami".

Czytaj także: Friend or Foe?

Symbolicznym wyrazem rozziewu między USA a Europą są wypowiedzi przedstawicieli dyplomacji USA (np. ambasadora Grenella w Niemczech) wskazujące, że Waszyngton gotów jest dzisiaj wspierać antyestablishmentowe ruchy w Europie i grać na rozpad UE. Tweety prezydenta Trumpa rozpowszechniające fałszywe informacje na temat statystyk kryminalnych w Niemczech w celu dyskredytacji Angeli Merkel potwierdzają niewyobrażalny do niedawna fakt: prezydent USA, czyli kraju, który jak żaden inny przyczynił się do budowy demokracji w Europie, podważa jej fundamenty.

W sferze polityki bezpieczeństwa szczególnie istotna jest „lekcja koreańska". Efekty historycznego szczytu prezydenta USA i północnokoreańskiego dyktatora mają wymiar głównie symboliczny. Poza ogólnymi deklaracjami o denuklearyzacji Korei i gwarancjach bezpieczeństwa ze strony Waszyngtonu, nic konkretnego nie ustalono. To jednak nie przeszkodziło Donaldowi Trumpowi ogłosić dzień po szczycie zawieszenia ćwiczeń wojskowych z sojuszniczą Koreą Południową, o czym przywódcy tej ostatniej dowiedzieli się z mediów. Prezydent USA nie wykluczył też w przyszłości całkowitego wycofania wojsk amerykańskich z Półwyspu Koreańskiego. Wprawił tym w ogromne zaniepokojenie swych azjatyckich sojuszników, Tajwan i Japonię.

Te wszystkie zdarzenia mają wspólny mianownik: jest nim radykalna zmiana polityki USA wobec Europy. Jak mówi Daniel Hamilton, amerykański ekspert cytowany przez „Politico", Stany Zjednoczone przestają być mocarstwem europejskim, które było integralną częścią wszystkich instytucji i koalicji tworzonych przez kraje UE, a wchodzą w rolę potęgi selektywnie zaangażowanej w Europie. Już nie wspólne wartości, ale bilans gospodarczy jest dla niego głównym miernikiem relacji opartych na ściśle transakcyjnym podejściu. Dotyczy to także polityki bezpieczeństwa. Następny prezydent USA może posługiwać się Twitterem w bardziej cywilizowany sposób, ale natura relacji między USA a Europą zmienia się nieodwracalnie.

Unia drobnych interesów

Coraz bardziej szorstkie relacje to także europejska przypadłość. Bardziej skutecznym, a przez to bardziej pożądanym sposobem działania od uzgadniania wspólnego stanowiska w gronie państw UE jest tworzenie relacji opartych na wspólnych interesach i gotowość dzielenia się odpowiedzialnością między poszczególnymi państwami.

Impuls do uruchomienia europejskiej inicjatywy interwencyjnej wyszedł z Francji. Dla prezydenta Macrona dotychczasowe wysiłki na rzecz wzmocnienia zdolności obronnych UE były niedostatecznie ambitne. Wprawdzie w grudniu 2017 r. Unia podjęła decyzję o stworzeniu tzw. PESCO (wspólnych przedsięwzięciach dot. rozwoju armii i przemysłu obronnego w krajach członkowskich), ale zdaniem Macrona to za mało: Francja nie jest zainteresowana otwartą dla wszystkich – liderów i maruderów – współpracą wojskową, lecz szybką budową konkretnych zdolności militarnych przez zmotywowaną awangardę. Inicjatywa Macrona to symbol nowej rzeczywistości: nie ma oparcia w traktatach europejskich, a o jej kształcie decydować będą tylko ci, którzy są gotowi do jej współtworzenia.

Także problem migracji, który zadecyduje o przyszłości kontynentu, skłania do niestandardowych (czytaj: pozatraktatowych i transakcyjnych) rozwiązań. Spór o uchodźców, w tym także poczucie braku solidarności ze strony takich państw jak Polska, spowodował, że nadzieje na lepsze zarządzanie nieregularną migracją pokłada się nie w porozumieniach ogólnoeuropejskich, lecz dwustronnych pomiędzy wybranymi państwami. W końcu czerwca nieformalny szczyt dotyczący migracji otworzył drogę do takich rozmów: kraje podejmować będą zobowiązania dotyczące przyjmowania uchodźców, readmisji, relokacji i postępowań azylowych poza ramami UE. Od tego, czy próba stworzenia sieci takich porozumień okaże się sukcesem, zależeć będzie przyszłość strefy Schengen.

Jak widać UE ewoluować będzie w kierunku „unii chętnych", opartej na twardych negocjacjach i transakcjach zamiennych. W tym kierunku pchać będzie Unię także sytuacja polityczna krajów członkowskich. Angela Merkel jest dzisiaj ostatnim wpływowym politykiem, który w imię spójności Unii gotów jest zaryzykować swój autorytet.

By nie stać się wasalem

Na tle tych tektonicznych przesunięć polska polityka zagraniczna wydaje się anachroniczna. Zaklinamy jedność transatlantycką i amerykańskie brygady, podczas gdy natura relacji z USA zmienia się fundamentalnie. Od inicjatywy obronnej Macrona trzymamy się z daleka (nie zostaliśmy zaproszeni, ale też nie zabiegaliśmy o to), widząc w niej tylko realizację francuskich ambicji i zagrożenia dla spójności NATO. Na szczyt migracyjny nie pojechaliśmy, uznając, że ostentacyjna nieobecność jest najlepszym sposobem dochodzenia naszych interesów. Rosji chcemy przeciwstawiać czołgi, zapominając, że dzisiaj jej największą siłą jest wewnętrzna słabość adwersarzy – erozja demokracji to największy prezent, jaki mogliśmy zrobić Putinowi. Gromko protestujemy przeciw Unii wielu prędkości, nie dostrzegając, że to my sami się marginalizujemy.

Założenie, że USA i nasi główni partnerzy w UE będą w kierować się logiką dokładnie przeciwną: opartą na dialogu, poszanowaniu międzynarodowych zasad i praw słabszych, jest już coraz mniej aktualne. Egoizm, transakcyjność i twarde zasady gry przestają być tylko polską specjalnością.

Naiwnością jest sądzić, że w zamian za swoją lojalność wobec Amerykanów możemy oczekiwać od nich tego samego. Rezygnacja USA z jakiegoś elementu kooperacji w obszarze bezpieczeństwa może spaść na Polskę równie niespodziewanie, jak w przypadku sojuszników azjatyckich. Co więcej, współpraca – nawet jeśli zostanie utrzymana – nie będzie miała nic wspólnego z partnerstwem. Warszawa zostanie sprowadzona do roli podrzędnego wykonawcy, który ma „się słuchać", a do tego słono się opłacać swemu patronowi. Prawdopodobną ceną, jakiej Waszyngton zażąda za utrzymanie parasola bezpieczeństwa, będzie wpisanie się Warszawy w strategię Trumpa zmierzającą do rozbicia europejskiej integracji.

Także w Europie Polska stoi przed trudną rozgrywką. Nie ma już gotowości do przymykania oczu, w imię dobrych relacji, na nasze słabości i niesforne zachowanie. Roszczeniowe, egoistyczne postulaty Warszawy mają wszelkie szanse napotkać analogiczną odpowiedź unijnych partnerów. Nie ma też co liczyć, że inni będą kierować się idealistyczną zasadą inkluzywności. Jeśli polski rząd nie będzie aktywnie zabiegać o miejsce przy stole, to inni podejmą decyzje bez nas. Biorąc pod uwagę poziom naszego uzależnienia od krajów UE, a także asymetrię potencjałów, „twarda gra" ze strony Polski może doprowadzić do spełnienia scenariuszy PiS o „europejskim imperializmie". Grozi nam polityczna i gospodarcza wasalizacja – sytuacja, w której będziemy musieli podporządkować się niekorzystnym regułom gry, ustanowionym przez inne kraje.

Do podobnego wniosku musieli ostatnio dojść Brytyjczycy, którzy po miesiącach prężenia muskułów i oglądania się na USA, uznali, że są „skazani" na UE i muszą szukać z nią porozumienia. Byłoby dobrze, gdyby polski rząd potraktował sytuację Londynu jako przestrogę i jak najszybciej zdecydował się na podobną krytyczną refleksję na temat własnej polityki.

Nie znaczy to oczywiście, że w wymiarze bezpieczeństwa należy rezygnować z kluczowej dla nas współpracy z USA. Jednak w tej sferze nie można stawiać wszystkich kart na jednego sojusznika. Musimy zabezpieczać się partnerami bardziej przewidywalnymi, nawet jeżeli ich efektywność militarna pozostawia dużo do życzenia. Przede wszystkim warto inwestować w NATO, rozumiane nie jako „przystawka do USA", ale wielostronny sojusz wojskowy. W tym kontekście złożona ostatnio przez Polskę propozycja finansowej kompensacji za zwiększenie amerykańskiej obecności wojskowej w naszym kraju, nawet jeśli co do istoty ma sens, to powinna być uprzednio ustalona z sojusznikami.

Polska powinna też dołączyć do trwających obecnie negocjacji dotyczących francuskiego pomysłu stworzenia europejskiej inicjatywy interwencyjnej (projektu współpracy w zakresie bezpieczeństwa, który mógłby włączać także nieunijną Wielką Brytanię). W rozmowach biorą udział najważniejsi gracze z Europy.

I wreszcie najważniejsze, niezależnie od stanu naszych stosunków z Brukselą czy Berlinem, Polska nigdy nie powinna pójść na antyeuropejski układ z Trumpem. I to nie tylko z powodu nieprzewidywalności amerykańskiego przywódcy, ale także dlatego, że bezpieczeństwo budowane na rozbijaniu Europy prędzej czy później obróci się przeciwko nam. ©?

Autorka jest dyrektorką forum idei w Fundacji Batorego, a wcześniej była podsekretarzem stanu w MSZ (2012–2014) i ambasador RP w Rosji (2014–2016)

Autor jest dyrektorem warszawskiego biura European Council on Foreign Relations

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA