fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Atletico pokazuje, jak robić rewolucję

AFP
Barcelona przegrała pierwszy mecz w Bilbao, ale pozostaje głównym kandydatem do mistrzostwa. U konkurencji z Madrytu trwa przebudowa.

Wizyta w największym mieście Kraju Basków nigdy nie należy do przyjemności. W zeszłym sezonie wygrały tam tylko dwie drużyny (Villarreal i Real Sociedad), porażki poniosły Atletico i Sevilla, a Real i Barcelona zdobyły po punkcie.

Może dlatego brak zwycięstwa na inaugurację nie wzbudził w Katalonii aż takiego niepokoju jak uraz Luisa Suareza. Do gry po kontuzji nie wrócił wciąż Leo Messi. W ofensywie pozostali Ousmane Dembele i kupiony za 120 mln euro Antoine Griezmann.

To właśnie sprowadzony z Atletico Francuz został przesunięty w meczu z Athletikiem (0:1) z lewej strony na środek ataku w miejsce Suareza. Ale na razie nie pokazał żadnego z atutów, z których był znany w Madrycie. Nie oddał ani jednego groźnego strzału, widać było, że współpraca z kolegami nie układa się jeszcze po jego myśli. Lepiej wypadł drugi z wielkich letnich nabytków, porównywany już do Pepa Guardioli Frenkie de Jong.

Wciąż nie wiadomo, jak skończy się transferowa saga z Neymarem, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że kolejny raz sukces Barcy zależeć będzie od dyspozycji Messiego. Król jest tylko jeden, ale liczba pomagierów, jakich dostał do pomocy, robi wrażenie. Tym bardziej trudno przypuszczać, by konkurencja z Madrytu już w nadchodzących miesiącach była w stanie rzucić wyzwanie Katalończykom.

Ubiegły sezon Real kończył z najwyższą w historii stratą do Barcelony (19 punktów). To był wystarczający powód, by na Santiago Bernabeu dokonać rewolucji. Wezwany na ratunek Zinedine Zidane nie odmówił, miał dostać pełnię władzy i nieograniczone środki na wzmocnienia.

Tymczasem z głośnych nazwisk do Madrytu przybył tylko Belg Eden Hazard. Neymarowi bliżej sercem do Barcelony, transfer Kyliana Mbappe pozostał w sferze marzeń, a wyciągnięcie Paula Pogby z Manchesteru United też idzie jak krew z nosa.

Hazard wypadł na miesiąc ze składu z powodu urazu, wcześniej poważnej kontuzji doznał Marco Asensio, więc Zidane musi polegać na sprawdzonych żołnierzach: Karimie Benzemie i Garecie Bale'u. Pierwszy w sobotnim spotkaniu z Celtą (3:1) zdobył bramkę, drugi przy tym trafieniu asystował i był wyróżniającą się postacią, chyba ostatecznie przekonując do siebie trenera. Zidane, który nigdy nie należał do zwolenników Walijczyka, po meczu potwierdził, że temat sprzedaży Bale'a już nie istnieje.

Jak sprawnie zrobić rewolucję, pokazał Realowi sąsiad zza miedzy. Atletico opuściło latem aż 11 piłkarzy, w tym cały blok defensywny z Diego Godinem na czele. Zarobione 300 mln euro postanowiono od razu zainwestować. Przyszli m.in. Marcos Lllorente z Realu i Kieran Trippier z Tottenhamu, ale twarzą nowego projektu stał się Joao Felix, 19-letni napastnik Benfiki, za którego władze klubu nie wahały się zapłacić 126 mln euro.

Nastolatek, uważany za następcę Cristiano Ronaldo, w dorosłym futbolu rozegrał ledwie jeden sezon, ale już w letnich sparingach udowodnił, że zachwyty nad nim nie są przesadzone. W pięciu spotkaniach strzelił cztery gole i miał trzy asysty. Jasne, że to tylko mecze towarzyskie, ale trzeba docenić, że przeciwnikami Atletico były m.in. Real i Juventus, a młody Portugalczyk nie pękał w starciach z Sergio Ramosem, Giorgio Chiellinim czy Matthijsem de Ligtem.

Przyjście Joao Felixa sprawiło, że w Madrycie już mało kto tęskni za Griezmannem, a plan Atletico, które nie chce być dłużej kojarzone wyłącznie z perfekcyjną obroną, ma duże szanse realizacji.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA