fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Koncerty jak rozdziały książki

Łukasz Rajchert/NFM
Andrzej Kosendiak, dyrektor Narodowego Forum Muzyki i Międzynarodowego Festiwalu Wratislavia Cantans mówi o tym, jak muzyka pomaga zrozumieć, czym jest wolność.

Rzeczpospolita: Podtytuł tegorocznej edycji festiwalu brzmi „Wyzwolenie". Natomiast królewska korona na plakacie sugeruje temat władzy i politykę i zamiar, że w roku tak oczywistym dla naszego wyzwolenia i niepodległości chcecie patrzeć szerzej, nie tylko rocznicowo.

Andrzej Kosendiak: Taka była idea dyrektora artystycznego Giovanniego Antoniniego, z którą zresztą absolutnie się zgadzam. Kolejne edycje festiwalu powstają w trakcie naszych długich rozmów, podczas których zazwyczaj ścierają się nasze liczne pomysły. Przy tegorocznej Wratislavii towarzyszyło nam pytanie: wolność, ale po co, wyzwolenie, ale od czego albo ku czemu? Jan Paweł II mówił z kolei, że wolność jest nam dana, ale i zadana, to też kolejny temat do rozmyślań. I jest wreszcie pytanie szczególnie istotne: co to znaczy być wolnym człowiekiem? Co to znaczy dziś, a co znaczyło sto czy dwieście lat temu? Rok 1918 był cezurą niesłychanie ważną dla Polaków i dla całej Europy, kończył się pewien porządek, zaczynało się nowe otwarcie, narodziły się nowe nadzieje na lepszy świat. My jednak chcemy przy okazji tegorocznego festiwalu, by słuchacz zdawał sobie sprawę, jak ważne jest stawianie sobie takich pytań w każdym momencie historycznym. Czy wolność to tylko niezależność polityczna czy coś więcej. dokończenie

Dlatego program cofa się też do czasów Napoleona Bonapartego?

On jest pewnym symbolem. Chyba każdy zna historię Beethovena, który swoją „Eroicę" dedykował Napoleonowi jako wielkiemu wodzowi. Był on wtedy natchnieniem Europy, a potem nastąpiło rozczarowanie. Napoleonem fascynował się nie tylko Beethoven, ale i Joseph Haydn. Napisał mszę na czas wojen napoleońskich, na festiwalu zadyryguje nią Giovanni Antonini. Mamy oczywiste prawo do świętowania 100-lecia odzyskania niepodległości i wspominania bohaterstwa przodków. Mamy prawo być dumni, ale powinniśmy też myśleć w kontekście znacznie szerszym o tym, czym jest wolność.

I dlatego na początek zdecydowaliście się zaprosić publiczność na „Króla Rogera" Szymanowskiego?

A czyż nie jest to opera o poszukiwaniu przez jednostkę wolności, o walce między instynktem a kulturą? Bardzo nam zależy, by dzięki kolejnym koncertom słuchacze odkrywali różne znaczenia i konteksty wolności. Mieści się w tym również zaprogramowany przeze mnie koncert z utworami Marcina Józefa Żebrowskiego ze zbiorów klasztoru na Jasnej Górze, który dla wielu Polaków był miejscem szczególnym. To wybitny kompozytor I Rzeczypospolitej, do której w czasach zaborów tęskniły pokolenia i do której odwoływano się, gdy pojawiła się szansa na odzyskanie niepodległości.

Naszym wkładem w światową kulturę przed 100 laty jest „Król Roger", jedno z najbardziej oryginalnych dzieł XX wieku. Ale inną operą, „Madame Curie" Elżbiety Sikory, przypominacie Marię Skłodowską-Curie.

Jest przecież zaliczana do grona kobiet, które wywarły największy wpływ na dzieje świata. Nie tylko odważyła się w swoich czasach zostać naukowcem, lecz także była większym wizjonerem od wielu indywidualności tamtej epoki i walczyła o wolność i pozycję kobiety. Opera Elżbiety Sikory taką ją właśnie pokazuje, zarówno jako genialną uczoną, jak i kobietę świadomą swoich uczuć i pragnień. Tych kontekstów dla obchodzonej obecnie rocznicy jest znacznie więcej. Cieszę się, że będziemy gościć znakomity chór ukraiński Dumka, który tak ułożył swój program, by pokazać utwory zarówno kompozytorów ukraińskich, jak i polskich. Podobnie zresztą jest w przypadku chóru estońskiego Collegium Musicale.

Jak jednak udaje się pogodzić takie powinności z tym, co jest elementem trwałym Wratislavii Cantans, festiwalu oratoryjno-kantatowego?

Cały czas jestem pełen podziwu dla idei twórcy festiwalu Andrzeja Markowskiego, który precyzyjnie określił, czym ma być ten festiwal – miał on eksponować głos ludzki w dziełach różnych epok: od muzyki dawnej aż do współczesności. Już w pierwszej edycji ponad pół wieku temu dał przykłady takich niezwykle ciekawych zestawień. A do tego od razu wpisał koncerty w przestrzeń miasta. Dziś robi tak wiele imprez, w połowie lat 60. XX wieku było to czymś absolutnie nowatorskim. Ta formuła, której pozostajemy wierni, nie ograniczała żadnego z kolejnych szefów artystycznych Wratislavii, daje za to możliwość układania bardzo różnorodnego programu. To jest siła tego festiwalu.

Tegoroczna edycja dochowuje wierności ogólnej idei, ale i różni się od tych z poprzednich kilku lat.

To chyba dobrze, niech zresztą ocenią to nasi słuchacze. Giovanni Antonini jest wizjonerem, ale i perfekcjonistą, bardzo czułym na niuanse i detale. W tym, co proponuje, daje odbiorcom szansę samodzielnego doszukiwania się sensów i kontekstów w programowej układance. To zresztą dowód szacunku dla słuchaczy, nie staramy się im wszystkiego tłumaczyć, poza tym w muzyce tak się nie da. Jest ona sztuką zbyt wieloznaczną.

Na ile widzowie Wratislavii są otwarci na nowości, na ile czekają na rzeczy znane, które lubią?

Sądzę, iż wyczuwają, że są traktowani bardzo serio, że nie staramy się ich olśnić czymś łatwym, jakąś gwiazdą. Mamy je oczywiście zawsze, w tym roku jest Mariusz Kwiecień, John Eliot Gardiner i wielu innych artystów, bo festiwal musi być wyjątkowym wydarzeniem. Poważne traktowanie słuchacza procentuje przywiązaniem do festiwalu. Publiczność docenia prawdę, fałszywa wartość prędzej czy później zostanie wychwycona i żaden marketing wówczas nie pomoże. Edycje, które programuje Antonini, sprawiają, że nawet trudne propozycje, a mamy w tym roku w ofercie także utwory Antona Weberna czy Mauricia Kagla, przyjmowane są przez słuchaczy z przekonaniem, że nikt ich nie okłamuje. Tak buduje się zaufanie u publiczności.

Gdy Wrocław ma już wreszcie Narodowe Forum Muzyki z bogatą ofertą na cały rok, jest łatwiej czy trudniej tworzyć program Wratislavii Cantans?

Festiwal jest wielkim spektaklem, ciągiem wydarzeń. Poszczególne koncerty muszą być rozdziałami pewnej książki. Ich zestawienie nie może być przypadkowe, musi z tego wynikać dodatkowa wartość. Natomiast sezon to bardziej mozaika. Narodowe Forum Muzyki ma wiele zespołów i festiwali z szefami artystycznymi działającymi według własnej narracji programowej. Z ich pomysłów powstaje właśnie mozaika. A festiwal musi być pewną historią, w której istnieją silne związki nie tylko między poszczególnymi dniami, lecz także utworami w programie każdego koncertu. I poza wszystkim festiwal jest wydarzeniem dla wykonawców. Niezależnie, czy są to wybitni goście ze świata czy nasi wspaniali rodzimi artyści, oni wszyscy odbierają festiwal jako swoje święto. Nawet obecna prezentacja „Króla Rogera", którego przecież nieraz wykonywaliśmy, będzie czymś wyjątkowym dla każdego członka orkiestry i chórzysty.

Festiwal nie pozwala popaść w rutynę?

Zmieniali się szefowie Wratislavii Cantans, bo taka jest naturalna kolej rzeczy. Dzieje się tak nie dlatego, że istnieje obawa, że dyrektor artystyczny popadnie w rutynę, zresztą nawiasem mówiąc, w przypadku Giovanniego Antoniniego byłoby to w ogóle niemożliwe. Takie zmiany bardziej wynikają z ciekawości, co ktoś inny może zaproponować i dodać.

Pytam o to dlatego, że przez szereg lat bodźcem do działania była budowa Narodowego Forum Muzyki, potem wymyślanie tego, co w nim się będzie działo. Forum jest, nie zadaje więc pan sobie pytania, co dalej?

Oczywiście, że zadaję. Forum okrzepło, poznaliśmy jego sale, wiemy, co w nich najlepiej się sprawdza, nasza działalność nie wymaga takiego wysiłku organizacyjnego jak dawniej. To wszystko jest wartością Narodowego Forum Muzyki. Natomiast jest to instytucja odmienna od wszystkich innych w Polsce, w żadnej nie ma tylu zespołów i tylu dyrektorów artystycznych o rozmaitych osobowościach. To siła, która sprawia, że nasze propozycje są wciąż bardzo różnorodne i nie pozwalają na usypiającą stabilizację.

A na jaki koncert tegorocznej Wratislavii czeka pan szczególnie?

Nie odpowiem na to pytanie, w zamian polecam naszym słuchaczom, by w wyborach tegorocznych koncertów kierowali się swoimi upodobaniami. Wydaje mi się, że oferujemy taką różnorodność repertuarową z różnych epok i w wykonaniu tak wielu artystów, że każdy znajdzie coś dla siebie. Jeśli ktoś nie ma własnych upodobań, niech kieruje się intuicją lub zda się na przypadek. A gdy coś się nie spodoba, proszę się nie obrażać na całą muzykę, tylko przyjść na inny koncert festiwalu lub wydarzenia w sezonie. Jestem przekonany, że każdy w końcu trafi na swoją muzykę, a wtedy otworzy się przed nim zupełnie nowy świat. ©?

—rozmawiał Jacek Marczyński

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA