fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Bogdan Loebl: Nalepa wrócił z zagranicy i zagrał bluesa

WarXboT, Creative Commons Attribution-Share Alike 2.5 Generic license
- Dopiero kiedy zacząłem pisać teksty bluesowe, to zaczęły one współgrać z moją poezją.- mówi Bogdan Loebl, pisarz, poeta.

"Rzeczpospolita": W czwartek minęło równo 50 lat od założenia legendarnego zespołu Breakout. Powstał on 1 lutego 1968 r. w Rzeszowie. Jednak jako autor tekstów już wcześniej współpracował pan z wokalistą zespołu Tadeuszem Nalepą.

Bogdan Loebl: Tak sprawił los. Trafiłem do Rzeszowa przez przypadek. Związek Literatów oddelegował mnie tam z Krakowa, bo miałem zostać prezesem Klubu Literackiego. Na jednym ze spotkań podszedł do mnie Stanisław Guzek, dziś znany jako Stan Borys. Chciał pokazać mi swoje wiersze. Zaczęliśmy rozmawiać i okazało się, że to bardzo oczytany młody człowiek. Wkrótce się zaprzyjaźniliśmy, bo to był wówczas mój jedyny partner do rozmowy. To on zapoznał mnie z Nalepą. W 1965 r., wkrótce po tym spotkaniu, w Rzeszowie miał się odbyć konkurs muzyczny. Oni chcieli wziąć w nim udział jako zespół Blackout. Mieli nawet trzy kompozycje, ale nie mieli tekstów.

I poprosili o pomoc.

Na początku byłem sceptyczny, bo po prostu się na tym nie znałem. Pisałem wiersze, a z muzyki słuchałem tylko jazzu, bo ówczesne piosenki były strasznie głupie... W radiu puszczano „Biedroneczki są w kropeczki” i jakieś inne idiotyczne utwory. Muzyka mnie denerwowała, ale w końcu dałem się namówić Staszkowi. Przynieśli mi magnetofon w takiej ogromnej walizce ze szpulą, która z tyłu miała wajchę do przewijania. Gdzieś w muzeum techniki jeszcze powinno coś takiego stać. Puszczałem te melodie rano w trakcie śniadania, coś sobie pisałem. I tak powstał pierwszy tekst – „Boję się psa”. Ale w zespole zaczęły się pojawiać animozje. Dlatego w 1968 r. powstał nowy – Breakout.

A pan znowu z nimi pracował.

Znów zadecydował los. Nalepa z zespołem wyjechał na pół roku za granicę. Ja zostałem w Polsce i zacząłem się interesować bluesem. Kupiłem kilka płyt – to było coś! Wreszcie muzyka o czymś. Nalepa wrócił i zachciało mu się tworzyć bluesa. To był niesamowity zbieg okoliczności. Zdecydowaliśmy się podjąć współpracę. On przynosił mi gotowe kompozycje, a ja po dwóch dniach miałem już gotowe teksty. Robiłem to dokładnie. Nigdy nie było tak, żebym przekroczył choćby jedną sylabę. Stałem się maszynką do pisania i kochałem to. Z Nalepą stworzyliśmy płytę „Blues” – uznawaną za najlepszą w dorobku Breakoutu. To ta płyta z charakterystyczną okładką, gdzie Nalepa prowadzi swojego syna Piotrusia za rękę. Potem to już poszło. Tych płyt natłukliśmy sporo. A potem nastąpiło dość przykre rozstanie, bo poszło o pieniądze z reklamy.

A co z pana miłością do bluesa?

Przyznam, że kiedy zacząłem pisać teksty piosenek, to przestałem pisać wiersze. Coś mnie blokowało. Dopiero kiedy zacząłem pisać teksty bluesowe, to zaczęły one współgrać z moją poezją. Już nic mnie nie rozpraszało. Do dziś współpracuję z innymi artystami. Nagraliśmy dwie płyty ze Starym Dobrym Małżeństwem Krzysztofa Myszkowskiego. Naprawdę udanego bluesa zrobiliśmy też z Magdą Piskorczyk. Z Mają Kleszcz, z Dorotą Miśkiewicz, z Grzegorzem Markowskim. Marek Piekarczyk nagrał coś mojego. I wielu, wielu innych. Sam nie wiem, ile tych piosenek jest moich...

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA