Olbrzymia ilość spraw jest głównie skutkiem uchwały Sądu Najwyższego z 17 listopada 2011 r. (III CZP 5/11) podjętej na wniosek rzecznika ubezpieczonych. Przesądziła ona, że nie tylko przedsiębiorcy, ale i zwykli posiadacze aut mają prawo do zwrotu celowych kosztów poniesionych na wynajem auta zastępczego z OC sprawcy wypadku.
Prawo to nie jest uzależnione od możliwości korzystania z komunikacji zbiorowej, czyli od tego, że poszkodowany ma np. autobus do miejsca pracy. SN zaznaczył jednak, że z zasady proporcjonalności może wynikać zbędność najmu pojazdu, jeżeli właściciel nie używał samochodu czy używa go sporadycznie albo dysponuje innym.
Mechanizm jest zwykle taki: poszkodowany kieruje się do warsztatu i dostaje propozycję, by scedował prawo do odszkodowania za skorzystanie z zastępczego auta na firmę specjalizującą się w takim wynajmie.
Drobne sprawy o zastępczy pojazd po wypadku okazały się wielkim biznesem
– Nieraz nawet o tym nie wie, gdyż podpisuje plik dokumentów, a bywa, że auto mu nie jest potrzebne – wskazuje Marcin Tarczyński, analityk Polskiej Izby Ubezpieczeń. – Dalej w procesie już nie uczestniczy, gdyż z roszczeniem występuje firma wynajmująca auta – dodaje.
W czy problem? W ogromnej ilości takich spraw. Tylko do warszawskich sądów gospodarczych wpływa ich rocznie kilkanaście tysięcy.
– Z 600 spraw, którymi się zajmuję, jedna trzecia dotyczy takich właśnie odszkodowań. Wytaczają je dwie firmy specjalizujące się w wynajmowaniu aut poszkodowanym w wypadkach – mówiła dr Aneta Łazarska, sędzia Sądu Rejonowego dla m.st. Warszawy podczas konferencji „Odszkodowanie za najem pojazdu zastępczego" zorganizowanej przez Stowarzyszenie Sędziów Iustitia oraz Wydawnictwo CH Beck. – W tej sytuacji wszelkie plany i zapowiedzi przyśpieszenia spraw w sądach gospodarczych stają się nierealne – dodaje.
Procesy sądowe nie dotyczą samej zasadności przyznania auta zastępczego, ale takich okoliczności jak czas najmu, stawki dziennej, co dowodowo bywa skomplikowane i zabiera dużo czasu. Choć prawniczo są to proste sprawy, przeciętny pozew liczy 250 stron, zwykle trzeba powołać biegłego, a to koszt np. 1000 zł, co przy stosunkowo niskich żądaniach pozwu: 500, 1000 zł stawia pod znakiem zapytania ich sens. Okazuje się, że to się niektórym opłaci, a sądy nie mają na razie pomysłu na ograniczenie tej niekorzystnej fali spraw.