Robert, bohater sztuki Adama Dobrzyckiego „Ballada o kluczu”, dochodzi do wniosku, że spokojny żywot gajowego zupełnie mu nie odpowiada. Jest przekonany, że prawdziwym wyzwaniem będzie kariera piosenkarza. Ustawi go w centrum wydarzeń i sprawi, że życie nabierze nowych barw. Aby sprostać temu wyzwaniu decyduje się na przeprowadzkę do miasta.
Nie zraża go fakt, że mieszka w obskurnym hotelu robotniczym, ani to, że nie wszyscy doceniają jego wokalne zdolności. Chcąc zarobić na utrzymanie, Robert decyduje się na pracę pomywacza w kuchni. Coraz trudniej znosi jednak klęski i upokorzenia. Ludzie z branży muzycznej, do których zgłasza się na przesłuchania, nie dają mu wielkich szans: wyśmiewają niski wzrost, krępą sylwetkę, kwestionują talent.
Przeciwności losu zaczynają wreszcie trapić Roberta z taką siłą, że jest bliski załamania. W kluczowym momencie spotyka Teresę, samotną kobietę z naprzeciwka… Adam Dobrzycki z odrobiną dystansu i gorzkiego humoru, opowiada o poszukiwaniu uczucia i bliskości w świecie nastawionym na sukces i zysk, w którym przebijają się tylko ci o silnych plecach i twardych łokciach.
W tyle zostają naiwniacy i niepoprawni marzyciele (tu zagrani z dużym przekonaniem przez Zbigniewa Zamachowskiego i Dominikę Ostałowską, oboje na zdjęciu). – Nie chciałem w tej opowieści eksponować świata zewnętrznego, skupiłem się na samotności pary moich bohaterów. I na ich prawie do szczęścia – mówi reżyser Waldemar Krzystek.
BALLADA O KLUCZU
20.20 | tvp 1 | poniedziałek
[ramka]Specjalnie dla „Rz”:
[b]Waldemar Krzystek, reżyser[/b]
Kiedy przed laty robiłem telewizyjną inscenizację „Wizyty starszej pani” z Krystyną Jandą, jeden z szefów TVP zwierzył mi się, że wbiliśmy mu tym spektaklem nóż w plecy. Oni bowiem chcieli Teatr Telewizji uznać za przeżytek, przekonywali o słabnącym zainteresowaniu widzów, a to przedstawienie zgromadziło przed telewizorami niemal 2 miliony ludzi. Ale przecież tamta inscenizacja nie była wyjątkiem. Pojawiło się wiele interesujących spektakli, wysoko ocenionych przez publiczność. Zarówno tych przygotowywanych z rozmachem, jak i tak kameralnych jak choćby „Ballada o kluczu”. Kiedy zaczynałem pracę reżysera, powstawało ponad 50 inscenizacji telewizyjnych rocznie. Teraz mówi się zaledwie o kilku. Musi być jakaś reakcja środowiska, bo taki stan rzeczy sugeruje powolne umieranie sceny, która była naszym powodem do dumy.