Mija 20 lat od pana sukcesu: wygranego etapu w Pirenejach i trzeciego miejsca w klasyfikacji końcowej. Co pan najbardziej zapamiętał z tamtego wyścigu?

Do końca życia nie zapomnę tych tłumów ludzi w górach. Głośnych, wesołych, poprzebieranych. Z flagami swoich krajów w rękach, ale kibicujących każdemu. Nawet tym z końca stawki. To było budujące. Wydaje mi się, jakby to było rok czy dwa lata temu. Podczas dekoracji na Polach Elizejskich łezka w oku mi się zakręciła.

W debiucie, w 1992 roku nie ukończyłem wyścigu, musiałem się wycofać z powodu kontuzji. W kolejnym roku wiedziałem już, że od startu trzeba walczyć. Postanowiłem, że muszę wygrać przynajmniej jeden etap. I akurat udało się ten najcięższy, do Saint-Lary-Soulan, z finiszem 20, 30 km pod górę. Koledzy z mojego zespołu GB-MG Maglificio bardzo się ucieszyli, bo był on lepiej płatny.

Co było dla pana najtrudniejsze w Wielkiej Pętli?

Gdy w trakcie jazdy pod górę, zostawałem sam, nie dostawałem nikogo do pomocy. Ale to też wzmacniało charakter. Na Tour nie można przyjechać nieprzygotowanym. Tam nie ma miejsca na błędy i moment dekoncentracji, bo szybko zostanie się wyeliminowanym.

Tamten wyścig, w którym stanął pan na podium, wygrał Hiszpan Miguel Indurain, w sumie pięciokrotny zwycięzca Tour de France w latach 1991 – 1995. Jaki miał pan z nim kontakt?

Bardzo dobry. Byliśmy nawet sąsiadami, mieszkaliśmy jakieś 50 m od siebie. Często mówił, że chciałby mnie w swoim zespole. Może zrobiłem błąd, że nie przeszedłem do Banesto, ale jakoś tak byłem nastawiony przez wszystkich w swojej grupie, że lepiej iść do słabszej ekipy i być liderem. Ale to nie do końca jest prawda. Tak jak w piłce – lepiej grać w Barcelonie czy w Realu Madryt, bo w słabszej drużynie, trzeba ciągnąć wszystkie wagoniki. Inne jest również podejście do treningu. Jakbym miał komuś doradzać, powiedziałbym, że czasem lepiej komuś pomagać, ale być w dobrym towarzystwie. Bo jak będzie okazja, to koledzy pojadą dla ciebie.

Indurain był normalny, nie chodził z głową w chmurach. Rozdawał autografy, rozmawiał z kibicami i dziennikarzami. Potrzebni są tacy ludzie jak on, Bernard Hinault, Greg LeMond czy Eddy Merckx, którego plakat wisiał u mnie w pokoju. Na takich sławach wychowuje się młodzież. Dopiero Lance Armstrong stworzył wokół siebie gwiazdorską otoczkę w stylu Hollywood: kilku ochroniarzy, zapisy na konferencje. To było sztuczne.

Wierzył pan kiedykolwiek w niewinność Armstronga?

Jego historia, wygrana walka z rakiem mogły się wydawać wiarygodne. Jako młody chłopak był bardzo ambitny. Miał 22 lata, gdy został mistrzem świata. Dopiero potem się zmienił. Były podejrzenia, że może coś brać, bo za bardzo dominował. Ale nikt go za rękę nie złapał. Na początku myślałem, że chcą go wrobić, ale później sprawy poszły już za daleko. Teraz może zostać zniszczony finansowo. Ale co zrobić, niektórzy wybierają drogę na skróty.

Jan Ullrich, największy rywal Armstronga w Wielkiej Pętli i zwycięzca wyścigu w 1997 roku, stwierdził ostatnio, że stosował doping, bo inaczej nie byłby w stanie walczyć z najlepszymi. Powiedział także, że nie uważa tego za oszustwo, bo każdy miał dostęp do tych samych środków.

Nie wiem, czy każdy brał. Jakby tak się działo, to wszyscy byliby Armstrongami. Chodziły słuchy, że ktoś może się szprycować. Ale w peletonie jest jak w firmie: sekretarka czy sprzątaczka nie muszą wiedzieć, co robi szef. A my, Polacy, byliśmy z innego świata, z byłego komunistycznego bloku, traktowano nas jako pomocników liderów. Czasem zastanawiam się, co by było, gdybym miał takich lekarzy jak Eufemiano Fuentes czy Michele Ferrari. Staram się jednak takie myśli odrzucać. Ale doping to nie tylko EPO czy hormon wzrostu. Kiedyś na końcówkę etapu przygotowywało się w bidonie kawę, by wykrzesać z siebie siły na finiszu. Dziś mówi się, że wielu sportowców bierze viagrę.

Alberto Contador, zawieszony w ubiegłym roku za doping, powinien jechać w Wielkiej Pętli?

Nie znam szczegółów sprawy, ale jeśli wziął tylko raz, to powinien dostać drugą szansę.

Kto jest pana faworytem w 100. Tour de France?

W tym roku nie ma pewniaków do zwycięstwa. Mogą być jakieś niespodzianki. Może pojawi się nowe nazwisko. Chciałbym, żeby któryś z naszych zawodników otarł się o podium, przynajmniej jeden z nich wygrał jakiś etap, był blisko trójki w klasyfikacji generalnej. Michał Kwiatkowski w tym sezonie udowadnia, że ma talent. Przemysław Niemiec pojechał dobrze w Giro d'Italia, był szósty. Pierwszy tydzień pokaże, o co będą walczyć.

Podczas igrzysk w Atlancie na treningu potrącił pana samochód. Po zakończeniu kariery zażartował pan, że za darmo już nigdy nie wsiądzie na rower. Dotrzymał pan słowa?

Jeżdżę dla zdrowia i przyjemności: 20, 30 km z rodziną. Warto uprawiać sport i odpowiednio się odżywiać. Wszystkich do tego namawiam. Nie można żyć tylko samą pracą.

Po zakończeniu kariery zajął się pan biznesem.

Wprowadzałem do Polski włoską firmę Mapei (chemia budowlana – przyp. t.w.), rozstałem się z nią w 2003 roku. Do dziś pracuję w nieruchomościach, handluję też z powrotem materiałami budowlanymi. W tej branży jest teraz kryzys, ale do Euro 2012 szło dobrze. Uważam, że powinno się budować więcej tańszych i mniejszych mieszkań. By młodzi nie musieli brać kredytów i przez 30 lat żyć w ciągłym stresie.