Igrzyska to biznesowy majstersztyk. Międzynarodowy Komitet Olimpijski (MKOl), choć oficjalnie jest organizacją non profit, zarabia na nich krocie. Tylko w ostatnim cyklu (igrzyska w Soczi – zima 2014, oraz Rio – lato 2016) na konto organizacji wpłynęło 5,5 mld dolarów.

Fundament budżetu MKOl to wpływy od nadawców, bo igrzyska są przede wszystkim widowiskiem telewizyjnym. Amerykańska NBC za kontrakt na lata 2022–2032, a więc obejmujący także imprezę w Pekinie, zapłaci 7,65 mld dolarów.

Ale zyski z transmisji to nie wszystko. Jedną piątą do budżetu MKOl dorzucają partnerzy ruchu olimpijskiego z grupy TOP – Olympic Partner Programme. To projekt, który wszedł w życie w 1985 roku za kadencji Juana Antonio Samarancha, który położył fundamenty pod przemianę igrzysk w projekt biznesowy.

Czytaj więcej

Doping: Rosja jeszcze poczeka

– Ludzie generalnie uważają sport za dobrą rzecz, więc nic dziwnego, że wielkie firmy chcą łączyć swoje marki z pozytywnym wizerunkiem igrzysk. Wydane w ten sposób pieniądze niemal zawsze okazują się trafioną inwestycją – podkreśla w rozmowie z „Fortune" Weisheng Chiu, specjalista od zarządzania sportem, profesor uniwersytetu w Hongkongu.

Wielki rynek

Dziś wśród partnerów ruchu olimpijskiego są korporacje z całego świata: od amerykańskich Visy, Coca-Coli, DOW, General Electric i Intel, przez szwajcarską Omegę, po chińską Alibaba Group czy japońskie Bridgestone, Panasonic i Toyotę.

Zimowe igrzyska ugości Pekin, czyli stolica kraju będącego jednym z najważniejszych rynków świata. Dziennikarze amerykańskiego „Bloomberga" i analitycy firmy Strategy Risks policzyli, że dziesięciu z dwunastu głównych partnerów MKOl zarabia w sumie na chińskim rynku 110 mld dolarów rocznie. Szefowie tych firm stają teraz przed poważnym dylematem.

Największa sportowa impreza po raz kolejny odbędzie się w kraju, którego władze nie przestrzegają praw człowieka. To smutne dziedzictwo olimpizmu, który w XXI wieku legitymizował już zarówno reżim chiński (Pekin 2008), jak i rosyjski (Soczi 2014).

Czytaj więcej

Kontrola na żądanie
Autopromocja
Specjalna oferta letnia

Pełen dostęp do treści "Rzeczpospolitej" za 5,90 zł/miesiąc

KUP TERAZ

– Jak Chińczycy mogą organizować igrzyska, skoro prowadzą jednocześnie kampanię represji w Tybecie i południowej Mongolii, prześladują Tajwańczyków, niszczą demokrację w Hongkongu oraz organizują ludobójstwo Ujgurów? – pytała Chemia Lhama, która podczas ceremonii przekazania ognia olimpijskiego protestowała uzbrojona w transparent: „Nie dla igrzysk ludobójstwa".

Trzynaście lat temu świat mógł mieć nadzieję, że sportowa impreza odmieni Chiny. Mówiło się o odwilży, a tymczasem tylko w ostatnim roku przed letnimi igrzyskami w Pekinie tamtejsze władze zatrzymały tysiące działaczy, dziennikarzy i prawników. Teraz obietnic poprawy gospodarze już nie składają.

– Wielką różnicą między igrzyskami w 2008 i 2022 roku jest to, że przy okazji tych pierwszych Chińczycy chcieli zadowolić świat. Teraz kompletnie nie przejmują się tym, co myślą o nich inni – przyznaje w rozmowie z Associated Press Xu Guoqi, historyk z uniwersytetu w Hongkongu.

Kiedy 180 organizacji wezwało MKOl do ponownego rozważenia gospodarza imprezy, władze ruchu olimpijskiego odparły jedynie, że „przyznanie organizacji igrzysk danemu krajowi nie oznacza, że organizacja zgadza się z jego polityką, warunkami społecznymi i standardami praw człowieka".

– Uczestnictwo w zawodach organizowanych przez kraj, który popełnia ludobójstwo, podważa nasze wartości – podnosił wiosną amerykański kongresmen John Katko. Podobne głosy słyszeliśmy od parlamentarzystów z Wielkiej Brytanii, Japonii, Nowej Zelandii czy Australii. Niektórzy porównali przyszłoroczną imprezę do igrzysk w Berlinie, które w 1936 roku służyły nazistowskiej propagandzie.

Na usługach partii

Wiadomo, że do bojkotu igrzysk nie posuną się sportowcy, którzy na start w Pekinie pracują od lat. Więcej do powiedzenia mogliby mieć sponsorzy widowiska, ale nie wiadomo, czy ktoś odważy się otwarcie zabrać głos.

„Bloomberg" zapytał o to wszystkich partnerów ruchu olimpijskiego. Odpowiedzi przyszły dwie. Przedstawiciele Omegi oznajmili, że „są świadomi międzynarodowych napięć", ale igrzyska to okazja do „spotkania na wspólnym gruncie w duchu jedności".

– Chiny są ważną częścią naszej misji łączenia ludzi z całego świata. Teraz bardziej niż kiedykolwiek – dodał rzecznik prasowy Airbnb.

Kilka miesięcy wcześniej, podczas wirtualnego przesłuchania przed komisją Kongresu USA, przedstawiciele czołowych amerykańskich koncernów dali pokaz korporacyjnej nowomowy. Specjaliści z Coca-Coli, Visy, Intela, Airbnb i Procter & Gamble tak kluczyli pod obstrzałem pytań, aby ich pracodawcy wyszli z tego starcia z czystymi rękami.

– To najbardziej żałosne i haniebne przesłuchanie, w jakim uczestniczyłem. Każdy z was został tu najwyraźniej wysłany z rozkazem, aby nie powiedzieć niczego, co może rozzłościć Komunistyczną Partię Chin – pieklił się republikański senator Tom Cotton.

Inny republikanin, Michael Waltz, zaproponował nawet ustawę zakazującą amerykańskim firmom zaangażowanym w pekińskie igrzyska kontraktów z rządem federalnym.

Gigantów to nie przeraziło, bo gra jest warta świeczki. Władze Coca-Coli wiedzą, że Chiny są obecnie trzecim na świecie rynkiem napojów bezalkoholowych, a Airbnb ma dziś w Państwie Środka 150 tys. ofert mieszkań na wynajem.

Działalność na chińskim rynku przypomina jednak spacer po linie. Kiedy władze firmy H&M potępiły praktyki pracy przymusowej w Xinjiangu, internetowa petycja wzywająca do bojkotu produktów marki w ciągu miesiąca doprowadziła do zamknięcia dziesięciu sklepów oraz spadku obrotów H&M na chińskim rynku o 28 procent. Podobne problemy miały Nike i Adidas.

Chiny się nie zmienią

Nie brakuje głosów, że bojkot ze strony partnerów ruchu olimpijskiego i tak byłby bezcelowy. MKOl podzielił sponsorów igrzysk na cztery poziomy, a wśród tych z niższych szczebli drabiny dominują marki chińskie. Międzynarodowi giganci wcale nie mają więc takiej siły przebicia, jak mogłoby się wydawać.

Niektórzy eksperci uważają, że Chińczycy wykorzystaliby bojkot na swoją korzyść. – Moim zdaniem może on wzmocnić wśród Chińczyków przekonanie o Zachodzie zazdrosnym o sukcesy gospodarcze, jakie zapewnia krajowi partia – mówi dyrektor Instytutu Chińskiego na Uniwersytecie Londyńskim Steve Tsang.

– Amerykanie mogą próbować wykorzystać igrzyska, żeby przycisnąć Pekin. Problem polega jednak na tym, że Chiny się nie zmienią – dodaje w rozmowie z „Fortune" chiński politolog Alfred Wu z Narodowego Uniwersytetu Singapuru.

Ostrożność rynkowych gigantów sięga granic przyzwoitości. Podczas przesłuchania przed Kongresem USA żaden z nich nie był nawet w stanie obiecać sprzeciwu na wypadek, gdyby MKOl ponownie przyznał organizację imprezy krajowi łamiącemu prawa człowieka. Taka jest dziś zależność olimpizmu od polityki i pieniądza.