Przed południem następowała przerwa, bo wszyscy szli na plażę. Na korty wracali pod wieczór, by przy świetle elektrycznym odbijać do północy.

Pomysł przejęły europejskie kurorty organizujące zawody tenisowe dla uatrakcyjnienia czasu gościom. Nokturny z rakietą miały wspaniały klimat, polubili je i zawodnicy, bo wieczorem gra się przyjemniej niż za dnia w upale.

Dziś sesje wieczorne w turniejach WTA i ATP stanowią ich główną atrakcję.

Ale nie należy przesadzać. Siedem lat temu jedną z gwiazd challengera Pekao Szczecin Open miał być Alex Corretja. Pierwszy mecz Hiszpana amerykański supervisor wcisnął na koniec grafiku, w zazwyczaj bardzo w tej imprezie atrakcyjny wieczór. Ale akurat tego wrześniowego dnia nad polskim morzem padało i było przeraźliwie zimno. Kiedy rozeźlony finalista Roland Garros i Francuz Olivier Patience wychodzili po godzinie 23 na śliski kort centralny, na trybunach szczękało zębami 50 osób. Kiedy o 1 w nocy grali tie-break trzeciego seta, obecnych dało się policzyć na palcach jednej ręki. Po przegraniu ostatniej piłki zabrakło odważnego, który by podszedł do Corretja. Alex wypadł z szatni, trzasnął drzwiami i nikt go więcej w naszym kraju nie oglądał.

Przypomniałem sobie incydent ze Szczecina podczas ostatnich wspólnych imprez ATP i WTA. Zarówno w Madrycie, jak i w Rzymie często miało miejsce absurdalne spiętrzenie gier na arenie głównej. Ostatnie mecze kończyły się grubo po północy, co zawsze oznaczało puste trybuny, zaskakujące porażki dobrych tenisistów nieprzyzwyczajonych do gry o tak kuriozalnej porze, irytację personelu, kibiców oraz mediów.

Od osób pracujących przy zawodowych imprezach sportowych wymagana jest znajomość regulaminów, ale też wyobraźnia. Wybór gier, które powinny odbyć się na arenie głównej, nie jest łatwy. Chcąc zadowolić organizatorów, sponsorów, firmy menedżerskie i samych grających, trzeba czasem łamać sobie głowę. Wiadomo też, że jak się chce dogodzić wszystkim, wychodzi zakalec. Nastrojowy nokturn zmienia się w antypropagandę tenisa, a mecze bez widzów są również bez sensu.

Autor jest komentatorem Eurosportu