OKO.press opisuje sprawę Zbigniewa Komosy, który od lat w każdą miesięcznicę składa pod pomnikiem smoleńskim wieniec z napisem sugerującym odpowiedzialność Lecha Kaczyńskiego za tę katastrofę lotniczą. Mężczyzna był kilkakrotnie oskarżony o znieważenie pomnika, ale wygrał wszystkie sprawy, także w Sądzie Najwyższym. Po jednej z nich zauważył, że ktoś go śledzi. Po złożeniu wieńca w 10 listopada 2022 r. udało mu się skonfrontować z osobami, które za nim chodziły w Ogrodzie Saskim.
Czytaj więcej
Zbigniew Komosa miał prawo składać pod pomnikiem smoleńskim wieńce z napisem "Stop kreowaniu fałszywych bohaterów" – orzekł Sąd Apelacyjny w Warsza...
Ponieważ Komosa nie wiedział, kim są mężczyźni i co się stanie, włączył relację live na Facebooku i pokazywał na żywo całe zdarzenie. Gdy aktywista zagroził, że wezwie policję, mężczyźni przyznali, że sami są z policji i pilnują porządku w parku. Następnie wylegitymowali się przed kamerą smartfona Komosy.
Na nagraniu widać nie tylko twarze funkcjonariuszy, ale także legitymacje.
- Nie miałem pojęcia, że się wylegitymują, nagrywałem to, co się działo na bieżąco i nie kalkulowałem. A sytuacja rozwijała się bardzo dynamicznie. Wiedziałem tylko, że oni mnie śledzili – tłumaczył aktywista.
Pod koniec lutego 2023 r., a więc po kilku miesiącach od zdarzenia, Komosa odebrał z rąk dzielnicowego pismo z adnotacją „bardzo pilne!”. Było to wezwanie na przesłuchanie w charakterze podejrzanego o czyn z art. 107 ustawy o ochronie danych osobowych. Telefonicznie odpowiedział, że nie stawi się na komendzie do czasu aż gen. Szymczyk poda się do dymisji lub zostanie zwolniony z funkcji Komendanta Głównego Policji.
Wówczas policja przekazała sprawę do prokuratury.
4 kwietnia w Prokuraturze Rejonowej Warszawa Śródmieście Komosie postawiono zarzuty „nieuprawnionego przetwarzania danych osobowych” w nagraniu,
w którym ujawnił imiona, nazwiska i wizerunki dwóch funkcjonariuszy.
Prawnik Jerzy Jurek, który reprezentuje Komosę, przyznaje, że policjanci mają prawo prowadzić działania operacyjne, np. obserwację, „na wszelki wypadek”, czy zbierać informacje na temat jakiegoś przestępstwa. Te działania mogą być też utajnione lub objęte poufnością. Twierdzi jednak, że w tej sprawie było trochę inaczej.
- To co robili, było ostentacyjne. Taka ostentacyjna obserwacja w pewnych sytuacjach może być oceniana przez pryzmat złośliwego niepokojenia – to wykroczenie – albo wręcz nękania – to już przestępstwo. Bo wzbudza u śledzonego poczucie zagrożenia - tłumaczy Jerzy Jurek dla OKO.press.
Rzecznik prasowy Komendy Stołecznej Policji nadkom. Sylwester Marczak nie odpowiedział na pytania OKO.press w tej sprawie. Stwierdził, że nic mu nie wiadomo na temat śledzenia Komosy.