A nielegalne wyścigi?
Zapowiadana kara pozbawienia wolności do lat pięciu odstraszy zapaleńców, którzy rywalizują, pędząc po ulicach miast?
Po pierwsze, w mojej ocenie będzie trudno udowodnić, że się ścigali, bo zawsze będą mówili, że po prostu jechali sobie tak, jak chcieli. W sprawach wyścigów trzeba mieć namacalny dowód, że to były wyścigi. Po drugie, czy naprawdę trzeba ludzi wsadzać do więzienia za wszystkie wykroczenia w ruchu drogowym? Ja wiem, że to jest groźne. Ale czasem te kary w kodeksie karnym są nieadekwatne. Za zabójstwo człowieka grozi kara 25 lat lub dożywotniego więzienia, a w ubiegłym roku liczba zabójstw i usiłowania zabójstw w Polsce wzrosła.
A jak już mówimy
o nielegalnych wyścigach, to czy pana zdaniem powinny powstać profesjonalne
tory wyścigowe dla tych, którzy chcą się ścigać?
Zacytuję mojego dobrego znajomego i sportowca, którego znają wszyscy, Jacka Czachora: „Ulice nie są torami wyścigowymi”. Są miejsca gdzie można się ścigać. Są opuszczone lotniska, na których można takie wyścigi prowadzić. Są ośrodki doskonalenia techniki jazdy, na terenie których można też to robić. Kiedy byłem jeszcze zastępcą szefa drogówki w Warszawie, przyszedł do mnie człowiek, który narzekał, że nie pozwalamy się ścigać. Rozmawialiśmy z władzami miasta, czy może udałoby się tam którejś nocy z piątku na sobotę, czy z soboty na niedzielę wyciąć na przykład Wisłostradę, zabezpieczyć ją, żeby chętni mogli się pościgać. Był tylko jeden warunek: wszystkie samochody będą sprawdzone pod względem technicznym, a kierowcy będą sprawdzani pod kątem trzeźwości i narkotyków. Więcej ten człowiek w wydziale się nie pojawił. Moim zdaniem nie chodzi o to, żeby były miejsca, gdzie można się ścigać. Tym ludziom, którzy ścigają się w mieście, brakuje adrenaliny.
Prawo jazdy dla
17-latków, oczywiście z obostrzeniami, z opieką osoby powyżej 24. roku życia to
dobry pomysł? To jednak najmłodsi kierowcy.
Nie mówię nie. Jestem zdania, że jeżeli od najmłodszych lat życia zacznie się takie prawdziwe wychowanie komunikacyjne, tak jak jest w innych państwach, to myślę, że jest to całkiem realne. Moje wątpliwości budzi sformułowanie, iż młodego kierowcy będzie pilnował ktoś, kto ma pięcioletnie doświadczenie. Pytanie tylko, co znaczy doświadczenie pięcioletnie? Czy to, że ktoś ma prawo jazdy przez pięć lat, a nigdy nie usiadł za kółkiem, już wystarczy?
To jedna sprawa. Druga to wiek tego, powiedzmy, doświadczonego kierowcy. Mówi się o 24 latach. Tymczasem 24-latkowie są akurat grupą ludzi, którzy prowadzą najgorzej na naszych drogach. W Markach zorganizowaliśmy niedawno trzecie markowskie forum bezpieczeństwa drogowego. Inspektor Leszek Jankowski z Komendy Głównej Policji prezentował na nim statystyki dotyczące seniorów na drogach. Przedstawił dane, z których wynika, że to nie osoby 60+ powodują największą liczbę wypadków, tylko właśnie ta młodzież do 24. roku życia. I ci ludzie mają pilnować nowych adeptów sztuki kierowania? Uważam, że jest to złe rozwiązanie. Ten wiek powinien być wyższy, powiedzmy, ok. 30 lat.