Opinie

Koalicja PO – PiS do lamusa

Jeśli PO i PiS traktują serio narodowe dobro wspólne, to nie powinny wchodzić ze sobą w koalicję – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”
Znacząca większość wyborców zarówno PO, jak i PiS dwa lata temu wybierała te partie z przekonaniem o ich późniejszej koalicji rządowej. Pomimo zapewnień liderów koalicja nie powstała, a potencjalni sojusznicy weszli na ścieżkę wojenną. W obecnych wyborach są głównymi rywalami. Ich sympatycy raczej nie oczekują ich rządowego sojuszu i wydaje się on mało prawdopodobny. Dlaczego pomysł na PO – PiS należy odłożyć do lamusa?
W 2005 roku obie partie szły do wyborów pod hasłem IV RP. Ich politycy i wyborcy mieli świadomość ułomności ustroju zbudowanego po Okrągłym Stole, które prowadziły do oligarchizacji, narastania korupcji, a w konsekwencji – coraz większego ograniczenia demokracji i wolnego rynku. Powodowało to blokowanie rozwoju gospodarczego i narastający niedowład państwa. Stało się oczywiste, że instytucje Rzeczypospolitej wymagają głębokiej reformy. Gdy się jednak okazało, że PiS i PO są głównymi konkurentami w walce o władzę, a zwłaszcza, kiedy ich reprezentanci rozpoczęli bój o fotel prezydencki, to nie podobieństwo w ocenie sytuacji, ale ideowe różnice zaczęły być eksponowane, niekiedy – nie tylko retorycznie – wyolbrzymiane, a wręcz tworzone. Nie znaczy to, że nie istniały rzeczywiście. Kiedy jednak doszło do pierwszych rozmów zespołów, które miały przygotować program koalicyjnego rządu, okazało się, że w sprawach najważniejszych partie dość łatwo mogą się ze sobą porozumieć. Fakt, że do koalicji nie doszło, mistyfikowany jest dzisiaj w ramach antypisowskiej kampanii jak przejaw „organicznej” niezdolności Kaczyńskich do zgody i kompromisu. Odkładając na bok psychologię, warto się zastanowić w kategoriach politycznych, dlaczego tak się stało. Mimo że w polityce czynnik psychologiczny odgrywa rolę, analizy jej dotyczące warto jednak zaczynać od konfrontacji interesów i idei. Wszystko wskazuje na to, że decyzję o rezygnacji z koalicji podjęli liderzy PO. Opisuje to były premier Kazimierz Marcinkiewicz w wywiadzie rzece z Michałem Karnowskim i Piotrem Zarembą „Kulisy władzy”. Biorąc pod uwagę jego obecny dystans do PiS, warto wziąć pod uwagę to świadectwo. Wystarczyło przyjrzeć się warunkom, które stawiała PO, aby uznać, że były zaporowe. Bronisław Komorowski mówił , że w związku z przewagą PiS w parlamencie i zdobyciem przez Lecha Kaczyńskiego stanowiska prezydenta PO musi uzyskać przewagę w rządzie. Postawa liderów PO była racjonalna. Po powstaniu koalicji biegunem opozycji byłby SLD przemianowany na LiD. To SLD przyciągałby niezadowolonych z rządu, podczas gdy jego zwolennicy organizowaliby się raczej wokół PiS, które uosabiałoby tę władzę. W starciu dwóch sił, a więc w naturalnej dynamice demokracji, która polega na konflikcie między rządem i opozycją, rola partii centrum, jaką stałaby się PO, uległaby redukcji, co również jest w tym ustroju nieuniknione. Nic więc dziwnego, że PO zamiast słabszego uczestnika koalicji wybrała rolę głównej siły opozycji. Pozwala jej to dziś być jednym z dwóch znaczących graczy sceny politycznej. Wprawdzie koalicja tych dwóch partii dwa lata temu mogłaby przynieść Polsce niebagatelne korzyści, jednak w dłuższej perspektywie uporządkowanie polskiej sceny politycznej między PiS i PO może mieć znaczenie bez porównania większe. Być może rząd PiS – PO umożliwiłby przeprowadzenie fundamentalnych reform w naszym kraju. Polegałyby one zarówno na zaadaptowaniu instytucji państwa do nowych warunków, jak i odblokowaniu gospodarki, co dawałoby gwarancję jej długotrwałego i intensywnego wzrostu. Od początku jednak ów potencjalny rząd był zagrożony wewnętrznym konfliktem, który uniemożliwiłby mu bardziej fundamentalne działania. W wariancie optymistycznym PiS-owski komponent reformowałby wymiar sprawiedliwości, walczył z korupcją i ograniczał rolę korporacji oraz lobby interesów w państwie, a PO zajmowałaby się deetatyzacją gospodarki i sanacją finansów publicznych. W wariancie pesymistycznym PO blokowałaby konieczne zmiany instytucji państwa i wymiaru sprawiedliwości, a PiS uniemożliwiałoby deregulację gospodarki. Natomiast podział polskiej sceny politycznej między PiS i PO otwiera daleko idące pozytywne perspektywy. Po pierwsze przezwycięża fatalny „postkomunistyczny podział” tak precyzyjnie opisany i udokumentowany przez socjolog Mirosławę Grabowską w książce pod tym samym tytułem. Podział ten to nie tylko konflikt etosu „Solidarności”, a więc republikańskiej tradycji Polski ze spadkobiercami szeroko rozumianego komunistycznego establishmentu. W wymiarze politycznym Polska solidarna zawsze była rozbita na różne orientacje i reprezentujące je ugrupowania. Podział na PiS i PO jest tego ostatnim, stosunkowo umiarkowanym, wyrazem. Polska postkomunistyczna zintegrowana poczuciem dosłownie rozumianego interesu potrafiła zdominować istotne ośrodki społeczne już po upadku komunizmu. Umiała również (pomimo tego, że należy do niej środowisko polskich magnatów finansowych) wcielić się w rolę reprezentanta Polaków przegrywających na transformacji. Przy swojej znaczącej roli w środowiskach opiniotwórczych postkomuniści potrafili przywdziać kostium modernizatorów. To w tej roli weszli w sojusz ze znaczącą grupą dawnej „Solidarności”, która uznała, że głównym zagrożeniem modernizacji naszego kraju jest jej tradycja i wspólnotowe sentymenty. Zgodnie z tymi poglądami szansa Polski polega na upodobnieniu się do mitycznej Europy, to znaczy do jej kształtu wypracowanego we wciąż dominujących, choć już nie tak przemożnie, salonach naszego kontynentu. W Polsce też udało się wykreować opozycję między światłymi, liberalnymi modernizatorami, których rolę pełnili Adam Michnik i Jerzy Urban, Aleksander Kwaśniewski i Bronisław Geremek, prowadzącymi do rozpuszczenia się Polski w mitycznej Europie, a polskim nacjonalistycznym, ksenofobicznym i klerykalnym zaściankiem. Ta opozycja wciąż króluje w świadomości nie tylko inteligencji, którą ucieleśnia „Gazeta Wyborcza”. Wydawało się, że przed wyborami 2005 roku wizja ta została przezwyciężona, a tak silny wcześniej „obóz postępu” został zredukowany do kilku pism i stworzonej po wyborach LiD, w której dawni bojownicy opozycji antykomunistycznej są przyzwoitkami postkomunistycznych karierowiczów w zamian za 15 proc. miejsc na ich listach wyborczych. Podział między PO i PiS ma już zupełnie inny charakter. Nie jest obciążony grzechem pierworodnym formacji postkomunistycznej, która powstała w celu obrony interesów dawnej nomenklatury i przeniesienia jej wpływów w nową rzeczywistość. Oto próba jego schematycznego przedstawienia. PiS jest formacją konserwatywną, która odwołuje się do wspólnotowego, narodowego wymiaru państwa. Wspólnota uformowana w państwo powinna się opierać na twardych wartościach, które znajdują również odbicie w systemie prawa wyrastającego z idei sprawiedliwości. Musi się odwoływać do tradycji, która w dużej mierze związana jest z Kościołem katolickim. Akcentuje wartość narodu, a więc przeciwstawia się aspiracjom UE, które nadmiernie redukują jego suwerenność. Państwo jest własnością wspólnoty, dlatego trzeba wzmocnić jego demokratyczną, czyli polityczną suwerenność. W imię tego należy ograniczać rozmaite eksperckie instytucje, które niepoddane kontroli społecznej odgrywają coraz bardziej znaczącą rolę. Chodzi na przykład o Bank Centralny czy Trybunał Konstytucyjny. Państwo winno być modernizowane, ale opierając się na swojej tradycji. Gospodarka rynkowa jako optymalny model ekonomiczny winna być jednak temperowana przez funkcje opiekuńcze państwa, które powinno dbać o integrację narodu jako całości, a więc eliminowanie nadmiernych różnic społecznych. PO prezentuje zdecydowanie bardziej indywidualistyczną koncepcję wolności. To indywidualne sukcesy obywateli mają się przekładać na awans wspólnoty. Transformacja to zdjęcie z obywatela ograniczeń nakładanych na niego przez biurokrację, uwolnienie jego energii i przedsiębiorczości. PO bardziej akcentuje zagrożenia związane z rozrostem współczesnego państwa i dlatego dąży do jego ograniczenia. Odwołuje się do idei pomocniczości, a więc pozostawienia strukturom wyższym jedynie tego, czego instancje na niższym poziomie samorządowym czy korporacyjnym nie są w stanie osiągnąć. Nie znaczy to jednak, że PO kwestionuje wspólnotowy wymiar narodu i neguje rolę tradycji. Obie te orientacje są w stanie porozumieć się co do podstawowych dla kraju spraw. Mogą także toczyć owocny spór stanowiący o przewadze demokracji. Mogą jednak prowadzić zimną wojnę, odmawiając sobie nawzajem prawomocności i niszcząc reprezentowane przez siebie idee. Do pewnego stopnia sytuacja taka miała miejsce w Polsce przez ostatnie dwa lata. PO, nie tyle krytykując, ile atakując obóz rządzący wespół z dominującymi mediami i ośrodkami opiniotwórczymi III RP, budowała karykaturalny obraz Polski pod rządami upiornych bliźniaków. Groteskowym wcieleniem tej postawy jest kabaretowa postać, jaką niestety stał się senator Stefan Niesiołowski. Zamiast podjąć racjonalną debatę nad kształtem polskich instytucji i nad brakiem ich głębokiej reformy, PO całkowicie zaangażowała się w totalną krytykę wszystkich posunięć rządu PiS. Stała się przez to mniej lub bardziej świadomie rzecznikiem III RP wraz z jej patologiami, które sama piętnowała przed ostatnimi wyborami. Było to działanie do pewnego stopnia samobójcze, gdyż bardziej przekonującym obrońcą postkomunistycznej Polski jawią się jej twórcy występujący dziś pod szyldem LiD. Można odnieść wrażenie, że w pewnym momencie liderzy PO uświadomili sobie tę sytuację. Wyborcze starcie nie sprzyja jednak tonowaniu języka. Lider PiS jest świadomy, że dla jego partii łatwiejszym konkurentem jest LiD. W starciu tym partia Kaczyńskiego stałaby się reprezentantem Polski solidarnościowej. Dlatego on sam zrobił dużo, aby wzmocnić wizerunek LiD jako głównej siły opozycyjnej, usiłując zepchnąć PO wyłącznie do roli wspólnika partii Kwaśniewskiego. Jeśli traktujemy serio idee głoszone przez ciągle dominujące na polskiej scenie politycznej partie PO i PiS i jeśli one same traktują poważnie narodowe dobro wspólne, to wręcz nie powinny wchodzić ze sobą w koalicję. Muszą natomiast rozumnie wyznaczyć pole wzajemnego konfliktu i przestrzeń porozumienia wyznaczanego przez polską rację stanu. Jest to o tyle trudne, że partie te nie są idealnymi reprezentantami głoszonych – a często tylko sugerowanych – przez siebie programów. PiS jest partią nadmiernie wodzowską (z komponentą rodzinną). Ugrupowanie, które ma zdominować pół polskiej demokratycznej sceny politycznej, nie może mieć charakteru quasi-militarnego, ustrukturowanego wyłącznie pionowo i podporządkowanego bez reszty woli lidera. Musi reprezentować większe bogactwo nurtów i idei. Amerykańskie partie są tego najlepszym przykładem. Platforma w ogromnej mierze jest zdominowana przez „dwór” Tuska i można odnieść wrażenie, że głoszone przez nią idee czy koncepcje mają stanowić tylko trampolinę do zdobycia władzy. Wyborca ma prawo oczekiwać czegoś więcej niż anty-PiS-u. Problemy te wskazują, że najprawdopodobniej obie te partie czekają jeszcze głębokie wewnętrzne transformacje.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL