fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Polska musi wyjść z roli ofiary

Włodzimierz Marciniak
Fotorzepa, Rob Robert Gardziński
Rząd, przekazując Rosjanom dochodzenie w sprawie katastrofy smoleńskiej, na wiele lat może skomplikować relacje polsko-rosyjskie – pisze politolog Włodzimierz Marciniak
Katastrofa rządowego samolotu, chociaż wydarzyła się we mgle pokrywającej ziemię smoleńską, na moment rozwiała mgłę spowijającą umysły wielu z nas, pogrążonych w odmętach polityki wyłącznie wizerunkowej, a więc pozbawionej odniesienia do kategorii racji stanu. W tym krótkim momencie prawdy, w świetle reflektorów rozpraszających ciemności nocy ujrzeliśmy najpierw Jarosława Kaczyńskiego samotnie oddającego hołd swojemu tragicznie zmarłemu bratu, a następnie w tym samym miejscu Donalda Tuska obejmowanego przez Władimira Putina.
Te dwie sceny uświadamiają, że polityka nadal jest rzeczą śmiertelnie poważną, a nie tylko bezosobową procedurą i piarem. Niemy dramat rozgrywający się w lesie pod Smoleńskiem stanowi chyba klucz do zrozumienia obecnej polityki polskiej, a przynajmniej jej dwóch głównych tendencji. Jedna wyrasta z krzepiącej wiary, że tragedia, ożywiając zarazem miłość do Ojczyzny własnej oraz życzliwość do innych, może stanowić punkt zwrotny w dziejach obu naszych narodów. Wzmocniona nagle potrzeba prawdy i sprawiedliwości budzi nadzieję na odrzucenie kłamstwa katyńskiego. Zbrodnia popełniona przez komunistów nie dzieli bowiem Polaków i Rosjan, a poszukiwanie prawdy może nas tylko zbliżyć do siebie. Nigdy tak wielu Rosjan nie zrobiło dla nas tak wiele, jak właśnie w dziele poznania i udokumentowania tej zbrodni. Dzieje się tak dlatego, że rozliczenie zbrodni komunistycznych leży w najlepiej pojętym interesie Rosji, gdyż wiedzie ono do jej realnego odrodzenia i uwolnienia od imperialnych złudzeń. W nazwie Katyń, jak pisał poeta Siergiej Biriukow – są słowa „kat i ty, czyli ja”. To nie zbrodnia katyńska podzieliła nasze narody, ale ohydne kłamstwo o niej. Głęboka tęsknota za zmianą bierze się właśnie z naszej wiary w węgielne znaczenie prawdy.
[wyimek]Chociaż zmagania z komunistycznym imperium zakończyły się odzyskaniem przez Polskę wolności, nadal przyjmujemy wobec Rosji pozycję ofiary, a nie kraju historycznego sukcesu[/wyimek]
[srodtytul]Partnerstwo i pojednanie[/srodtytul]
Jeśli istotę pierwszej tendencji polityki polskiej wobec Rosji dobrze oddaje słówko „prawda”, to nasuwa się pytanie, czy rzeczywiście samą istotę tendencji drugiej oddaje dobrze słówko „partnerstwo”, jakże skwapliwie użyte przez premiera Tuska w odniesieniu do relacji polsko-rosyjskich w śledztwie dotyczącym katastrofy samolotu Tu-154 M. Trudno doprawdy nie spostrzec, że partnerstwo to polega na przekazaniu dochodzenia wraz ze wszystkimi dowodami stronie rosyjskiej.
Widzimy oto, jak ono stopniowo wciąga nasz rząd w wir kolejnych wyjaśnień, których potrzebę nasuwa sam bieg śledztwa i prace komisji badającej przyczyny wypadku. Z wyjaśnień tych wynika zaś, że ostateczną decyzję o ewentualnym przekazaniu stronie polskiej rejestratorów lotu podejmie rząd Federacji Rosyjskiej. Przekazanie Moskwie prawa do podjęcia ostatecznej decyzji dobrze oddaje istotę partnerstwa. W ten sposób do długiej list spraw trudnych dodana została kolejna pozycja.
W szumie informacyjnym ostatnich dni jedynym trwałym elementem wydaje się być pojednanie. Prezydent Dmitrij Miedwiediew mówi o pogłębieniu pojednania z Ukrainą, a marszałek Bronisław Komorowski wtóruje mu, wyrażając chęć doprowadzenia do „ogólnonarodowego, ponadpartyjnego porozumienia w sprawie dochodzenia do pojednania polsko-rosyjskiego”. Charakterystyczny jest już sam język tych enuncjacji („porozumienie w sprawie dochodzenia”) do złudzenia przypominający czasy oficjalnej przyjaźni polsko-radzieckiej. Istotę tak pojmowanego pojednania trafnie sformułował Zbigniew Brzeziński: „to po stronie państwa silniejszego spoczywa większa odpowiedzialność za proces pojednania”.
[srodtytul]W roli petenta[/srodtytul]
Z jednej strony mamy więc głęboką potrzebę zmiany w relacjach pomiędzy Polską a Rosją, a z drugiej politykę rządu, który przekazując dochodzenie w sprawie katastrofy smoleńskiej stronie rosyjskiej, na wiele lat może skomplikować relacje polsko-rosyjskie. Partnerstwo w stosunkach polsko-rosyjskich polega bowiem na tym, że to strona rosyjska wciąga nas w niekończące się spory, w toku których musimy udowadniać swoje racje, prosić o poświadczenie prawdy, domagać się ujawnienia lub przekazania dokumentów, jednym słowem stawiać się w roli petenta. Rosja natomiast rezerwuje dla siebie rolę suwerena, który albo nasze oczekiwania uwzględni, albo je odrzuci. Tak uprawiane partnerstwo stanowi w istocie sparing i dlatego lepiej będzie mówić o sparingpartnerstwie.
Zasadnicza użyteczność sparingu dla Rosji polega na tym, że obniża on status Polski poniżej naszych osiągnięć, możliwości i ambicji, podwyższając zarazem status słabego rosyjskiego państwa postkomunistycznego do rangi państwa silniejszego, które dzięki budowanemu w partnerstwie z Polską wizerunkowi mocarstwa może poszukiwać na arenie międzynarodowej silniejszego od siebie sojusznika. Chociaż XX-wieczne zmagania z komunistycznym imperium zakończyły się jego upadkiem i odzyskaniem przez Polskę wolności, to nadal przyjmujemy wobec Rosji pozycję ofiary, a nie kraju historycznego sukcesu. Mentalność wiecznej ofiary dobrze ilustrują słowa marszałka Komorowskiego, który źródeł własnej pewności na placu Czerwonym szukał w wydarzeniach z początku XVII wieku, a nie w naszym uczestnictwie w zwycięskiej koalicji antynazistowskiej lub chociażby w naszym wkładzie w krach sowieckiego imperium.
[srodtytul]„Zdarzenie katyńskie”[/srodtytul]
Dobrym przykładem sparingpartnerstwa może być niemająca chyba końca historia kłamstwa katyńskiego, która skazuje nas na nieustanne udowadnianie oczywistej prawdy. Kolejna odsłona tego kłamstwa zaczęła się w 2004 roku, gdy rosyjska prokuratura wojskowa umorzyła śledztwo w sprawie mordu w Katyniu i na polecenie ówczesnego prezydenta Władimira Putina utajniła samo postanowienie i zdecydowaną większość akt śledztwa. Decyzja ta na lata pogorszyła stosunki wzajemne i zmusiła nas do domagania się jawności akt sprawy dotyczącej zbrodni sprzed 70 lat.
Obywatele polscy znaleźli z pułapki sparingu jedyne racjonalne wyjście, a mianowicie – drogę sądową. Złożenie skarg w sądach rosyjskich, a następnie pozwanie Federacji Rosyjskiej przed Europejski Trybunał Praw Człowieka ma na celu wykazanie, że kłamstwo katyńskie prowadzi również dzisiaj do łamania prawa rosyjskiego. Ten tryb postępowania pozwala odwrócić role. To Federacja Rosyjska musi się tłumaczyć, dlaczego w rezultacie ukrywania prawdy o zbrodni komunistycznej sprzed 70 lat również obecnie jest w niej łamane prawo, a Polska tylko wspiera swoich obywateli, którzy wierzą w prawdę i sprawiedliwość. Tymczasem w odpowiedzi rządu rosyjskiego na skargę katyńską kwestionowana jest odpowiedzialność Związku Sowieckiego za zbrodnię. Mord nazywany jest „zdarzeniem katyńskim” lub „wydarzeniem katyńskim”, a losu polskich oficerów nie udało się ustalić. Wbrew politycznym deklaracjom formalne stanowisko rządu Rosji nie uległo zmianie, gdyż odpowiednie pismo wpłynęło 19 kwietnia, a więc w okresie oficjalnego już panowania przyjaźni polsko-rosyjskiej. Oby niesiony falą przyjaźni rząd nie wycofał się z poparcia Rodziny Katyńskiej przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka.
[srodtytul]Kto lubi sparing[/srodtytul]
Droga prawna w stosunkach polsko-rosyjskich nie jest oczywiście prosta. Posiada jednak tę zaletę, że pozwala nam wyjść z niewygodnej roli partnera sparingu. Dobrym przykładem może być przyjęcie przez delegację Parlamentu Europejskiego do spraw stosunków z Rosją deklaracji zawierającej sformułowanie: „zbrodnia wojenna o charakterze ludobójstwa dokonana na polskich oficerach w Katyniu w 1940 roku przez oddziały NKWD z rozkazu Stalina”, a więc zbliżone do tego, które zostało użyte w uchwale sejmowej z września ubiegłego roku. Problem polega na tym, że wielu polskich polityków lubi sparing. Widocznie pozycja podporządkowana mentalnie im odpowiada. Sparing ma bowiem tę zaletę, że oprócz boksowania zakłada także dopuszczanie bliżej, zapraszanie do wspólnego świętowania, czułe objęcia i wzajemne ocieplanie wizerunku, co zawsze można przedstawiać jako sukces. Jakże autentyczne ożywienie wywołują w Polsce informacje, że być może tym razem już na pewno i ostatecznie z najwyższego rozkazu zostaną ujawnione nowe dokumenty i jakież rozczarowanie wywołuje informacja o tym, że Miedwiediew przekazał 67 tomów śledztwa katyńskiego, odtajnionych już w 2004 roku. W ten sposób demonstruje się postawa podporządkowana.
W trakcie sparingu zadawane są także ciosy bolesne. Po katastrofie smoleńskiej na pewien czas z ekranów telewizorów i z łam gazet zniknęli zawodowi histerycy, profesjonalni siewcy nienawiści. Zniknęli, ale już powrócili. W Polsce ponownie pojawił się Janusz Palikot, a w Rosji powróciły publikacje kwestionujące sowiecką odpowiedzialność za zbrodnię w Katyniu. Sytuacja jest nowa, ale instrukcje są stare. Aleksandr Szyrokorad opublikował w wojskowym dodatku „Niezawisimej Gaziety” artykuł, w którym dowodzi, że zabijanie jeńców było często stosowane w dziejach ludzkości i zbrodnia katyńska stanowi raczej historyczną normę niż wyjątek. Okolice Katynia i Gniezdowa co najmniej od X wieku stanowić mają miejsce masowego pochówku ofiar kolejnych wojen i represji. Znajdują się tam podobno dziesiątki mogił zbiorowych. Zresztą w latach 1920 – 1921 Polacy zabili lub zamęczyli od 30 do 70 tysięcy sowieckich jeńców wojennych. „Jeśli represje stalinowskie zostały potępione już w 1956 roku na XX zjeździe – pisze Szyrokorad – to marszałek Piłsudski, odpowiedzialny za masowe zabójstwa dziesiątków, jeśli nie setek tysięcy Rosjan, Ukraińców lub Niemców, został podniesiony do rangi bohatera narodowego Rzeczypospolitej”. Autor powraca do starej koncepcji usprawiedliwiania zbrodni katyńskiej tragicznym losem żołnierzy sowieckich w polskich obozach jenieckich. Koncepcję tę przypomniał Władimir Putin, występując 7 kwietnia w Smoleńsku na konferencji prasowej z Donaldem Tuskiem, twierdząc, że Stalin rozkazał rozstrzelać Polaków, kierując się uczuciem zemsty. Na niczym nieoparta teza robi wrażenie usprawiedliwiania zbrodni, jako przestępczej, ale uzasadnionej emocjonalnie odpłaty. Przeczy to całej naszej wiedzy o systemie totalitarnym, który mordował ludzi z rozmysłem, w celu zrealizowania konkretnych zamiarów, a nie z uczucia zemsty. Putin powołał się też na najnowsze badania, z których wynika, że w polskiej niewoli zmarło 32 tysiące jeńców sowieckich. Tę samą liczbę wielokrotnie w ślad za swoim szefem powtórzył (np. na antenie Russia Today) współprzewodniczący polsko-rosyjskiej grupy do spraw trudnych prof. Anatolij Torkunow, chociaż w przygotowywanej przez grupę publikacji podawana jest liczba 18 – 20 tysięcy. Dane te opierają się na wynikach wspólnych polsko-rosyjskich badań archiwalnych, ale stałe podawanie większej liczby tragicznie zmarłych jeńców służy wciąganiu nas w sparing niemający sensownego zakończenia, natomiast zawsze ograniczający nasze możliwości politycznego działania.
„Niezawisimaja Gazieta” w cytowanym już wcześniej artykule wspomniała również o pół milionie polskich ochotników, którzy zdaniem rosyjskiego autora służyli w Wehrmachcie lub SS. Autor najwyraźniej myli fakty, biorąc za ochotników osoby pod przymusem wcielane do służby wojskowej, ale nie chodzi tu o merytoryczną poprawność wywodu, lecz wyłącznie o jego pragmatyczny aspekt. Wykorzystany on został bowiem do tego, aby zaliczyć, po raz pierwszy w rosyjskiej publicystyce, premiera Donalda Tuska do grona polskich nacjonalistów. Czyżby tekst ten zapowiadał koniec „polsko-rosyjskiego pojednania”? „Chociaż ze słów Miedwiediewa i Komarowskiego (tak w rosyjskim oryginale) wynika, że Katyń nie może służyć przedmiotem dalszych sporów między RF a Polską”, to NG nie wierzy, że ogromne środki wydano na „odyseję katyńską” tylko po to, aby przekazać stronie polskiej kilka opasłych tomów sprawy katyńskiej.
Konstantin Kosaczow, przewodniczący komitetu międzynarodowego Dumy Państwowej, w toku debaty „Szansa na pojednanie” zorganizowanej 23 kwietnia 2010 roku przez PAP i agencję RIA Nowosti jasno sformułował oczekiwania strony rosyjskiej – „Mamy nadzieję, że Polacy przestaną się nas czepiać”. Wypowiedź Kosaczowa doskonale pokazuje mechanizm i cel sparingu. Śledztwo katyńskie po to zostało w 2004 roku umorzone, aby móc zarzucać Polsce „czepianie się”. Wieloletni funkcjonariusz rosyjskiej służby dyplomatycznej wezwał Polaków, aby zamiast problemem Katynia zajęli się problemem Wołynia. W miejsce dialogu w stosunkach polsko-ukraińskich proponuje się nam jego zerwanie, które zawsze stwarza pokusę hegemonii państw trzecich. Okazję do tej rotacji politycznej stanowić mają, o dziwo, wspólne polsko-rosyjskie obchody 90. rocznicy wojny 1920 roku, którą przecież trafnie nazywamy wojną z bolszewikami, a nie z Rosją. Niestety, ze słów posła Andrzeja Halickiego wypowiedzianych w czasie tej debaty wynika, że Platforma Obywatelska gotowa jest przyjąć ofertę Jedinoj Rossii. Najwyraźniej zapomniał on, że Polska przystąpiła do tej wojny w koalicji z Ukrainą. Ramię w ramię z polskimi żołnierzami walczyli żołnierze ukraińscy oraz formacje białoruskie, kaukaskie i białych Rosjan. Przecież dzisiejsza Rosja to nie tylko restaurowane pomniki Stalina, to także pogrzebanie z honorami wojskowymi i w obecności patriarchy Aleksieja II doczesnych szczątków gen. Antona Denikina oraz niezwykle uroczysty pogrzeb Aleksandra Antonowa, dowódcy antybolszewickiego powstania chłopskiego w guberni tambowskiej.
[srodtytul]Rachunek sumienia[/srodtytul]
90. rocznica wojny polsko-bolszewickiej to doskonała okazja do przypomnienia znaczenia współpracy narodów tej części kontynentu dla powstrzymania pokusy hegemonii, skądkolwiek by ona pochodziła. To w końcu także doskonała okazja do pojednania z tą Rosją, która wtedy, po rewolucji, odruchowo zwróciła się ku Polsce w obronie przed bolszewickim barbarzyństwem. Ku tej Rosji powinniśmy wyciągnąć rękę. Autentyczne pojednanie polsko-rosyjskie powinno mieć za podstawę zdrowy rozsądek polegający na uznaniu realiów historycznych i geopolitycznych, a nie tylko wspólnotę losu ofiar komunizmu. Generał Denikin postawił marszałkowi Piłsudskiemu zarzut najcięższy z możliwych: że to polska bierność przesądziła o zwycięstwie bolszewików. Być może nadszedł odpowiedni moment także na nasz rachunek sumienia za odmowę wspólnej z Rosjanami walki przeciwko bolszewikom, za haniebne postępowanie z ochotniczymi formacjami sojuszników Polski w tej walce. Pojednanie polsko-rosyjskie ma wymiar globalny i dlatego nie powinno być dziełem kierujących się koniunkturalizmem partii rządzących w obu krajach, ale samych Polaków i Rosjan, reprezentowanych przez instytucje odpowiednio wiarygodne z mocy wielkiej historii obu narodów.
[i]Autor jest politologiem, sowietologiem, znawcą Rosji. Profesor Wyższej Szkoły Biznesu – National-Louis University w Nowym Sączu[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA