Nieruchomości

Czy sąsiedzi zasiedzieli ziemię

Fotorzepa, Jak Jakub Dobrzyński
Zaczęło się od płotów, które jedna sąsiadka stawiała, a druga rozbierała. Spór się zaognił, gdy mieszkanka małopolskiej miejscowości postanowiła budować przy granicy. Czy można było go uniknąć?
Powiat krakowski, gmina Skała, miejscowość Sobiesęki. Dwie leżące obok siebie posesje. Sąsiedzki spór o granicę dzielącą działki trwa tu od lat 60. ubiegłego wieku. Najpierw poszło o ruchome betonowe płoty stawiane przy granicy dzielącej nieruchomości, które służyły do zaganiania kur. – Te płoty sąsiedzi ustawiali na spornej ziemi. Mój ojciec musiał je przestawiać. Już wtedy prawo własności nie liczyło się dla sąsiadów – opowiada Józefa B. (nazwisko do wiadomości redakcji).
Potem było już tylko gorzej. Z roku na rok spór się zaogniał. – Na ogrodzeniu się nie skończyło. Sąsiadka na kawałku mojej ziemi postawiła obiekty gospodarcze – utrzymuje Józefa B. Budynki zaczęły rosnąć kilkanaście lat temu, ale spór trwa.
[srodtytul]Bez rozgraniczenia[/srodtytul] Nasza czytelniczka wylicza, że sąsiadka ze swoją inwestycją przesunęła się o prawie pół metra poza granicę działek. – Na długość jej zabudowania zajmują ze 20 metrów – twierdzi Józefa B. I podkreśla, że urząd gminy w Skale wydał sąsiadce pozwolenie na budowę mimo jej protestów. – Apelowałam do gminy, żeby nie zgadzała się na inwestycję, bo trwa spór o granicę. Dlaczego urzędnicy nie czekali na rozgraniczenie? Dlaczego nie poczekali na rozstrzygnięcia i pozwolili budować na spornym terenie? – pyta nasza czytelniczka. Jadwiga Polańska z referatu inwestycji i gospodarki przestrzennej w urzędzie gminy Skała przekazała nam, że kompletny wniosek o pozwolenie na budowę jednego z budynków gospodarczych inwestor, czyli sąsiadka pani Józefy B., złożył w 1992 r. Gmina zgodę na inwestycję wydała, opierając się na podkładzie geodezyjnym. Nasza czytelniczka odwołała się do urzędu wojewódzkiego. – Urząd uchylił zaskarżoną decyzję i przekazał ją nam do ponownego rozpatrzenia – przyznają urzędnicy z gminy w Skale. I podkreślają, że pani Józefa B., która kwestionowała przebieg granic, powinna zgodnie z prawem złożyć wniosek o rozgraniczenie. Nie zrobiła tego jednak w wyznaczonym przez wojewodę terminie. – To prawda, nie złożyłam takiego wniosku. Nie jestem prawnikiem, nie mogłam wiedzieć, że jest to konieczne – żali się Józefa B. Gmina ponownie wydała zgodę na inwestycję. – A potem po kilku latach powstał kolejny obiekt, czyli wiata gospodarcza – mówi mieszkanka podkrakowskiej miejscowości. – I wtedy sąsiadka złożyła wniosek o rozgraniczenie. Później go jednak wycofała, jak tylko zobaczyła, gdzie geodeta wbija pale. Bała się wyniku tego rozgraniczenia. Uznałam więc, że skoro nie chce wiedzieć, gdzie jest granica, nie będzie już niczego budować. Tymczasem wiata zajęła część mojej działki – twierdzi Józefa B. I ta sprawa trafiła do urzędu wojewódzkiego. [srodtytul]Budować, ale niżej[/srodtytul] Joanna Sieradzka z biura prasowego wojewody małopolskiego przyznaje, że w 1999 r. wojewoda badał, czy pozwolenie na budowę wiaty zostało wydane zgodnie z prawem. – Uznał, że tak, ale częściowo je skorygował – mówi Joanna Sieradzka. – Wojewoda stwierdził, że należy zmienić projekt i obniżyć wiatę o dwa metry. Wynikało to z dbałości o interesy właścicieli sąsiedniej działki. Gdyby w przyszłości chcieli oni postawić na swojej działce budynek, to obniżenie wiaty pozwoliłoby im to zrobić bez przeszkód, a w nowym obiekcie spełnione byłyby warunki właściwego nasłonecznienia – tłumaczy przedstawicielka urzędu wojewódzkiego. I podkreśla, że inwestor, który musiał przedstawić wyciąg z ksiąg wieczystych, wykazał się prawem do dysponowania tym terenem. – Wojewoda sprawdził, czy wiata mieści się w granicach działki i czy jest prawidłowo usytuowana w stosunku do tzw. mapy sytuacyjno-wysokościowej, która jest obowiązującym dokumentem państwowym. Tutaj również nie było nieprawidłowości – podkreśla Joanna Sieradzka. Sprawa trafiła do Naczelnego Sądu Administracyjnego, który ją jednak z przyczyn proceduralnych odrzucił. – Jeżeli wiata została postawiona w innym miejscu, niż wskazywał projekt, to odbyło się to z naruszeniem pozwolenia na budowę, ale tym zajmuje się nadzór budowlany, a nie wojewoda. Mogło się też okazać, że już po wydaniu pozwolenia na budowę i po decyzji wojewody nastąpiła zmiana granic działki – informują urzędnicy wojewody małopolskiego. I tak stało się w tym przypadku, co wynika z dokumentów małopolskiego wojewódzkiego inspektora nadzoru budowlanego, który sprawę badał. Inspektor podniósł, że budynek wiaty został wytyczony przez uprawnionego geodetę zgodnie z planem zagospodarowania. „Powstał prawidłowo w stosunku do istniejącej wówczas granicy, jako uzupełnienie istniejącej już na tej działce zabudowy – czytamy w piśmie inspektora nadzoru budowlanego. – Rozgraniczenie nastąpiło zaś dopiero w 2005 r. Inwestor nie może ponosić winy za zmieniony stan prawny działek, bo w chwili budowy obiektu jego usytuowanie było zgodne z ówczesnym, innym niż dziś, przebiegiem granic” – padają argumenty. – Od początku mówiłam, że inwestycja rośnie na mojej ziemi. Ale urząd mimo moich protestów nie czekał na ustalenie granic – żali się Józefa B. Sprawa trafiła do sądu w Krakowie. Ten uznał, opierając się na opinii biegłego, że inwestycja sąsiadki częściowo zajęła kawałek ziemi należącej do Józefy B. W najbardziej wysuniętym punkcie inwestycja zajęła 26 cm gruntu, a na długość – ok. 10 metrów. – Pozwana skutecznie jednak zasiedziała ten grunt – uznali sędziowie. Wyrok jest ostateczny. – Nie wiem, jak sąsiadka mogła zasiedzieć tę ziemię, skoro nigdy jej nie użytkowała – utrzymuje Józefa B. – Sędziowie podnieśli, że ja nigdy nie przerwałam biegu zasiedzenia. A przecież nieustająco składałam skargi, apelowałam do urzędu, do wojewody, że inwestycje mogą powstawać na mojej działce, że jest spór o ziemię. Co jeszcze miałam zrobić? – padają pytania. Co na to sąsiadka? – Nie udzielam żadnych informacji. I proszę do mnie nie wydzwaniać, bo już dzwonił w tej sprawie urząd gminy – ucięła. [ramka][b]Waldemar Żurek - sędzia, rzecznik Sądu Okręgowego w Krakowie[/b] – Krakowski Sąd Okręgowy oddalił apelację powódki. Pozwani skutecznie zgłosili tzw. zarzut zasiedzenia gruntu. Przez kilkadziesiąt lat posiadali sporny pas ziemi, ogradzali go, odbudowali zburzony płot. Nawet jeśli działali w tzw. złej wierze, czyli wiedzieli, że właścicielami gruntu nie są, to doprowadzili tym samym do zasiedzenia. Zgodnie z art. 172 § 1 [link=http://aktyprawne.rp.pl/aktyprawne/akty/akt.spr?id=70928]kodeksu cywilnego[/link] posiadacz nieruchomości niebędący jej właścicielem nabywa własność, jeżeli posiada nieruchomość nieprzerwanie od lat 20 jako posiadacz samoistny, chyba że uzyskał posiadanie w złej wierze (zasiedzenie). Zgodnie z przepisami po upływie 30 lat posiadacz nieruchomości nabywa jej własność, choćby uzyskał posiadanie w złej wierze. I ten przypadek miał tu zastosowanie. Samo zburzenie płotu, który został odbudowany, nie wystarczyło. Art. 123 § 1 [link=http://www.rp.pl/aktyprawne/akty/akt.spr?id=70928]kodeksu cywilnego[/link] mówi, że bieg przedawnienia przerywa się: - przez każdą czynność przed sądem lub innym organem powołanym do rozpoznawania spraw lub egzekwowania roszczeń danego rodzaju albo przed sądem polubownym przedsięwziętą bezpośrednio w celu dochodzenia lub ustalenia albo zaspokojenia lub zabezpieczenia roszczenia, - przez uznanie roszczenia przez osobę, przeciwko której roszczenie przysługuje, - przez wszczęcie mediacji. Powódka wytoczyła powództwo dopiero 31 sierpnia 2001 r., kiedy już upłynął termin przedawnienia. Sąd musiał zatem uwzględnić zasiedzenie, bo takie mamy prawo.[/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL