Publicystyka

Obyśmy dostali kolejną szansę

Fotorzepa, Pio Piotr Guzik
W negocjacjach w sprawie tarczy Polska uzyskała prawnie wiążące amerykańskie zobowiązania do udzielenia nam gwarancji bezpieczeństwa. Jednak rząd Tuska, zatrzymując proces ratyfikacyjny, odrzucił te gwarancje – pisze wiceszef BBN
Decyzja prezydenta Obamy o rezygnacji z budowy bazy antyrakietowej w Polsce i radaru w Czechach wywołała ożywioną i emocjonalną debatę na temat użyteczności tej inicjatywy dla bezpieczeństwa Polski. To zrozumiałe i korzystne zjawisko dla strategicznego myślenia. Zastanawia jednak, dlaczego tak wielu przeciwników tarczy antyrakietowej tak uporczywie odwołuje się do nieprawdziwych informacji i argumentów.
[srodtytul]Aby system bronił Polski[/srodtytul] Od początku bieżącej dekady, kiedy pojawiły się zapowiedzi amerykańskich planów, przez Polskę przetoczyła się lawina debat. Nie tylko zainteresowane instytucje państwowe, jak MSZ, MON czy BBN, ale większość ośrodków analitycznych i medialnych zorganizowały seminaria, konferencje, opublikowały wiele raportów, ekspertyz i analiz zarówno naukowych, jak i publicystycznych.
Prace są ogólnie dostępne w bibliotekach i na portalach internetowych. Na tych portalach są też dostępne porozumienia zawarte z USA w 2008 r. Od kilku lat informacje na temat swojej inicjatywy rozpowszechniali też Amerykanie, również w Polsce. Rozległą politykę informacyjną przez powołany do tego urząd prowadzili Czesi. Zatem uporczywe posługiwanie się informacjami mijającymi się z prawdą jest zastanawiające. Czy to nonszalancja, niechęć do przerwania grilla na działce w celu zapoznania się z faktami czy świadome działanie przyjaciół Moskali i jakiejś ligi antyamerykańskiej? Najprostszym fałszem, którym szermowano przez wiele dni, było usilne wmawianie społeczeństwu, że Czesi ratyfikowali umowę z USA, a kończą jak Polska. Otóż, Czesi nie ratyfikowali. Ze względu na kryzys polityczno-parlamentarny procedura ratyfikacyjna przeszła tylko przez Senat, lecz nie przez niższą izbę parlamentu. Ponadto Czesi świadomie wyczekiwali na decyzję strony polskiej. Nie ukrywali, iż postrzegają całą inicjatywę USA jako jeden pakiet. Jeśli Polska odstąpiłaby od niej, to sami nie udźwignęliby politycznej wagi tej inicjatywy w regionie. [wyimek]Żaden rząd polski nie zamierzał przyjąć amerykańskiej inicjatywy „mimo wszystko”, „na każdych warunkach”, a tym bardziej nie zamierzał dopłacać do niej[/wyimek] Powszechnie podnoszono zarzut, iż inicjatywa amerykańska służy jedynie obronie USA. Takie były początki. Jednak pierwszym warunkiem, jaki postawiliśmy w negocjacjach, było żądanie, aby system bronił USA, Europy i Polski. Amerykanie uwzględnili ten warunek. W rezultacie negocjacji podpisaliśmy prawnie wiążące Amerykanów zobowiązanie do zapewnienia bezpieczeństwa RP oraz obrony RP przed atakiem rakiet balistycznych, używając do tego celu systemu obrony przeciwrakietowej (art. IX umowy). Nie przystąpiliśmy też do wirtualnego projektu, jak zarzuca to wielu. Przypomnę, że Amerykanie posiadają w pełni operacyjne dwie bazy antyrakietowe oraz system działających radarów, w tym zbudowany już radar, który miał być przeniesiony do Czech. Dalej, podnosi się zarzut, iż amerykańska inicjatywa dzieliła NATO i Europę. To kolejna nieprawda. Amerykanie skierowali swoją propozycję do kilku państw NATO. Uczestniczą w niej już Wielka Brytania i Dania. Polska i Czechy miały dołączyć do tej grupy. Amerykanie poczynili wiele wysiłków, aby skonsultować propozycję z Europejczykami zarówno w formule bilateralnej, jak i wielostronnej przez NATO. W rezultacie sojusz północnoatlantycki akceptował propozycję na szczycie szefów państw w Bukareszcie w roku 2008 i ostatnio na szczycie jubileuszowym w 2009 roku. Sojusz uznał, że amerykańska inicjatywa uzupełnia natowskie wysiłki zbudowania tarczy przeciwko rakietom krótkiego i średniego zasięgu. Amerykanie zaś zobowiązali się do uzupełnienia swojej inicjatywy instalacjami antyrakietowymi, które chroniłyby Europę Południową. W tym kontekście apeluje się zwykle o poparcie dla ewentualnego natowskiego systemu jako rzekomo przyjmowanego powszechnie przez wszystkich. Nie wspomina się jednak, że system kosztowałby horrendalne sumy i musiałby uzyskać akceptację wszystkich członków NATO do zakupu amerykańskich antyrakiet. A do takiego rozwiązania droga daleka. [srodtytul]Reakcja na politykę Rosji[/srodtytul] Często też się utrzymuje, że inicjatywa amerykańska była antyrosyjska. To całkowity absurd lansowany zwykle przez osoby uprzedzone do USA, podejrzewające Amerykanów o skłonności do militarnego szantażowania całego świata. System antyrakietowy nie miał charakteru zaczepnego i uzbrojonych rakiet w głowice bojowe, tym bardziej nuklearne. Zezwalał Rosjanom na weryfikację instalacji tak często, jak tylko dawałoby to im przekonanie, że nie doszło do jakiejkolwiek zmiany jego przeznaczenia. To Rosjanie wykorzystali tarczę antyrakietową jako pretekst i uzasadnienie swojej agresywnej polityki odbudowania strefy wpływów/interesów, polityki rozpoczętej po dojściu do władzy prezydenta Putina. Na Polskę i inne kraje Europejskie spadły retorsje rosyjskie po naszym wsparciu demokratycznych przemian w Gruzji i Ukrainie, czyli zanim rozpoczęły się jakiekolwiek negocjacje w sprawie tzw. europejskiego elementu obrony antyrakietowej. To nie Polska zatem świadomie pogarszała relacje z Rosją. Polska starała się reagować na nową rzeczywistość – rosnącą asertywność Rosji. Na rosyjskie próby rewizji historii XX wieku, starania o budowę nowej architektury bezpieczeństwa europejskiego opartej na porozumieniu przewodnich mocarstw ponad nami. Warto w tym kontekście przypomnieć, iż sami podjęliśmy też odrębne wysiłki na rzecz skonsultowania inicjatywy na płaszczyźnie międzynarodowej. Kwestię zagrożenia rozwojem programów rakiet balistycznych w regionie Bliskiego Wschodu omówiono przy okazji wizyt w Polsce przywódców: Arabii Saudyjskiej, Egiptu, Pakistanu, Palestyny i Izraela. Delegacje ministerialne i eksperckie konsultowały się z sąsiadami i przewodnimi państwami europejskimi, szczególnie tymi, które goszczą bazy amerykańskie. Nie zaniechaliśmy też bezpośrednich kontaktów z Iranem, a nawet Koreą Północną w celu zbadania ich determinacji w kwestii rozwoju programów nuklearnych i rakietowych. Zatem decyzja o podjęciu negocjacji z USA była poprzedzona solidnym rozpoznaniem problemu, zarówno zagrożenia, jak i implikacji dla regionalnej i międzynarodowej pozycji Polski. I co też ważne, przygotowania do podjęcia inicjatywy amerykańskiej rozpoczęły się kilka lat przed dojściem do władzy rządu PiS. Już w latach 2004 – 2005 rząd premiera Marka Belki intensywnie przygotowywał Polskę do negocjacji. Powstały wtedy liczne ekspertyzy i opinie, pozytywne! Przygotowano wstępną dokumentację i powołano odpowiednie struktury negocjacyjne. Żaden rząd polski nie zamierzał przyjąć amerykańskiej inicjatywy „mimo wszystko”, „na każdych warunkach”, a tym bardziej nie zamierzał do niej dopłacać. Negocjacje trwały długo, ponieważ zabiegaliśmy o polskie interesy, o gwarancje bezpieczeństwa, amerykańskie zobowiązania do obrony bazy i wsparcie dla modernizacji polskiej armii. Baza byłaby amerykańską inwestycją na polskim terytorium, gdzie nie przewidywaliśmy jakiejkolwiek eksterytorialności. Pozostaje dziś jedynie polityczna deklaracja współpracy, która odnosi się do części naszych postulatów. Wykonanie jej zobowiązań będzie kurtuazyjnym gestem USA, lecz już nie prawnym zobowiązaniem. [srodtytul]Czyste sumienie[/srodtytul] Czy można było inaczej? Prezydent Obama i tak miał zamiar zrezygnować z inicjatywy? Można było się starać. Polski rząd mógł i powinien wykazać się większą determinacją, niż się zastanawiać przez pół roku po wyborach nad kontynuacją pertraktacji. Po dwóch latach wytężonych negocjacji Polska uzyskała, prawnie wiążące, amerykańskie zobowiązania do udzielenia nam gwarancji bezpieczeństwa. Jednak rząd premiera Tuska odrzucił te gwarancje, zatrzymując proces ratyfikacyjny. Zatrzymanie ratyfikacji porozumienia o bazie amerykańskiej pod Redzikowem, brak porozumienia o statusie prawnym żołnierzy amerykańskich i w rezultacie brak licznych porozumień wykonawczych oznaczały, iż poprzednia administracja amerykańska nie mogła rozpocząć inwestycji. A amerykański Government Accountability Office, jak ujawnia w raporcie z sierpnia br., nie mógł przedstawić ostatecznych kosztów budowy bazy w Polsce. Do wiosny 2009 roku sprawa tarczy w Polsce nie wydawała się być przesądzona negatywnie. Jeszcze w lutym amerykański sekretarz obrony Robert Gates apelował w Krakowie, na spotkaniu ministrów obrony NATO, o ratyfikację umowy przez Polskę i Czechy. Wtedy GAO obliczało, że wariant polsko-czeski jest najtańszy. Ratyfikacja nie gwarantowała oczywiście kontynuacji umowy przez nową administrację amerykańską. Ale formalny proces wypowiadania jej trwałby dwa lata. Biorąc to pod uwagę oraz niekorzystne reperkusje międzynarodowe takiego wypowiedzenia, należy zakładać, że Amerykanie zastanawialiby się dłużej i byliby zobligowani do znalezienia sposobu na obopólnie korzystne rozwiązanie zaistniałej sytuacji. Można szydzić, że straciliśmy papierowe gwarancje i wirtualną inwestycję. Można wyśmiewać, że to były iluzje, i nawoływać do przyziemnego realizmu. Można, jeśli ma się czyste sumienie i przekonanie, że „wypełniliśmy zadanie, Polsko”. Można, jeśli się wykazało aktywnością, a nie wyczekiwaniem przez rok na „autonomiczną decyzję USA”. Zabiegi o uzyskanie trwałych i wiarygodnych gwarancji dla kraju to nieustanne wysiłki, to ciągły proces. W ubiegłym roku ten proces w relacjach z Amerykanami został zatrzymany przez polski rząd. Obyśmy nie zmarnowali następnej szansy. I obyśmy ją dostali! [i]Autor jest wiceszefem prezydenckiego Biura Bezpieczeństwa Narodowego, historykiem i dyplomatą. Od 1992 roku pracował w MSZ, był m.in. ambasadorem w Teheranie, a w latach 2005 – 2008 wiceministrem spraw zagranicznych i negocjatorem w rozmowach z USA w sprawie tarczy antyrakietowej[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL