Publicystyka

Beck jak Hitler?

Piotr Semka
Fotorzepa, Kuba Kamiński Kub Kuba Kamiński
Rafał Ziemkiewicz sugeruje, że uratować Polskę od zagłady w 1939 roku mogło wejście z Hitlerem w porozumienie przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Ale nie bierze pod uwagę, że wyszlibyśmy z wojny obciążeni hańbą pomagania Niemcom. Z polską prawicą i polskim Kościołem obciążonym winą za marionetkowe państwo – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”
[b][link=http://blog.rp.pl/semka/2009/05/11/beck-jak-hitler/" "target=_blank]Skomentuj[/link][/b]
Mój kolega po piórze Rafał Ziemkiewicz donośnym głosem wezwał: [link=http://www.rp.pl/artykul/2,302862_Ziemkiewicz__Nad_trumna_Becka_ciszej__prosze__.html" "target=_blank]„Nad trumną Becka ciszej proszę”[/link]. Listę pretensji do przedwojennego ministra spraw zagranicznych ma długą i fakt, że ocenia nieszczęsnego szefa dyplomacji po 70 latach, bardzo ułatwia mu zadanie. Józef Beck został nie tylko skrytykowany za to, że „nadskakiwał Hitlerowi”, a potem przyjął nic niewarte gwarancje brytyjskie, ale dodatkowo za to, że nie przewidział, iż Francuzi nie wychylą się zza umocnień linii Maginota. Tak naprawdę najmocniejszy zarzut pojawia się w końcu tekstu – to porównanie polskiego szefa dyplomacji z marszałkiem Edwardem Rydzem-Śmigłym i prezydentem Ignacym Mościckim do oszalałego Hitlera, który w 1945 roku wysyłał swoich rodaków na samozniszczenie w imię wielkości III Rzeszy. Ów ostry język nie usprawiedliwia chyba jednak zbyt łatwego porównywania człowieka, który znalazł się w historycznym imadle 1939 roku, do kogoś, kto z premedytacją ten świat podpalił i z premedytacją wydał swoich rodaków - Niemców - na historyczną zagładę.
Czytając tekst Rafała, rozumiem, że zarzut dotyczy tego, iż Polska nie była gotowa w 1939 roku do walki z Niemcami, a więc rzucenie jej w wir wojny było nieodpowiedzialnością. Tu jednak Ziemkiewicz taktownie się zatrzymuje, nie tłumaczy do końca, co radziłby Beckowi zrobić 60 lat temu. Jak podejrzewam, tym niedopowiedzianym sposobem na uratowanie wówczas Polski od zagłady było oddanie Gdańska i jakaś forma wejścia z Hitlerem w porozumienie przeciwko Związkowi Radzieckiemu. To droga, jaką przyjęły takie kraje jak Węgry, Rumunia, Chorwacja, Słowacja czy w znacznie bardziej upokarzającej formie kolaboracyjna elita czeska, która zgodziła się administrować protektoratem Czech i Moraw. Niech jednak Rafał będzie więc konsekwentny – skoro uważa, że następcy Piłsudskiego nie posiadali nawet dziesiątej części prestiżu i charakteru Józefa Piłsudskiego, to skąd podejrzenie, że Hitler mógłby traktować ich choćby równie serio jak regenta Węgier admirała Miklosa Horthy’ego? Ale załóżmy, że Hitler zaakceptowałby ekipę Rydza i Becka. Jaki status uzyskalibyśmy, walcząc z Rosją Sowiecką? Jak byliby traktowani Polacy z Gdańska, Górnego Śląska i Wielkopolski, po które szybko by się zgłosił Hitler w ramach kolejnych tzw. korektur granicy? Jak pokolenie wychowane na micie niepodległości – generacja Baczyńskiego, Bartoszewskiego czy „Zośki” – miałoby znosić status państwa wasalnego Niemiec. A co by się stało z milionami polskich Żydów? Zwolennicy pójścia drogą Węgier wskazaliby, że Horthy chronił węgierskich Żydów tak długo, jak się dało. Dobrze, ale na Słowacji księdza Jozefa Tiso wysyłano tamtejszych Żydów na żądanie Niemców do obozów koncentracyjnych i ta hańba ściga Słowaków do dziś. Czy Hitler zrezygnowałby z żądania wydania polskich Żydów hitlerowskim fabrykom śmierci? A jak reagować miałyby polskie wojska, które poszłyby z Hitlerem na Moskwę, widząc działalność Einsatzgruppen – oddziałów dokonujących masowych mordów Żydów na terenach zajmowanego po 22 czerwca 1941 r. Związku Radzieckiego. Skąd wreszcie Rafał ma pewność, że Niemcom – ot, choćby z powodu tej czy innej antyniemieckiej demonstracji naszej młodzieży – nie przyszłoby do głowy zdmuchnąć życzliwego im rządu sojuszniczej Polski, tak jak zdmuchnięto w końcu rządy Horthy’ego w 1944 roku? Wyszlibyśmy z wojny obciążeni hańbą pomagania Hitlerowi. Z polską prawicą obciążoną politycznie i polskim Kościołem obciążonym moralnie winą za marionetkowe państwo. Do dziś wojenne decyzje konserwatystów węgierskich, rumuńskich, słowackich obciążają hipotekę prawicy w tych krajach, a w wypadku Słowacji czy Chorwacji także hipotekę moralną Kościoła katolickiego. Wróćmy do okresu styczeń – sierpień 1939 r. Śmiem twierdzić, że Polska nie miała wówczas żadnego dobrego rozwiązania. Mogła wybrać jedno rozwiązanie złe, ale honorowe, albo drugie rozwiązanie złe, ale naznaczające nas piętnem współudziału w szalonej epopei Hitlera. Mam wrażenie, że Rafał, który sam tak często ironizuje na temat oświeceniowych racjonalistów, wierzy, że w historii zawsze bywają jakieś racjonalne rozwiązania. Śmiem twierdzić, że w 1939 roku Beck wybrał trafnie. Owo słowo „trafnie” nie oznacza faktu, że doczekał się brytyjskich niszczycieli na Bałtyku czy armii generała Maurice'a Gamelina ruszającej zza linii Maginota na Niemcy. Oczywiście się nie doczekał. I być może z tego powodu przeżył rozczarowanie. Ale intuicja, że wybór po stronie państw występujących przeciw barbarzyństwu Hitlera będzie choć szczątkowym argumentem na rzecz statusu Polski po wojnie, była trafna. Gdybyśmy poszli z Hitlerem – i tak stracilibyśmy w razie wygranej ZSRR Kresy. A z racji, że walczyliśmy z III Rzeszą, Stalin przynajmniej czuł się zmuszony do wynagrodzenia nas Pomorzem Zachodnim, Dolnym Śląskiem i sporą częścią Warmii i Mazur. Co więcej, choć historia zakpiła z nas i za swe cierpienia z rąk Niemców zostaliśmy ukarani podległością wobec sowieckiej tyranii, to poczucie dumy z tego, że wystąpiliśmy zbrojnie zarówno wobec swastyki, jak i sierpa i młota, dawało nam poczucie godności, które pobrzmiewało w kolejnych polskich protestach – 1956, 1968, 1970 i 1980 roku. Co można powiedzieć na temat nadskakiwania Hitlerowi? Dziś ta polityka wydaje się oczywiście żałosna, bo wiemy, jak by się skończyła. Ale warto przypomnieć, że układ polsko-niemiecki z 1934 roku spowodował krótkotrwałe wyciszenie antypolskiej propagandy, w której celowała Republika Weimarska. I znów Ziemkiewicz jest bardzo surowy w ocenie ukłonów Warszawy wobec Berlina w latach 1934 – 1938, ale nie zadaje sobie pytania, ile upokorzeń musielibyśmy przełknąć, i to upokorzeń nieporównywalnie boleśniejszych, gdybyśmy się związali z Hitlerem jakimś sojuszem po oddaniu Gdańska i być może Górnego Śląska. Choć oczywiście zarzut, że prowadziliśmy politykę mocarstwową, mocarstwem nie będąc, na pewno warto podnosić. Podejrzewam jednak, że – jak to często bywa – mocarstwowy ton bardziej przykrywał przerażenie wynikające z narastającej niekorzystnej koniunktury dla Polski w latach 30., niż był wynikiem czystej politycznej głupoty. Być może były inne sposoby, aby zmobilizować Polaków wobec groźby wojny. Być może sugerowanie, że nie oddamy ani guzika było tromtadracją. Ale politycy, także i ci na najwyższych stanowiskach, są tylko ludźmi. Często świadomość, że ich kraj zmierza do historycznego potrzasku, odreagowują pychą, pozowaniem na silniejszych, niż są w istocie, a wreszcie patosem. Dlatego Becka nie bronię jako człowieka, ale jako statystę dziejów, którego historia dopadła w chwili, gdy dla niepodległości Polski w Europie przestało starczać miejsca. Mimo wszystko wolę ten kulawy tragizm od lepkiej aury rozliczeniowej dyskusji w Rumunii czy Węgrzech, gdzie prawicowi historycy udowadniają na tysiąc sposobów, iż nie było innego wyjścia jak schylanie karku przed Hitlerem. A to, że godzina historycznej próby dopadła akurat Józefa Becka, jest kwestią przypadku. Rafał lekkim piórem pisze o wodzach, którzy – „rzuciwszy żołnierzy na nieuniknioną rzeź” – sami dożyli spokojnie żywota na emigracji. Oj, gorzka to była wygnańcza dola. Rydz-Śmigły emigrację porzucił i wrócił do okupowanego kraju, by pod pseudonimem odpokutować za zaleszczycką ucieczkę. Beck zmarł wśród chorób i nędzy w Rumunii w 1944 roku. Mościcki przeżył go o dwa lata, umierając samotnie w Szwajcarii. Jeśli to mają być przykłady spokojnego żywotu na emigracji, to odpowiem tylko, że nie życzę nikomu takiego kresu życia. Czy Beck potrzebuje dzisiaj politycznej i publicznej rehabilitacji? Nie chcę wchodzić w tę dyskusję. Myślę, że są inni, znacznie bardziej godni propagowania bohaterowie. Ale kreowanie dziś szefa polskiej przedwojennej dyplomacji na oszalałego despotę pokroju Hitlera, który swój naród wysłał na całopalny stos wojny, to coś, co mnie z kolei „poraziło i przeraziło”.

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL