fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wywiady i rozmowy

Rację mają i Polacy, i Niemcy

Fotorzepa
Polsko-niemiecka dyskusja sprowadza się do sporu o zawłaszczanie pamięci. Moim zdaniem nie przyczynia się ona do wzajemnego zrozumienia. Zaogniła atmosferę i nic więcej – przekonuje historyk w rozmowie z Piotrem Jendroszczykiem
[b]Rz: „My, berlińczycy!” – taki tytuł nosi pana wystawa w Ephraim-Palais i Märkisches Museum. Czy chce pan pokazać historię polskiego osadnictwa w Berlinie czy coś więcej?[/b]
[wyimek]Nie podzielam poglądu, że większość Niemców stara się relatywizować odpowiedzialność za drugą wojnę światową[/wyimek] [b]Robert Traba:[/b] Jest to opowieść o Polakach w Berlinie na tle 300-letnich relacji polsko-niemieckich. Losy Polaków w Berlinie w przeszłości uzależnione były od stanu stosunków politycznych pomiędzy naszymi krajami. To wyróżnia berlińczyków od naszych rodaków, którzy osiedlali się w Paryżu, Londynie czy Chicago. Pomysł powstał przed trzema laty w trudnym momencie dialogu polsko-niemieckiego. Chodzi mi o pokazanie rzeczy trudnych, które mimo nawarstwienia narodowych tradycji i pamięci mogą tworzyć przestrzeń dialogu.
[b]Zrywa pan z dotychczasowym kanonem przedstawiania relacji polsko-niemieckich poprzez katastrofę wojenną i okupację. Czy nie odciąża pan w ten sposób Niemców od pamięci historycznej?[/b] Te elementy są obecne, ale widziane z szerszej i dłuższej perspektywy historycznej. Pozwala to na lepszy ogląd historii. Są dwie sceny na wystawie, które bezpośrednio nawiązują do tragedii II wojny światowej: „Zwodnicze preludium tragedii” i „Katastrofa”. Pierwsza opowiada okres międzywojenny. Symbolizuje ją sześcioro zamkniętych drzwi. Otwierając je, trafiamy na fenomeny polsko-niemieckiego sąsiedztwa: konflikty graniczne, powstanie polskiego przedstawicielstwa dyplomatycznego, tzw. pakt o nieagresji z 1934 roku, rozkwit kultury polskiej w Berlinie. Za wszystkimi drzwiami jest ściana. Tylko jedne są otwarte. Te, które wiodą do katastrofy II wojny światowej i eksterminacji Polaków. [b]Te wydarzenia nie są jednak osią wystawy. Nie obawia się pan, że taka konstrukcja prowadzi do relatywizacji największej katastrofy w dziejach polsko-niemieckich?[/b] Tak nie jest. Katastrofa wojenna rozgrywa się w Berlinie w innym wymiarze niż w Polsce: w postaci losów robotników przymusowych, polskiego ruchu oporu czy akcie zdobycia Berlina z udziałem polskiej armii. Został także przedstawiony okres wcześniejszy. Nie brakuje pruskiej polityki Bismarcka wobec Polaków, kulturkampfu i wielu podobnych zdarzeń. Pan się obawia relatywizacji, a ja się obawiam zawężenia perspektywy opowieści. Skoro będziemy opowiadali historię Berlina tylko poprzez wojnę, to na koniec pozostaniemy bez odpowiedzi z pytaniem: To dlaczego 100 tysięcy Polaków chce mieszkać w tym mieście? [b]Do kogo kieruje pan wystawę, Polaków czy Niemców? [/b] Przede wszystkim do Niemców. Dlatego naszą opowieść zbudowaliśmy wokół znanych niemieckich miejsc pamięci: Reichstagu czy kancelarii Rzeszy. Wszyscy je znają, ale nie wiedzą, że wiążą się z historią Radziwiłłów i Raczyńskich. Z historią polskiego salonu, muzyką do „Fausta” Goethego napisaną przez Antoniego Radziwiłła czy pierwszym podręcznikiem sztuki niemieckiej napisanym po francusku przez Atanazego Raczyńskiego. Nie obawiamy się grać stereotypami, np. pięknej Polki, polnischer Reichstag (synonim chaosu) czy polnische Witrtschaft (synonim niegospodarności). Chodzi o uświadomienie, jak zgubne są takie uproszczenia. Za nimi jest różnorodna rzeczywistość. Na ulicach słychać język polski, polska kultura współtworzy wizerunek Berlina jako wielokulturowej metropolii. Zauważalna jest obecność polskiego teatru i muzyki. Dwaj pierwsi koncertmistrze w Deutsche Oper i wśród Berlińskich Filharmoników to Polacy. Dyrygentem orkiestry symfonicznej radia także jest Polak. [b]Otwiera pan wystawę, w chwili gdy jesteśmy świadkami nowej edycji polsko-niemieckiego sporu o pamięć. Czy to zmienia jej wydźwięk?[/b] To przypadek. Tworząc wystawę, nie miałem pojęcia, że w marcu 2009 roku dojdzie do takiego zderzenia emocji. Mam nadzieję, że wyrasta ona poza nie i że jej przesłaniem jest twierdzenie, że o historii można rozmawiać inaczej. Nie chodzi o przekazanie Niemcom mnóstwa nowych faktów, ale o rozbudzenie zainteresowania Polską. Wystawa nosi tytuł „My, berlińczycy!”, żeby przez obcość językową dotrzeć do „inności” polskich sąsiadów. Bądźmy sobą. Opowiadajmy historię inaczej, nie zawłaszczając dla siebie prawa do prawdy absolutnej. [b]Polsko-niemiecki dyskurs historyczny ostatnich lat zdominowała tematyka przymusowych wysiedleń. Pana wystawa to pomija. Dlaczego?[/b] Bierze udział w tym dyskursie w inny sposób. Polsko-niemiecka dyskusja sprowadza się do sporu o zawłaszczanie pamięci. Moim zdaniem konieczne jest spojrzenie głębiej, gdyż obecna debata nie przyczynia się w żadnym stopniu do wzajemnego zrozumienia. Zaogniła atmosferę i nic więcej. A o historii warto rozmawiać bez nachalnej konkurencji i udowadniania, kto ma monopol na prawdę. Nie jest to niemożliwe, o czym może świadczyć przykład Polsko-Niemieckiej Komisji Podręcznikowej pracującej nad wspólnym podręcznikiem szkolnym. Nie zauważam tam podziału na Polaków i Niemców. Podobnie było z apelem z Gerolstein Hansa Henniga Hahna, pod którym podpisało się kilka lat temu ponad 200 historyków, polityków i dziennikarzy obu krajów, protestując przeciwko formule dyskusji zaproponowanej przez Erikę Steinbach. Nie rozumiem, dlaczego to wszystko się lekceważy i dopasowuje do schematu: rację mamy my, Polacy, albo oni, Niemcy. [b]Czy pana zdaniem w niemieckiej pamięci nastąpiły przemiany, które mogą zaniepokoić Polaków?[/b] Nie podzielam poglądu prezentowanego często w Polsce, że większość społeczeństwa niemieckiego stara się relatywizować odpowiedzialność za II wojnę światową. Chodzi raczej o wzbogacanie narracji historycznej o wątki, o których nie zawsze mówiło się otwarcie. To naturalne zjawisko. Reinterpretacja nie musi oznaczać zakłamania. W końcu każda generacja podejmuje wysiłek własnego pisania historii. Żyjemy w epoce, gdy wymierają świadkowie tamtych wydarzeń. Zmiana pokoleniowa wyzwala dodatkowe ładunki emocji. Tak tłumaczę całe zamieszanie wokół „wypędzonych”. Naszym zadaniem powinna być racjonalizacja opowieści historycznej na ten temat. Historii cierpień i indywidualnych tragedii nie trzeba koniecznie pozbawiać emocjonalnego opisu. Jest on wręcz konieczny, by zrozumieć sytuację ofiary. Nie można jednak tracić z horyzontu kontekstu wydarzeń. Na poziomie psychologicznym wygnanie z domu rodzinnego jest odczuwalne tak samo przez Polaków, Niemców, Ukraińców, Żydów czy Rosjan. Ważny jest jednak kontekst historyczny. Uświadomienie sobie przyczyn i skutków tych zjawisk. W tym drugim wypadku nie ma czegoś takiego jak wspólnota losów Polaków i Niemców. Jesteśmy w środku procesu pokoleniowej zmiany pamięci, również w Polsce. Nie wiadomo jeszcze, jakie miejsce w niemieckiej pamięci zbiorowej zajmą Holokaust, okres nazistowski, II wojna światowa, alianckie bombardowania i przymusowe wysiedlenia. Mimo to nie widzę podstaw do twierdzenia, że istnieje niebezpieczeństwo odrzucenia przez Niemców odpowiedzialności za drugą wojnę, zbrodnie i Holokaust. [i]Robert Traba jest historykiem, dyrektorem Centrum Badań Historycznych PAN w Berlinie[/i] [i]Wystawę przygotowało Centrum Badań Historycznych Polskiej Akademii Nauk w Berlinie we współpracy ze Stiftung Stadtmuseum w Berlinie i Muzeum Narodowym w Poznaniu, koncepcja wystawiennicza: PTASIA 30.[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA