Konflikty zbrojne

Tatarzy krymscy nie uwierzyli w rosyjskie obietnice

Ponad 90 proc. tatarskich mieszkańców Krymu odmówiło wzięcia udziału w plebiscycie, którego legalności nie uznał ?ich Medżlis.
Krymscy Tatarzy, stanowiący kilkanaście procent ludności półwyspu, od czasu ogłoszenia przez prorosyjskie władze krymskie decyzji o rozpisaniu referendum na temat przyłączenia półwyspu do Rosji byli mu przeciwni.
– Nadal uznajemy, że Krym jest częścią Ukrainy, dlatego z naszego punktu widzenia referendum nie miało wystarczającej podstawy prawnej - mówi „Rz" Nariman Dżeljałow, wiceprzewodniczący Medżlisu (tatarskiego parlamentu). Większość Tatarów krymskich posłuchała wezwania Medżlisu, chociaż zdaje sobie sprawę, że bojkot nie zmieni wyniku. Medżlis stoi na stanowisku, że skoro decyzja o rozpisaniu referendum była nielegalna, to nie mogą być wiążące także jego rezultaty. – Zdecydowana większość naszych ludzi – myślę, że nawet powyżej 90 proc. – zbojkotowała referendum – mówi Dżeljałow.
Część Tatarów, zwłaszcza żyjących wśród rosyjskojęzycznej większości, uległa jednak presji i poszła do urn. Pewna pracownica szpitala w Symferopolu powiedziała ukraińskim dziennikarzom (prosząc o zachowanie anonimowości), że przed referendum odwiedził ją w miejscu pracy urzędnik miejski, sugerując, że powinna pojawić się w lokalu wyborczym „dla własnego dobra". Kobieta uległa, obawiając się zwolnienia z pracy i innych szykan. Przedstawiciele organizacji tatarskich potwierdzają „Rz", że taka sytuacja nie była wyjątkiem. Naciski odczuwały przede wszystkim osoby zatrudnione w instytucjach państwowych kontrolowanych przez nowe prorosyjskie władze Krymu. Jedna z nauczycielek języka tatarskiego oświadczyła, że mimo namów nie podpisała listu poparcia dla przyłączenia Krymu do Rosji, który podpisywali nauczyciele w jej szkole. Szczególnie niską frekwencję odnotowano w dużych skupiskach tatarskich, takich jak Bakczysaraj albo Biełogorsk. Działacze tatarscy zwracają uwagę, że prorosyjscy „aktywiści samorządowi" próbowali poprawiać wyniki. Na przykład nikt nie potrafił wyjaśnić, dlaczego w osiedlu Kamienka na przedmieściu Symferopola otwarto jednocześnie dwie komisje wyborcze. W wielu miejscach posługiwano się starymi i nieaktualnymi już spisami wyborców z lat 90. Szczególnie podejrzane było zaś tworzenie „list uzupełniających", na które wpisywano wszystkie zgłaszające się osoby na podstawie deklaracji zamieszkania, bez jakiejkolwiek weryfikacji danych. W ten sposób na listach znalazły się osoby, które nigdy na Krymie nie mieszkały. Co więcej – jak wykazała dziennikarska prowokacja – jedna osoba mogła zapisać się na wiele list. Tatarów nie przekonały propozycje znaczącego zwiększenia pomocy Rosji dla mniejszości, a nawet wyasygnowania ponad 20 mln dolarów na repatriację części narodu, która od czasu stalinowskich wysiedleń wciąż jeszcze żyje w Uzbekistanie. – Propozycje takie przyjmujemy oczywiście pozytywnie, jednak na razie potraktowaliśmy je tylko jako element zachęt wyborczych – mówi Dżeljałow. – Nasze doświadczenia każą nam zachować ostrożność i zawsze sprawdzać, czy deklaracje są warte więcej niż papier, na którym je spisano. Oczywiście, jeśli przyjdzie nam żyć jako obywatele Rosji, to będziemy przypominać o tych obietnicach.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL