fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Zadania

Gminy same zdecydują czy uwzględnić mapy przeciwpowodziowe w dokumentach planistycznych

123RF
Gminy same zdecydują, czy uwzględnić mapy przeciwpowodziowe w swoich dokumentach planistycznych, czy nie.

We wtorek w sejmowej Komisji Ochrony Środowiska odbyło się pierwsze czytanie projektu nowelizacji prawa wodnego. Posłowie PiS proponują, by to same gminy decydowały, czy chcą wprowadzać do studiów kierunków zagospodarowania przestrzennego oraz do miejscowych planów zapisy z map przeciwpowodziowych, czy nie. Zdania ekspertów co do propozycji PiS są podzielone.

Różnica zdań

Zdaniem części prawników to nie jest dobry pomysł. Dalej bowiem będzie się budowało na terenach zalewowych.

– To zła propozycja. Co jakiś czas w Polsce dochodzi do powodzi, które powodują miliardowe straty. Skutki są często tragiczne, giną ludzie, rodziny tracą dorobek całego życia – mówi urbanista Adam Kowalewski, członek Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Budowlanego

Według niego nie powinno się w ogóle budować na terenach szczególnie zagrożonych powodzią.

– Brak obowiązku uwzględniania map przeciwpowodziowych w studium i miejscowych planach może prowadzić do tego, że nowe domy będą tam nadal powstawać – mówi.

Inaczej myśli radca prawny Przemysław Kastyak, partner w Kancelarii Magnusson.

– Zmiana ta nie zlikwiduje obowiązującego zakazu zabudowy na terenach szczególnego zagrożenia powodzią – tłumaczy Kastyak. – Na takich obszarach nadal można będzie budować wyłącznie po uzyskaniu decyzji zwalniającej z tego zakazu wydanej przez dyrektora regionalnego zarządu gospodarki wodnej.

Nie dla wszystkich tego typu zgoda jest wystarczającą ochroną przed zabudową na terenach zalewowych.

– To, że na inwestowanie na tego typu terenach trzeba mieć zgodę dyrektora regionalnego zarządu gospodarki wodnej, nie wystarcza – uważa Adam Kowalewski.

– Prawo przewiduje odstępstwa od zakazu budowania i takie „wyjątkowe" uznaje się, są bowiem uznaniowe, a ustawa nie określa kryteriów ich wydawania – tłumaczy Adam Kowalewski.

Podobnie uważają same gminy.

– Przez to, że ta zgoda jest uznaniowa, tracimy wpływ na to, co się na danym terenie buduje. – wyjaśnia Wiesław Bielawski wiceprezydent Gdańska. – Poza tym na terenach zalewowych na całym świecie się buduje. Trzeba tylko wprowadzić odpowiednie zabezpieczenia przed powodziami albo zastosować odpowiednie technologie budowy domów, np. tak jest w Hamburgu.

Niekonstytucyjny nakaz

Obecnie prawo nie pozostawia im wyboru i nakazuje gminom, by mapy uwzględnić w planach do kwietnia 2018 r.

Gminy ostro protestują. Okazuje się bowiem, że mapy obejmują także tereny, które do tej pory nie były zalewowe. Gminy nie będą więc chciały brać ich pod uwagę, bo to grozi paraliżem inwestycyjnym, a poza tym sporo kosztuje.

– Z map przeciwpowodziowych Gdańska wynika, że wodą od strony Bałtyku raz na 100 lat zagrożona jest cała Stocznia Gdańska, historyczna dzielnica Wolne Miasto, tereny postoczniowe, tzw. Młode Miasto, na którego terenie ostatnio wybudowano Europejskie Centrum Solidarności, a teraz powstaje Muzeum II Wojny Światowej – mówi Wiesław Bielawski. – Problem w tym, że te tereny nigdy nie były zalewowe. Zwróciliśmy się do ministra ochrony środowiska, by zaktualizował mapy. Uwzględnimy je pod warunkiem, że zostaną zmienione. Jeżeli tego nie zrobi, idziemy do Trybunału Konstytucyjnego.

etap legislacyjny: przed drugim czytaniem

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA