fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wywiady

Ryzykowna dysproporcja

Nie narzekajmy na brak offsetu, ale współpracy z firmami z USA – mówi Andrzej Kiński, szef magazynu „Wojsko i Technika".

Kupujemy sporo broni z USA, ostatnio samoloty F-35. Jak to się przekłada na współpracę obu przemysłów obronnych?

Z naszego punktu widzenia nie wygląda to najlepiej. Korzyści odnosi głównie przemysł amerykański. Doświadczenia z offsetem od firm z USA nie są najlepsze. Wystarczy wspomnieć program F-16. Ideą offsetu było to, że będziemy przejmować technologie, które dadzą naszemu przemysłowi obronnemu impuls rozwojowy. Owszem, takie projekty były realizowane, np. w zakładach Mesko czy w Dezamecie, ale transfer technologii pochodził z firmy skandynawskiej. W przypadku niektórych typów amunicji był to zastrzyk nowych technologii. Obecnie podkreśla się wagę współpracy z firmami z USA. Projekty realizowane są na zasadzie biznesowej, a nie poprzez offset. Przykładem jest program Wisła. Chodzi np. o opracowanie i zakup w PIT-Radwar anten do systemu IFF. To też routery i inne urządzenia elektroniczne, które dostarcza bydgoski Teldat. To ulokowanie w Hucie Stalowa Wola zlecenia na wykonanie wyrzutni pocisków rakietowych M903. Być może będą też tam produkowali wyrzutnie dla innych odbiorców. To jednak de facto drobne projekty, nierozszerzające kompetencji produkcyjnych polskich firm. Dlatego szybko mogły zostać zrealizowane. Z punktu widzenia procedur współpracy, obsługi prawnej i standardów produkcji te kontakty z firmami amerykańskimi są cenne. Pozwalają przetrzeć szlaki.

Może nie jesteśmy w stanie zaproponować Amerykanom niczego interesującego?

Jeśli chodzi o program F-35, mimo że były takie propozycje dla polskiego rządu, nie dołączyliśmy do niego na etapie, kiedy dzielono zlecenia między producentów, a jest ich kilkudziesięciu w kilkunastu państwach. Kiedy zdecydowaliśmy o zakupie sprzętu, nie było już dla nas miejsca. To nie jest tak, że ktoś buduje nam wszystko od podstaw, a potem kupuje wyroby. To wymaga od naszych firm inwestycji. Tam, gdzie byłyby konieczne inwestycje w infrastrukturę, szkolenia ludzi i urządzenia, polska strona musiałaby ponieść koszty. Wydatki w związku z produkcją rakiet do systemu Himars by szły w miliardy złotych.

Gdy się kupuje sprzęt wojskowy z offsetem, jest droższy. Może niepotrzebnie narzekamy?

Nie powinniśmy narzekać, że nie ma offsetu, ale że nie ma współpracy. Taka współpraca jest potrzebna, a firmy amerykańskie potrzebują dywersyfikacji dostaw. W produkcji uzbrojenia kooperanci są im potrzebni. Realizować to mogą tylko firmy w odpowiedniej kondycji finansowej lub liczące na wsparcie Skarbu Państwa. Kiedy zbudujemy minimalny poziom, możemy myśleć o wdrażaniu nowych rozwiązań. Dobrym przykładem jest Mesko, które od jesieni realizuje program inwestycyjny. Rząd przeznaczył 400 mln zł na modernizację zakładów, głównie budowę zdolności produkcyjnych komponentów amunicji. Jeżeli te projekty przyniosą efekt, łatwiej będzie rozmawiać z zagranicznymi firmami o produkcji nowoczesnej amunicji artyleryjskiej, rakietowej czy pocisków kierowanych.

Czy Polska nie popełnia strategicznego błędu? Zbytnio opieramy się na dostawach broni amerykańskiej. Niewiele sprzętu europejskiego, a te firmy chcą współpracować z polskim przemysłem obronnym.

To ryzykowna dysproporcja. W wielu państwach się to dywersyfikuje, myśląc o korzyściach dla lokalnego przemysłu. W Europie na poziomie firmy można podjąć decyzję o transferze technologii. Jest to znacznie prostsze niż w USA, gdzie transfer technologii wymaga zgody na poziomie administracji federalnej. Sztandarowy przykład europejskiej współpracy i sukcesu naszego przemysłu to Rosomak. Również zakup pocisku kierowanego Spike zaowocował wdrożeniem wielu jego elementów do produkcji w Polsce.

Gospodarka spowolniła, pieniędzy w budżecie będzie mało. Spodziewa się pan, że zakupy sprzętu dla polskiego wojska zostaną ograniczone?

Pieniędzy nie będzie mało, ale mniej. Budżet MON z roku na rok rośnie. PKB w ostatnich latach rósł, w 2020 r. możemy o tym zapomnieć. Druga kwestia to udział budżetu obronnego w PKB, który systematycznie wzrasta z 2 do 2,5 proc. Środki będą mniejsze, ale to nie będzie kwestia rezygnacji z zakupów. Raczej nastąpi rozciągnięcie ich w czasie. Trudno mówić, o jakie projekty może chodzić, ale to np. kwestia kolejnego etapu programu Wisła. W okresie kryzysowym szczególną uwagę MON powinien poświęcać zakupom w naszym przemyśle. Ostatnie tygodnie pokazują, że takich kontraktów jest wiele. Niektóre mają charakter interwencyjny, bo nie były planowane i służą temu, żeby podnieść poziom bezpieczeństwa finansowego kluczowych dla naszej obronności zakładów. To bardzo dobry kierunek.

Z drugiej strony skala potrzeb naszych sił zbrojnych jest bardzo duża. Nie możemy liczyć na to, że wszystko dostarczy nasz przemysł. Zadaniem specjalistów MON jest określenie kierunków, które są krytyczne, i nie obniżać tam finansowania. A także powiedzieć głośno, z czego możemy zrezygnować bądź które zakupy opóźnić.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA