„PKB wzrósł aż o 11 proc.!" – wykrzyknie radośnie entuzjasta. „Kryzys minął, mamy fantastyczne odbicie w gospodarce!" A po chwili z dumą doda, że takiego tempa wzrostu produkcji nie odnotowaliśmy jeszcze nigdy w historii, przynajmniej od czasu, kiedy GUS zaczął w ogóle mierzyć kwartalny wzrost PKB (a było to w połowie lat 90. ubiegłego wieku). Co słysząc, pan premier zapewne tylko skromnie pochyli głowę. Bo przecież nasz rząd sam się chwalić nie lubi, no ale skoro liczby mówią same za siebie...

Prawda jest nieco mniej optymistyczna, a podane przez GUS liczby wcale nie wyglądają aż tak różowo, jak to się na pierwszy rzut oka wydaje. Gospodarka wciąż znajduje się w szarej strefie pogranicza recesji, a perspektywy prawdziwego wzrostu wcale nie są pewne.

Po pierwsze, wzrost PKB wygląda tak wspaniale głównie z powodu efektu niskiej bazy (o tym, że tak będzie, pisałem przed rokiem). Ponieważ odnosimy obecny poziom produkcji do poziomu sprzed roku, trafiamy tam akurat na straszliwe załamanie spowodowane pierwszym lockdownem. A więc owo 11 proc. wzrostu przede wszystkim mówi o tym, że jest dobrze, ale tylko w porównaniu z zeszłoroczną katastrofą... co oczywiście jest optymistyczne, bo pokazuje, że gospodarka poradziła sobie z trzecim lockdownem zdecydowanie lepiej niż z pierwszym. Ale jednocześnie ta liczba, po uwzględnieniu spadku w ubiegłym roku, pokazuje, że nasz PKB jest dziś tylko minimalnie wyższy niż był w końcu roku 2019 (wyliczenie to jest możliwe dzięki wykorzystaniu tzw. wyrównanych sezonowo danych GUS).

Po drugie, koniunktura gospodarcza jest bardzo nierówna, dla jednych dobra, dla innych fatalna. Dzięki świetnym wynikom eksportu produkcja przemysłu jest rzeczywiście o wiele wyższa niż przed pandemią. Ale w pozostałych sektorach gospodarki jest znacznie gorzej, a w części usług wciąż mamy katastrofę.

Po trzecie, odbudowę poziomu PKB sprzed pandemii zawdzięczamy właściwie wyłącznie wyższej konsumpcji, po części sfinansowanej wzrostem zadłużenia państwa. Natomiast w inwestycjach mamy w dalszym ciągu prawdziwą zapaść. Ich poziom jest o 10 proc. niższy, niż był w końcu roku 2019 (niezły wynik odnotowany w I kwartale okazał się tylko czasową poprawą). Dla przypomnienia: w latach 2016–2019 stopa inwestycji utrzymywała się na poziomie najniższym od ćwierćwiecza, a w roku 2020 silnie spadła (i nic dziwnego). Ale obecnie jest jeszcze niższa, niż w roku 2020! A bez inwestycji nie ma trwałego wzrostu.

Nie najlepsze wyniki II kwartału nie przekreślają oczywiście nadziei na prawdziwe (a nie tylko statystyczne) odbicie w drugiej połowie roku. Chyba że niezaszczepiona połowa Polaków wytrwa w swym szczytnym oporze i wygeneruje nam nowy lockdown, inflacja nadal będzie przyspieszać, pożerając realne dochody, rząd mocno dociśnie podatkami firmy, żeby znaleźć pieniądze na kolejne transfery socjalne, a prawdziwi patrioci przekonają nas, że w imię walki z wrażą Brukselą warto zrezygnować z brudnych unijnych pieniędzy. Cóż, widzieliśmy już, że w roku 2021 wszystko jest możliwe.

Witold M. Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce, Akademia Finansów i Biznesu Vistula