Inflacja skoczyła w sierpniu do 5,4 proc. (licząc rok do roku), najwyżej od 2001 r. Oczywiście można po części winić za to pandemię, która sprawiła np., że ropa w czasie lockdownego bezruchu mocno staniała, a gdy gospodarka zaczęła wychodzić z dołka, ceny paliw wystrzeliły, w sierpniu o 28 proc. (rok do roku). Ale nie wszystko da się tak uzasadnić.

Zdaniem wielu ekonomistów inflacja wróciła do zwyżkowego trendu zapoczątkowanego na początku 2020 r. jeszcze przed Covidem. Sięgała wtedy 4,3-4,7 proc. Napędzała ją nie pandemia, ale luźna polityka monetarna prowadzona przez Radę Polityki Pieniężnej.

Ustawa o polskim banku centralnym mówi, że "podstawowym celem działalności NBP jest utrzymanie stabilnego poziomu cen, przy jednoczesnym wspieraniu polityki gospodarczej Rządu, o ile nie ogranicza to podstawowego celu NBP". RPP sama to dawno temu zinterpretowała jako cel inflacyjny na poziomie 2,5 proc. z dopuszczalną tymczasową odchyłką +/- 1 pkt proc. Niestety nie trafia weń. Najwyraźniej zapomniała pierwszej część przepisu ustawy o NBP i wraz ze swym szefem karmi nas co miesiąc zapewnieniami, że wszystko jest pod kontrola i inflacja kiedyś spadnie.

Wskazuje przy tym, że np. na rosnące ceny paliw i żywności polityka pieniężna nie ma wpływu. I to akurat prawda: RPP nie odpowiada za decyzje szejków z OPEC czy nieurodzaje zbóż. Dlatego miarę jej skuteczności jest tzw. inflacja bazowa, która nie uwzględnia tych bardzo zmiennych składników. I właśnie ta miara inflacji skoczyła u nas w sierpniu do nieakceptowanego poziomu 3,9 proc. Dlaczego?

RPP ma poprzez wyznaczane przez siebie stopy procentowe NBP wpływ na cenę pieniądza. Mimo wzrostu inflacji konsekwentnie trzyma je na poziomie zbliżonym do zera. W efekcie posiadacze oszczędności pozbawiani są części ich wartości (od sierpnia ub.r. ponad 1/20). Nie dość, że tracą motywację do oszczędzania, to rosnące ceny różnych dóbr skłaniają ich do przyspieszenia zakupów towarów trwałego użytku. Zwiększony popyt przy podaży ograniczonej w wyniku pandemicznych turbulencji powoduje przyspieszenie wzrostu cen. Wyższa inflacja niszczy też siłę nabywczą wynagrodzeń, co zachęca pracowników do rewidykacji płacowych. Wzrost płac powoduje wzrost kosztów w firmach i staje się motywacją do podwyżek cen.

Nie my jedni mamy problem z inflacją. Tyle, że widząc ją na poziomie ponad 3 proc. w Czechach i romansującą z 5 proc. na Węgrzech władze monetarne w Pradze i Budapeszcie już kilkakrotnie podnosiły stopy procentowe. Nasi sąsiedzi efekty zobaczą za sześć do dziewięciu miesięcy, tak długi jest horyzont oddziaływania polityki pieniężnej.

U nas RPP ponoć czeka z decyzją na najnowszą projekcję inflacyjną NBP, która ma się pojawić w listopadzie. To wygodny pretekst do nicnierobienia. Rada mogłaby już dawno choć minimalnie podnieść stopy, dając sygnał, że jest zdolna do podjęcia walki z inflacją, mimo zapewnień sprzed miesięcy, że nie ruszy ich do końca kadencji w 2022. Kiedyś prezes rządzącej partii obiecywał nam przecież Budapeszt w Warszawie. Czekam na spełnienie tej obietnicy w polityce monetarnej. Bo w inflacji już się spełniła, i to z naddatkiem.