Przychodzili nagle. Najczęściej nocą, tuż przed świtem, mimo zamkniętych drzwi. Siadali obok łóżka i zaczynali szeptać do ucha. Ich obecność mogła być brana za odmianę snu, za tę jego fazę, która wydarza się wciąż w naszej głowie mimo otwartych oczu. Ale tylko na początku można się było tak pomylić. Bo i może przychodzili przed świtem, ale nie odchodzili w ciągu dnia. Wystarczyło się na chwilę zatrzymać, przysiąść na ławce, zapatrzeć, a on znowu się odzywał. Towarzysz, nie sługa. To raczej ty jemu służyłeś, wykorzystywał cię do swoich celów. A kiedy przestawałeś mu być potrzebny – odchodził. Ale to się nie zdarzało zbyt często. Byli zbyt ambitni, za wysoko wieszali przed tobą poprzeczkę. Mogli się najwyżej co do ciebie rozczarować, ale to też przychodziło im z trudem. Byli uparci, nieustępliwi. Byli też wolni, dlatego niewiele sobie robili z tego, czym ludzie zazwyczaj się zamartwiają. Tacy już byli geniusze, zanim nie zamknięto ich w więzieniach.