Trafił pan do Ministerstwa Sprawiedliwości jako sędzia sądów powszechnych. Konkretnie jako sędzia Sądu Okręgowego w Lublinie. Przejął pan urzędowanie po ministrze Jacku Czai, który odszedł z Ministerstwa Sprawiedliwości, bo chciał orzekać w Naczelnym Sądzie Administracyjnym. A to było jego zdaniem nie do pogodzenia.
Tak. To prawda. Jednak przyszedłem delegowany z sądu powszechnego wcześniej, bo już w 2008 r. Zostałem zastępcą dyrektora Departamentu Sądów Powszechnych w Ministerstwie Sprawiedliwości. Odpowiadałem między innymi za organizację sądów powszechnych i wszelkie sprawy związane z ich działalnością.
Czytaj także:
Sędzia w resorcie tak, ale nie ten z NSA
Kaleta: Anna Dalkowska pozostanie na stanowisku w MS
Co było dalej?
W marcu 2011 r. zostałem wiceministrem sprawiedliwości w miejsce Jacka Czai, który jako sędzia Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego został delegowany do orzekania w Naczelnym Sądzie Administracyjnym i odszedł z Ministerstwa Sprawiedliwości. Chciał zająć się tylko i wyłącznie orzekaniem.
A jak było z pana karierą w sądownictwie administracyjnym?
Już po tym, jak zostałem wiceministrem sprawiedliwości, zostałem powołany na stanowisko sędziego Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Lublinie. Objąłem to stanowisko i zostałem delegowany przez prezesa Naczelnego Sądu Administracyjnego do Ministerstwa Sprawiedliwości w celu dalszego pełnienia funkcji wiceministra sprawiedliwości.
Podejmował pan wiele czynności jako wiceminister sprawiedliwości?
Wiceministrem sprawiedliwości byłem przez półtora roku, a więc z natury rzeczy tych czynności było bardzo dużo. Między innymi doprowadziłem do końca prace nad zmianą ustawy – Prawo o ustroju sądów powszechnych, w której najważniejszym elementem było przemodelowanie nadzoru nad działalnością sądów powszechnych. Ministrowi sprawiedliwości pozostawiono tylko tzw. nadzór zewnętrzny, a nadzór mieli wykonywać przede wszystkim prezesi sądów, w tym najważniejsze czynności prezesi sądów apelacyjnych.
Niestety, z tego modelu nic obecnie nie zostało.