fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Tobolewski: 1001 aktów prawnych przed nami?

123RF
Z zainteresowaniem obserwuję zmiany w Polsce, w szczególności przepisów prawnych.

Nie mam oczywiście najmniejszych szans na przeczytanie – nie mówiąc o przestudiowaniu – nawet ich frakcji. Jeśli bowiem poważna firma Grant Thornton przewiduje, że w Polsce do końca 2015 r. zostanie wydanych 28 tys. stron aktów prawnych, to kto je w całości przeczyta?

Może nie ma też takiej potrzeby, bo są to statystyki wszystkich aktów prawnych, z których większość ma znaczenie tylko dla wąskiej, zainteresowanej nimi grupy. Jest jedno „ale". W wielu specjalistycznych aktach zmienia się, dodaje lub anuluje przepisy obowiązujące w innych. I tak, w przepisach o zmianie kodeksu cywilnego w sprawie przyjmowania spadków znowelizowano też przepisy kodeksu postępowania cywilnego, ale i ustaw: o postępowaniu egzekucyjnym w administracji, o funkcjach konsulów Rzeczypospolitej Polskiej oraz o kosztach sądowych w sprawach cywilnych. I jest to nagminna praktyka, a sitka do cedzenia, co jest interesujące dla czytelnika, nie ma.

Zbyt często też po uchwaleniu nowego aktu ze zmianami w piętnastu innych okazuje się, że należało zmienić przepisy również w szesnastym i siedemnastym, czego nie zauważono, i już jest pilna potrzeba wydania następnego, zmieniającego czy uzupełniającego poprzednio zmieniony główny akt, i tak aż do skutku. Co prawda papier wszystko zniesie, ale jak się to ma do ochrony drzew przerabianych na makulaturę? Często jeszcze przed wejściem w życie poprawek robi się poprawki do poprawek. W erze komputeryzacji nie powinno mieć to miejsca, ale jak ktoś powiedział, to diabeł wynalazł komputer lub – jak mówią komputerowcy: śmiecie na wejściu – śmiecie na wyjściu.

Transformacja Polski po 1989 r. była i dalej jest gwałtowna. To, o czym ludziom się nie śniło za PRL, jest dzisiaj faktem oczywistym. Młodzi ludzie nie mogą zrozumieć, co to były dewizy i co oznaczał aforyzm „ars longa vita brevis" (jak trudno żyć bez dewiz), za to doskonale znają problemy frankowiczów. Nie ma się co dziwić i wydziwiać, że nadgonienie kilkunastu lat zaległości nie jest ani proste, ani w krótkim czasie możliwe. Przy tym sytuacja polityczna i prawna zmienia się jak w kalejdoskopie, co widać jak na dłoni i co wiąże się z szybką interwencją ustawodawczą. Niestety, pośpiech jest dobry przy łapaniu pcheł.

Do końca też nie rozumiem, dlaczego łata się aktualne dziury w prawie, a nie obejmuje przepisów całościowo. Przecież z góry wiadomo, że za rok czy dwa trzeba je będzie zmienić. Czytam „Zielona Księga – Optymalna wizja Kodeksu cywilnego w Rzeczypospolitej Polskiej pod redakcją Zbigniewa Radwańskiego z 2006" i pomijając jej negatywny stosunek do ustroju, jaki w Polsce panował w 1964 r., stanowi ona dobrą podstawę do opracowania całościowego kodeksu cywilnego RP. Czy tylko ja to czytałem bądź czytam? Czytałem „Sprawozdanie z działalności Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Cywilnego w latach 2011–2015" i nie wiem dlaczego w ciągu tych dziewięciu lat od chwili wydrukowania „Zielonej Księgi..." poczyniono jedynie kilkanaście poprawek, przy okazji robiąc zresztą nowe błędy i wprowadzając zamieszanie. Ale większość członków Komisji zajmuje się sprawami zmian w kodeksie cywilnym incydentalnie. Nie wiem, czy którykolwiek z czternastu profesorów doktorów habilitowanych i „tylko" doktorów habilitowanych przestał wykładać na uczelniach, a trzech sędziów przestało sądzić. Podejrzewam, że nie i jeszcze bardziej niż w Trybunale Konstytucyjnym sądzeniem profesorowie komisji zajmują się najważniejszym aktem prawa cywilnego z doskoku. W nowej Komisji działającej od 2015 r. jest tak samo – profesorowie i sędziowie. Nie ma ani jednego adwokata czy radcy prawnego, który wniósłby bardzo dużo z własnej praktyki do zmian – zwłaszcza w postępowaniu cywilnym wynikającym z kodeksu cywilnego.

Zapowiedzi nowego rządu nie napawają w tej mierze optymizmem. Katalog przepisów prawnych „do zmiany" jest gruby jak encyklopedia. Zastrzeżenia budzi również zapowiedź ograniczenia ilości ustaw na rzecz delegacji do ustalania nowego prawa poprzez Radę Ministrów i ministrów. Urzędnicy, na których to spadnie, są i tak, moim zdaniem, przepracowani. A tu nowi ministrowie po naradach nakażą, by w trybie pilnym przygotować Bóg wie ile nowych rozporządzeń i zarządzeń. Wszystkie oczywiście na wczoraj. Czy to będzie prowadzić do podniesienia jakości aktów? Mogę się założyć, że nie.

Warto rozważyć wprowadzenie personalnej odpowiedzialności za zgłaszane poprawki przez poszczególne resorty. Nie myślę tu o odpowiedzialności służbowej lub jakiejkolwiek innej, ale o tym, żeby na każdym projekcie widoczny był jej autor. Nie dyrektor, tylko urzędnik, który będzie zmiany koordynował i nadzorował. Osoba, która będzie odpowiedzialna za to, by projekt w podróży po innych resortach i ciałach opiniodawczych nie stracił sensownych propozycji i by o ich wprowadzenie walczył jak o swoje. Jest przecież jasne, że pomysły i postanowienia istotne dla jednego resortu mogą nie znaleźć akceptacji u innych opiniodawców albo być uznane za niepotrzebne lub niezrozumiane.

Można więc nowej ekipie rządowej przypomnieć słowa Chrystusa: „Po czynach ich poznacie" – co według interpretatorów Ewangelii oznacza nie tylko same skutki, ale i metody działania.

Autor jest adwokatem, od 34 lat prowadzi kancelarię w Montrealu, e-mail: at@gagnetob.com

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA