fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Jak polscy oficerowie uciekli Niemcom

Zbiegowie i organizatorzy ucieczki z Dössel (od góry od lewej): Jan Zieleniewski, Wincenty Kawalec, Zygmunt Drzewiecki, Stefan Pronaszko, Bronisław Kowalczewski, Władysław Wasilewski.
Rzeczpospolita
We wrześniu 1943 r. z oflagu Dössel uciekło 47 polskich oficerów. Niestety, większość z nich schwytano i rozstrzelano. Niemal dokładnie rok później pozostałych jeńców zmasakrowała bomba zwana „czarną wdową".

Porucznik Jan Zieleniewski z trudem łapie oddech. Jest ciemno, duszno i klaustrofobicznie. Coraz bardziej dokucza mu także złamane podczas obozowego treningu żebro. No i jeszcze ten cholerny plecak, który musi pchać przed sobą. Prawie wszystkie pakunki przygotowane przez uciekinierów przeciągnięto wcześniej za pomocą liny do baraku, w którym znajduje się wyjście z kanału. Niestety, w ostatniej chwili ktoś wpadł na pomysł przygotowania dodatkowego pakunku, który teraz trzeba własnoręcznie przepchnąć przez tunel. Złośliwy los wyznacza to zadanie por. Zieleniewskiemu. Tunel ma jedynie kilkadziesiąt centymetrów średnicy i ten niemłody już oficer ma wrażenie, że znalazł się w zakorkowanej butelce – z przodu dopływ tlenu ogranicza ciężki wór, z tyłu napiera na niego kolega, który podobnie jak on chce jak najszybciej wydostać się z podziemnej pułapki.

Zieleniewski odsuwa plecak i spogląda przed siebie. W oddali widać słaby snop światła wpadający z góry. Porucznik ocenia, że ma już za sobą ponad połowę morderczego tunelu, który w całości liczy prawie 45 m. Dodaje mu to sił. Mniej więcej po 15 minutach od momentu wczołgania się w mroczne czeluści przekopu Zieleniewski dociera do głębokiej na około 1,5 m studni, wydrążonej pod podłogą baraku. W jego stronę wyciągają się ręce kolegów, którzy dotarli tu wcześniej. Ciągną go za włosy, uszy, ramiona. Byle szybciej, byle nie tracić cennego czasu. Zieleniewski rozgląda się po pomieszczeniu, szukając swoich rzeczy. Budynek, w którym się znalazł, leży już poza główną linią drutów. Na zewnątrz jest co prawda jeszcze jedno ogrodzenie, ale Niemcy nie pilnują go już tak dobrze jak wewnętrznych zasieków. Dodatkowo wszystkie przejścia są w nim zawsze otwarte. Problem w tym, że w pobliżu stale krąży niemiecki patrol. Dlatego uciekinierzy opuszczają barak małymi grupkami i w dużych odstępach czasu.

Por. Zieleniewski dostaje jako towarzysza ppor. Dietricha. Kiedy przychodzi ich kolej i wybiegają w stronę przejścia prowadzącego ku wolności, Niemcy uruchamiają reflektor na jednej z wież strażniczych. Jakby wiedzieli o całej akcji i tylko czekali, aż zacznie się ostatni etap ucieczki, by wyłapać śmiałków, którzy rzucili im wyzwanie. Zieleniewski i Dietrich przypadają do ziemi i nieruchomieją. Czekają na najgorsze. Ale po chwili strażnicy wyłączają lampę i znikają w wartowni. Uciekinierzy oddychają z ulgą – jednak Niemcy nie są świadomi tego, co dzieje się pod ich bokiem. Zieleniewski z towarzyszem ruszają dalej. Po chwili są już na drodze prowadzącej do Warburga. Jest już po północy 20 września 1943 r. W ten zuchwały sposób z oflagu VI B w Dössel wydostaje się 47 osób. Nie minie tydzień, a większość z nich będzie martwa.

Oficerski obowiązek

Oflag w Dössel Niemcy utworzyli we wrześniu 1940 r. Jego pierwszymi jeńcami byli żołnierze francuscy i brytyjscy. Z czasem jednak przeniesiono ich w inne miejsca odosobnienia, a w oflagu VI B przetrzymywano niemal wyłącznie Polaków. Począwszy od 17 września 1942 r. zaczęły tu przyjeżdżać transporty z oficerami, podoficerami i szeregowymi (ordynansi) ze zlikwidowanego oflagu VI E Dorsten, a w dalszej kolejności z oflagów: X C Lübeck, II D Gross Born, II E Neubrandenburg, VI C Osnabrück, IV C Colditz. Dużą część jeńców stanowili oficerowie WP, którzy w 1939 r. zostali internowani w Rumunii i w ręce Niemców dostali się dopiero w 1941 r. Ogółem w Dössel przebywało do wyzwolenia 2817 polskich jeńców wojennych.

Dzień w obozie rozpoczynał się apelem, podczas którego oficerowie niemieccy sprawdzali stany ilościowe więziennych batalionów. W tym samym czasie strażnicy przetrząsali baraki w poszukiwaniu różnych przedmiotów, których jeńcom nie wolno było posiadać. Po apelu jeńcy dostawali śniadanie, do którego zawsze dodawano wywar z ziół, potocznie nazywany „lipą" lub „adolfinką. Najbardziej obrotni oficerowie starali się, aby obóz nie żył wyłącznie „pipami" (skrót od „pewien idiota powiedział"), czyli informacjami o charakterze plotkarskim. Organizowano kółka dyskusyjne, pokazy teatralne i muzyczne, wykłady z dziedziny prawa, naukę języków obcych. Oficerowie zawodowi prowadzili zajęcia z zakresu taktyki, uprawiono sport oraz... ogródki przy barakach, które pozwalały zwiększyć skromne racje żywnościowe. Funkcjonowało także nieoficjalne targowisko zwane „karcelakiem", w nieco przewrotny sposób nawiązujące nazwą do znanego warszawskiego bazaru.

Obozowe życie było więc stosunkowo znośne. Większość jeńców stanowili jednak ludzie młodzi, którzy rwali się do dalszej walki z wrogiem ojczyzny. Ponieważ za drutami obozu nie było to możliwe, szybko narodziła się myśl o zorganizowaniu ucieczki. Był to zresztą swego rodzaju niepisany obowiązek oficera, który dostał się do niewoli. Starszy oflagu, gen. Leon Brebecki, był przeciwnikiem tego rodzaju działań, dlatego obozowi konspiratorzy trzymali się raczej blisko ppłk. dypl. Bronisława Kowalczewskiego, który był tajnym komendantem Dössel z nominacji Komendy Głównej AK. On z kolei włączył się aktywnie w przygotowanie ucieczki, której głównym organizatorem został kpt. Władysław Żdżarski.

Pierwszy podkop zaczęli drążyć jeńcy brytyjscy. Kiedy Niemcy zaczęli przenosić ich do innego obozu, przekazali informację o wykopie pierwszym polskim jeńcom, którzy pojawili się w oflagu. Polacy nie tracili czasu i od razu wzięli się do pracy. Jeśli chodzi o kwestie konstrukcyjne, fachową pomocą służył por. inż. Stanisław Czajkowski. Początek prac był jednak dość pechowy. Tunel zaczynał się w murowanym baraku, który stał najbliżej ogrodzenia z drutu. Na co dzień składowano w nim węgiel. Pierwszą trudnością było przedostanie się pod fundamentem tego budynku. Kiedy ruszyły prace, okazało się, że zerwano dren i cały wykop zalała woda. Wobec tego dół zasypano i zdecydowano się na wybicie wejścia do tunelu w ścianie fundamentu. Podkop prowadził do drewnianego baraku po drugiej stronie drutów, który również służył jako magazyn. Od drzwi tego budynku prowadziła około 20-metrowa dróżka do ostatniej, słabo pilnowanej linii drutów, gdzie znajdowała się otwarta brama. Przez bramę trzeba było się przeczołgać, ponieważ tuż obok stała wieża wartownicza.

Sporym utrudnieniem było maskowanie otworu wybitego w fundamentach pierwszego baraku. Poradzono sobie w ten sposób, że do palety z desek przymocowano cegły i po każdym kopaniu zastawiano otwór tą przemyślną zasłoną. Pewnym problemem był także piasek wydobywany z wykopu. Gdzie go składować, aby nie wzbudzić podejrzeń strażników? Ostatecznie wyciągano go w workach i wysypywano pod hałdę węgla znajdującą się w baraku nr 1.

Rozwiązania te okazały się strzałem w dziesiątkę. Pewnego razu jeńcy kopiący tunel usłyszeli tuż pod oknem baraku głos samego komendanta obozu ppłk. Heinricha Brinkorda. Po chwili Brinkord zajrzał przez okno do środka. W budynku panował mrok i komendant raczej nie mógł dostrzec, co robią polscy jeńcy, ale kopacze nie wytrzymali nerwowo i przez sąsiednie okno rzucili się do ucieczki, niemal wpadając na komendanta. Brinkord zarządził kontrolę obiektu, która poza porzuconą lampą karbidową, spodniami roboczymi i workiem nie wykryła nic niepokojącego. Niemcy doszli do wniosku, że Polacy kradną obozowy węgiel. Następnego dnia na porannym apelu zagrożono złodziejom surowymi konsekwencjami. Nie wykryto ani maskowania wykopu, ani piasku pod węglem. Podobnie jak brakujących desek w pryczach jeńców, którymi budowniczowie tunelu umacniali strop i ściany.

W ucieczce miało wziąć udział prawie 50 osób. W zasadzie taki tłum uciekinierów zmniejszał szanse na powodzenie całej akcji, ale o wszystkim zdecydował przypadek. Kiedy już podziemna „autostrada do wolności" była niemal gotowa, jej budowniczowie dowiedzieli się, że inna grupa jeńców kopie drugi tunel prowadzący poza druty. Zaczęły się negocjacje i w efekcie obie grupy połączyły siły, skupiając się na wykopaniu jednego tunelu. Za kwestie techniczno-wojskowe ucieczki odpowiadał kpt. Władysław Wasilewski, który zdecydował, że tak dużą grupę trzeba podzielić na mniejsze grupki, z których każda miała w innym miejscu dostać się do pociągu lub zdobyć inny środek lokomocji.

Ciekawym pomysłem było także oznaczenie bagażu osobistego. Prawie wszystkie kuferki lub plecaki uciekinierów zgromadzono tuż przed akcją w drugim drewnianym baraku. Do pakunków przymocowano kawałki dykty określonego kształtu. Każda grupa uciekinierów miała przydzielony inny kształt: kwadrat, kółko, trójkąt, a każdy kolejny numer (członek) grupy miał odpowiednią ilość wycięć zrobionych w owym kawałku dykty.

Koniecznością było także zaopatrzenie się w cywilne ubrania. Niektórzy jeńcy dostali takie w paczkach przysyłanych przez rodziny z kraju, inni uszyli okrycia z obozowych koców. Por. Zieleniewski w przypadkowy sposób stał się właścicielem damskiego żakietu z cienkiego niebieskiego sukna, który zwracał uwagę charakterystycznym krojem – uszyto go dla kobiety z wielkim biustem. Jeden z kolegów przerobił porucznikowi żakiet na coś w rodzaju męskiej marynarki, ale problemu z biustem nie udało się rozwiązać. Marynarka przydała się więc Zieleniewskiemu tylko w pierwszej fazie ucieczki, potem szybko wymienił ją na bardziej męski ciuch. „Dwóch kolegów nie wychodziło w cywilnych ubraniach: jeden wyszedł w stroju esesmana – myśmy mu to odradzali, bo nie bardzo dobrze mówił po niemiecku – drugi, jeszcze bardziej lekkomyślnie, wyszedł w stroju kobiecym. Ponieważ trudno sobie było wyobrazić, że będzie miał przybory do golenia stale pod ręką, więc zachodziła obawa, że wkrótce ujawni się jego płeć. I tak też się stało" – wspominał Zieleniewski.

Pod osłoną nocy i słoneczników

Wieczorem 19 września 1943 r. większość jeńców wtajemniczonych w plan ucieczki zgromadziła się w baraku, który sąsiadował z budynkiem, gdzie rozpoczynał się podkop. Ów barak obsadzony był dokoła wysokimi słonecznikami. Pod ich osłoną pojedynczy więźniowie podchodzili do jednej ze ścian budynku i... zapadali się pod ziemię. Ten magiczny manewr był możliwy dzięki małemu okienku piwnicznemu, prowadzącemu do sali, w której znajdowało się zamaskowane wejście do tunelu. W środku baraku czekali organizatorzy akcji: ppłk Kowalczewski, mjr Pronaszko i kpt. Wasilewski. Oficerowi ci postanowili pozostać w obozie.

Blisko 50-osobowej grupie przejście przez podkop zajęło kilka godzin. Potem według wcześniej przyjętego planu uciekinierzy przemykali przez bramę obok wartowni i rozpraszali się po okolicy. Pomagały im w tym dokładne mapy, które przygotowali organizatorzy akcji. Jedna z pierwszych grup polskich jeńców niedługo po przybyciu do obozu znalazła na ścianie jednego z ustępów intrygujący napis. Jak się później okazało, został wykonany przez polskich oficerów z RAF. Była to wskazówka, gdzie zakopane są mapy okolic Dössel i Warburga, które zdobyli jeńcy brytyjscy przygotowujący ucieczkę. Ponieważ Brytyjczycy nie zdążyli zrealizować swojego planu, zostawili mapy dla tych, którzy będą chcieli dokończyć rozpoczętą przez nich akcję. Organizatorzy polskiej ucieczki nakazali przerysować mapy w odpowiedniej ilości i w ten sposób każda grupa zbiegłych więźniów miała swój egzemplarz.

Ostatnią osobą, która 20 września wydostała się z obozu, był ppor. Wincenty Kawalec. Ponieważ był jednym z najmłodszych uczestników akcji, wyznaczono mu nieco niewdzięczne zadanie zamaskowania wylotu podkopu, kiedy już wszyscy uczestnicy ucieczki znajdą się poza drutami. Po kilku godzinach akcji Kawalec mógł w końcu zakryć deskami otwór w podłodze. Sprawdził, czy żadna z nich nie wystaje, a stwierdziwszy, że wszystko jest w należytym porządku, przygotował się do wyjścia z baraku. Kawalec był bardzo zmęczony i coraz mocniej dokuczał mu ból w nodze, w którą został ranny w 1939 r. Na dodatek zaczęło padać. Nagle przerażony podoficer spostrzegł, że do budynku szybkim krokiem zmierza wartownik, który dotychczas kręcił się przy drutach. Najprawdopodobniej postanowił schronić się przed ulewą. „Zaczęło mnie ogarniać zwątpienie. Po co ta ucieczka? Co teraz będzie? Pomyślałem o odkopaniu wejścia i o powrocie. Jak długo to trwało? Wydawało mi się, że wieczność. Równie dobrze mogło trwać minuty, jak i godziny. Nareszcie wartownik, widocznie widząc zbliżającą się zmianę warty, wrócił na swoje miejsce. Poczekałem na odpowiedni moment i zacząłem się czołgać. Wyszedłem nago, kostium kąpielowy był zabrudzony gliną. Czołgałem się po mokrej deszczowej ziemi, węzeł z ubraniem trzymałem w ręku lub w zębach. Nareszcie brama, pole ziemniaczane i w dali światła Warburga. W obozie radosna cisza. A więc jeszcze wszystko w porządku!" – wspominał Kawalec.

Zbieg obmył się w małym jeziorku, przebrał w cywilne ubranie i zasypując swoje ślady pieprzem, ruszył w kierunku miasteczka. W ciągu pół godziny był na stacji kolejowej w Warburgu. Chociaż wyszedł z obozu ostatni, dopisało mu szczęście – po wielu perypetiach dotarł w końcu do Warszawy. Kawalec, Zieleniewski i chyba wszyscy pozostali uciekinierzy doskonale zdawali sobie sprawę, że umknąć przed pogonią będzie niezwykle trudno. Liczyli jednak na to, że w razie schwytania nie grozi im poważna kara, zgodnie z konwencją genewską. Tym razem jednak hitlerowcy nie zamierzali przestrzegać żadnych traktatów. Rozpoczęło się polowanie, którego stawką było życie.

Obława

Uciekinierzy skierowali się w różne strony. Celem niektórych była okupowana Polska, inni ruszyli do Szwajcarii, Belgii, Holandii, Francji. W przedzieraniu się przez nieprzyjazny kraj bardzo pomagały im doskonale podrobione przez obozowych grafików dokumenty. Według relacji por. Zieleniewskiego szeregowcy, którzy byli zabierani z obozu na roboty do okolicznych wsi, pożyczyli któregoś razu od jakiegoś przymusowego robotnika komplet dokumentów. Posłużyły one za wzór, który wykorzystano w zakonspirowanym biurze rysowniczym, kierowanym przez por. Zdzisława Raabego, do stworzenia kopii żółtych „urlaubskart" i szarych „arbeitsscheinów". Każda literka była rysowana tuszem przez szablon. Jeńcy dostarczyli swoje zdjęcia. Dzięki podrobionym papierom zbiegowie przeszli przez liczne kontrole w pociągach, na dworcach i w innych miejscach, przez które przejeżdżali. Pętla wokół nich szybko się jednak zaciskała.

Władze obozowe były tą zuchwałą ucieczką całkowicie zaskoczone. Dowiedziały się o niej dopiero o 5 rano, kiedy do oflagu zadzwonił policjant z komisariatu na dworcu w Soest z informacją, że zatrzymano dwóch Polaków, którzy najprawdopodobniej zbiegli z obozu w Dössel. Błyskawicznie postawiono na nogi niemal cały aparat bezpieczeństwa Rzeszy, rozesłano listy gończe, zablokowano wiele dróg i dworców kolejowych. Na zbiegłych polskich oficerów polowały także obywatelskie milicje działające w małych miasteczkach i wsiach. Do 24 września Niemcom udało się schwytać aż 20 zbiegów. Przewieziono ich początkowo do oflagu w Dössel, ale podjęto decyzję, że przejmie ich SS. Zaskoczonych oficerów brutalnie wciśnięto do bydlęcych wagonów i wysłano do obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie. Najprawdopodobniej niedługo po przybyciu na miejsce zamordowano ich bez sądu i jakiejkolwiek formalnej procedury. Według zeznań świadków rozebrano ich do naga i wieszano na rzeźnickich hakach, a oczekujący na egzekucję musieli patrzeć na cierpienia swoich kolegów.

W ciągu następnych kilku dni schwytano jeszcze 17 zbiegów. Trafili oni do więzienia Gestapo w Dortmundzie, gdzie poddano ich brutalnemu śledztwu, a potem rozstrzelano. Niemcy zemścili się także na organizatorach ucieczki, którzy pozostali w obozie. 6 października przeprowadzano w barakach oficerskich w Dössel wielką rewizję, w której obok straży obozowej wzięło udział około 100 gestapowców. Po rewizji zatrzymano ppłk. Kowalczewskiego, mjr. Pronaszkę i kpt. Władysława Wasilewskiego. Całą trójkę zapakowano do ciężarówki i wywieziono w nieznane. Po pewnym czasie do rodzin, które niepokoiły się brakiem wieści od swoich bliskich, dotarły pisma z informacją, że zostali oni „zastrzeleni podczas ucieczki". Los, jaki spotkał uciekinierów z Dössel, był brutalną zbrodnią wojenną. Niestety, jak w wielu podobnych przypadkach, winnych nie spotkała zasłużona kara. Mord na dösselczykach nie był rozpatrywany podczas procesów norymberskich, nie wracano do tej sprawy także podczas kolejnych rozpraw, na których sądzono zbrodniarzy wojennych.

Z 47-osobowej grupy uciekinierów obławie umknęło jedynie 10 oficerów. Wszyscy podjęli dalszą walkę z Niemcami. Niektórzy z nich, jak Zieleniewski i Kawalec, wrócili do Polski, inni przedostali się za linię frontu do wojsk alianckich. Wojnę przeżyło tylko kilku. Pozostali zginęli, walcząc w powstaniu warszawskim i partyzantce.

Tragiczna pomyłka

Oflag VI B w Dössel był miejscem pechowym dla uwięzionych tam Polaków. Komenda obozu długo mściła się na polskich oficerach za ucieczkę ich współtowarzyszy. Częściej niż dotychczas organizowano wielogodzinne apele, rewizje w barakach stały się dokładniejsze i bardziej dokuczliwe, jeńców pozbawiono wielu przywilejów. Zgodnie z zarządzeniem dowództwa Wehrmachtu jeńcy oflagu Dössel zamykani byli na klucz w barakach zaraz po apelu wieczornym. Drzwi otwierano ponownie dopiero o godz. 6 rano. Zarządzenie było niezgodne z prawem międzynarodowym i bardzo niebezpieczne dla życia jeńców, jak miała pokazać najbliższa przyszłość.

27 września 1944 r., niemal rok po słynnej ucieczce, w obozie rozpętało się piekło. W środku nocy jeńcy usłyszeli warkot silników potężnych alianckich bombowców. Nie byli tym zaskoczeni, bo naloty na niemieckie miasta, fabryki i cele militarne w tamtym okresie zdarzały się coraz częściej. W odpowiedzi na prowokacje niemieckich wartowników obóz w Dössel był już także kilka razy ostrzeliwany z broni pokładowej. Tym razem jednak sprawa wyglądała poważniej. Na oflag spadła ciężka bomba zwana „czarną wdową". Drewniane baraki momentalnie stanęły w płomieniach. Wielu jeńców zginęło od razu – zabiła ich eksplozja i odłamki wybuchającej bomby. Jeśli cierpieli, to krótko. Pożar wywołany wybuchem rozprzestrzeniał się błyskawicznie. Zamkniętych drzwi baraków w wielu wypadkach nie udało się wyważyć. Polscy oficerowie płonęli żywcem lub dusili się dymem. Niemcy nie reagowali. Nad ranem naliczono 90 ciał. 230 osób było rannych, w tym m.in. gen. bryg. Wiktor Thommé, płk Bolesław Borkowski i płk Stefan Brzeszczyński.

Lotnicy RAF mieli za zadanie zniszczyć stację kolejową w pobliskim Nörde. Ktoś jednak popełnił tragiczny błąd. Komuś obozowe baraki wydały się podobne do kolejowych magazynów. Uwolnionej z zaczepów bomby nic już nie mogło zatrzymać. Całą noc trwała akcja wydobywania trupów, ratowania rannych i przenoszenia ich do pomieszczeń prowizorycznie adaptowanych na szpital. Ofiary nalotu, zaszyte w koce, bo Niemcy dostarczyli tylko trzy trumny, złożono we wspólnej mogile na cmentarzu parafialnym w Dössel. Oflag został oswobodzony przez armię amerykańską 1 kwietnia 1945 r.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA