fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

William McKinley: kolejna przerwana prezydentura. Część II

William McKinley, 25. prezydent Stanów Zjednoczonych w latach 1897–1901
BIBLIOTEKA KONGRESU USA
Prezydent James Garfield 2 lipca 1881 r. został dwukrotnie postrzelony. Kiedy we wrześniu umierał z powodu odniesionych ran, amerykańska prasa wołała z nagłówków gazet: „Nigdy więcej!". Niestety, minęło zaledwie 20 lat i koszmar się powtórzył.

Wojna secesyjna ukształtowała dorosłą osobowość Williama McKinleya. Bohater spod Carnifex Ferry wracał z frontu z licznymi medalami i w stopniu majora. Swoją postawą wzbudzał podziw i szacunek. Drzwi prowadzące do świata polityki stały przed nim szeroko otwarte. Żeby jednak wspiąć się na polityczny Olimp Ameryki, trzeba było mieć formalne wykształcenie. Prawie każdy amerykański polityk w XIX w. był prawnikiem. Trudno się więc dziwić, że planując karierę polityczną, McKinley wyjechał w 1865 r. do Albany w stanie Nowy Jork, żeby studiować prawo. Dyplom uzyskał dwa lata później i otworzył własne biuro adwokackie w mieście Canton, w stanie Ohio.

Wkrótce jako uznany prawnik i weteran wojenny włączył się do parlamentarnej kampanii wyborczej swojego dowódcy z czasów wojny, Rutherforda B. Hayesa. Ten z kolei wciągnął go do kampanii prezydenckiej Ulyssesa S. Granta. Za wkład w kampanie wyborcze republikanie nagrodzili go kandydaturą na prokuratora powiatowego w hrabstwie Stark. Funkcję tę pełnił do 1871 r.

Smutna pierwsza dama

W tym czasie McKinley poznał 24-letnią Idę Saxton – drobną i ładną córkę bankiera z Canton. Nie znamy okoliczności ich pierwszego spotkania. Wiemy jedynie, że Ida pracowała jako kasjerka w banku swojego ojca. Może więc przyszły prezydent był klientem tej instytucji, a może poznał dziewczynę na pikniku kościelnym, jak twierdzą niektórzy biografowie. W każdym razie ich narzeczeństwo było bardzo krótkie. Ślub odbył się 25 stycznia 1871 r., a w dniu Bożego Narodzenia tego samego roku urodziło się ich pierwsze dziecko – córeczka Katherine. Dwa lata później rodzinę dotknęła prawdziwa plaga nieszczęść. Najpierw zmarła matka Idy, a niedługo potem druga córeczka. Ida popadła w depresję i zachorowała na padaczkę. Niestety, nieszczęścia ciągnęły się dalej. W 1875 r. na tyfus zmarła czteroletnia Katherine. Ida popadła w tak silną depresję, że musiała nieustannie przebywać przy mężu. Ten zaś znosił to mężnie i zawsze czule wspomagał żonę.

Tragedie rodzinne spowodowały, że McKinley znajdował ulgę i wytchnienie w działalności politycznej.

Tymczasem Ida cierpiała prawdopodobnie na coraz częstsze ataki padaczki. Niektórzy jej biografowie uważają, że nie była to jednak ta choroba, ale ataki paranoiczne. Nie odmawiała jednak wspierania męża podczas spotkań publicznych. Już jako pierwsza dama dzielnie znosiła swoją rolę gospodyni Białego Domu. Kiedy jednak nikt nie widział, dopadała ją najczarniejsza depresja. Jej głęboki smutek wiązał się z przekonaniem, że przyciąga jakieś fatum, które powoduje śmierć osób ukochanych. Zanim poznała Williama McKinleya, w rodzinnym Ohio zmarł jej ukochany. Po jego śmierci Ida zaczęła się skarżyć rodzinie na silne bóle głowy. Późniejsze tragedie rodzinne tylko wzmagały te bóle. Ostatecznie nagła śmierć ukochanego męża dobiła ją całkowicie. Przeżyła Williama zaledwie o pięć lat.

Jak ciężko było jej podołać obowiązkom pierwszej damy, świadczy opis żony pewnego kongresmena, która została zaproszona na spotkanie w Białym Domu: „Siedziała, podparta poduszkami, w wysokim fotelu, tyłem do światła. Była niezwykle blada i wyglądała dziwnie w sukni z jasnoniebieskiego aksamitu z białym, satynowym gorsem ze złotymi ozdobami. Jej biedne, wiotkie dłonie, trzymając jakąś żałosną robótkę, spoczywały na podołku, jakby nie mogły unieść ciężaru pierścionków z diamentami, zaś ładne siwe włosy miała ścięte krótko, jakby przeszła tyfus. Uścisnęła lekko nasze ręce, ale nic nie powiedziała". Była osobą bardzo zazdrosną o męża. Nie znosiła, gdy rzucał jakąkolwiek uwagę o atrakcyjności innej kobiety. W ogóle nie znosiła, kiedy poświęcał komukolwiek więcej uwagi niż jej. Nie zgodziła się na przykład na mianowanie pewnego oficera adiutantem jej męża, ponieważ uważała, że ma zbyt atrakcyjną żonę.

Ta potrzeba nieustannego bycia przy mężu urosła do rozmiarów prawdziwej paranoi. Młodą, pochodzącą z Anglii żonę sekretarza gabinetu oskarżyła, że chce zająć jej miejsce. Kobieta odpowiedziała jej w sposób lekko ironiczny, że lubi Waszyngton, ale nie tak bardzo jak Anglię, więc pani prezydentowa nie powinna się obawiać jej długiego pobytu w stolicy. „Chcesz powiedzieć – odparowała zezłoszczona pierwsza dama – że wolałabyś Anglię od kraju, którym rządzi mój mąż?". Na tak postawione pytanie młoda Angielka nie ośmieliła się odpowiedzieć.

Obrońca robotników

W 1876 r. prawdziwą sławę przyniosła McKinleyowi obrona robotników z kopalni Tuscarawas Valley, których gubernator Ohio Rutherford Hayes nakazał rozpędzić służbom porządkowym. Robotnicy walczyli o podniesienie płac i poprawę warunków pracy. Zamiast zasiąść do negocjacji, właściciele kopalni sprowadzili z Cleveland grupę zawodowych łamistrajków. Była to powszechna praktyka w owym czasie. Postępowanie właścicieli kopalni tak rozsierdziło strajkujących robotników, że doszło do regularnej bitwy na ulicach miasta i w zakładzie. Zaniepokojony skalą konfliktu gubernator Hayes wysłał do kopalni policję w celu aresztowania przywódców strajku. Kiedy wiadomość ta dotarła do Williama McKinleya, postanowił on za darmo bronić robotników przed sądem. Jego mowa obrończa była tak wspaniała, że poruszony sędzia kazał uniewinnić wszystkich robotników z wyjątkiem jednego. Znakomitą obroną i odmową przyjęcia pieniędzy za pomoc w procesie zyskał sobie sympatię i poparcie wszystkich robotników w Stanach Zjednoczonych. A to w stanie tak uprzemysłowionym jak Ohio oznaczało, że może spokojnie ubiegać się o mandat do amerykańskiej Izby Reprezentantów. I właśnie dzięki poparciu rodzin robotniczych został w 1877 r. wybrany na kongresmena.

Jakim był politykiem? W owym czasie uchodził za zwolennika programu umiarkowanego. Niektórzy uważali go nawet za liberała. Był bez wątpienia zwolennikiem rozszerzania praw obywatelskich tych społeczności, które były wykluczone z życia społecznego lub traktowane jako niższe klasy. Głosił zatem konieczność respektowania pełnych praw obywatelskich Murzynów i był początkowo przeciwnikiem wielkiego kapitału.

Nie ukrywał, że należał do loży masońskiej. Być może właśnie w tym środowisku ukształtowały się jego prosocjalne i liberalne poglądy. Szczególnie jednak interesował się kwestią parytetu dolara i sprawą taryf celnych. McKinley był zwolennikiem koncepcji bimetalizmu – silnej waluty narodowej opartej zarówno na parytecie złota, jak i srebra. Wielu republikanów miało mu za złe, że nie wspiera stanowiska partii, która zdecydowanie opowiadała się za parytetem złota.

Jeszcze bardziej był zdecydowany w kwestii utrzymania wysokich taryf celnych. Uważał, że Ameryka nie sprosta konkurencji zagranicznej, jeżeli nie wprowadzi barier zalewania swojego rynku obcymi towarami. I to on w 1888 r. wymógł na swoich partyjnych kolegach wpisanie protekcjonizmu jako jednego z głównych celów programowych Partii Republikańskiej w zbliżającej się kampanii wyborczej. Wkrótce partia odwdzięczyła mu się nominacją na przewodniczącego ważnej Komisji Sposobów i Środków w Izbie Reprezentantów. W 1890 r. McKinley doprowadził do przyjęcia przez Kongres ustawy celnej nazywanej jego nazwiskiem. Podwyższała ona znacznie prohibicyjne cła na import zbóż z Europy i Kanady.

W tym samym roku stracił jednak mandat w Izbie Reprezentantów ze względu na przesunięcie granic wyborczych. Musiał powrócić do Ohio. Ale jego partyjni koledzy już wiedzieli, jak zagospodarować jego doświadczenie. Przyjaciele przekonali go do wzięcia udziału w wyborach gubernatorskich, które wygrał. Teraz mógł już myśleć nawet o prezydenturze.

Pewne zwycięstwo

William McKinley po raz pierwszy zgłosił swoją kandydaturę do nominacji prezydenckiej Partii Republikańskiej w 1892 r. Konwencja w Minneapolis wybrała jednak na swojego kandydata prezydenta Benjamina Harrisona, który postanowił stawić czoła byłemu prezydentowi Groverowi Clevelandowi. Harrison przegrał, a Cleveland wrócił do Białego Domu. Wpływowy republikański senator z Ohio, Mark Hanna, postanowił więc przygotować McKinleya na następne wybory. I to on przez zakulisowe działania wewnątrz partii zapewnił McKinleyowi nominację, jeszcze zanim zaczęła się konwencja. 16 czerwca 1896 r. William McKinley otrzymał nominację prezydencką już w pierwszym głosowaniu, zdobywając 665 z ogólnej liczby 907 oddanych głosów. Tymczasem rywalem McKinleya z ramienia Partii Demokratycznej został William Jennings Bryan z Nebraski.

Kampania wyborcza wypadła w bardzo gorącym dla świata okresie. W czasie swojej drugiej kadencji prezydent Grover Cleveland musiał stawić czoło koszmarnemu kryzysowi gospodarczemu. W dniu jego drugiej inauguracji pracę straciło 4 miliony Amerykanów. Pół miliona robotników strajkowało przeciw fatalnym zarobkom i warunkom pracy. Policja i firmy ochraniarskie brutalnie pacyfikowały pożary strajkowe, które ogarnęły niemal cały kraj. Po miastach włóczyły się bandy bezrobotnych, którzy nie wiedzieli, co począć ze swoim życiem. Taki kryzys nie pojawił się później aż do lat 30. XX wieku.

Kraj zmieniał się w oczach. Teraz w ponurym krajobrazie wielkich miast dominowały biedne dzielnice robotnicze i fabryki.

W 1896 r. William McKinley miał 53 lata. Prezentował się elegancko, nosił wykrochmalone i nienagannie wyprasowane koszule i dwurzędowe marynarki. Mówiło się, że wystarczy na niego spojrzeć i posłuchać jego silnego głosu, a od razu zobaczy się w nim prezydenta. Szefem jego kampanii został senator Mark Hanna, człowiek obdarzony szóstym zmysłem politycznym, mistrz i pomysłodawca wielu technik stosowanych do dzisiaj w czasie kampanii wyborczych. Po drugiej stronie ringu stał 36-letni William Jenings Bryan, który był najmłodszym w historii Stanów Zjednoczonych kandydatem na prezydenta. Prasa określała go jako „wielkiego przyjaciela ludu". Rzeczywiście posiadał niezwykłą zdolność porywania tłumów swoimi przemowami. Jako pierwszy w historii kandydat przemierzył swoim pociągiem wyborczym 30 tys. kilometrów. Mimo że nie miał tak silnego wsparcia finansowego jak McKinley, odwiedził aż 27 stanów i wygłaszał nawet 36 przemówień dziennie. Podobno żeby znieść kondycyjnie tak morderczą kampanię, jadał sześć obfitych posiłków dziennie. Młody, przystojny kandydat demokratów nie był jednak w stanie dotrzymać kroku Williamowi McKinleyowi. Kandydat republikański wygrał bez problemu liczbą 7 108 480 głosów przeciw 6 512 495 oddanym na Bryana, co dało McKinleyowi przewagę aż 95 głosów elektorskich.

Wojna z Hiszpanią

4 marca 1897 r. prezes Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych, Melville Weston Fuller, przyjął od Williama McKinleya przysięgę prezydencką. 25. prezydent Stanów Zjednoczonych zapewnił w swojej mowie inauguracyjnej, że będzie unikał wojen zaborczych i zakusów na jakiekolwiek podboje terytorialne. Słowa nie dotrzymał. Jego prezydentura stała pod wyraźnym znakiem rozbudowy amerykańskich wpływów na całej półkuli zachodniej i umacniania amerykańskiej floty wojennej. Pierwszą rzeczą, którą się zajął po wprowadzeniu się do Białego Domu, była kwestia aneksji Hawajów. 5 kwietnia 1897 r. poseł Hawajów w Waszyngtonie poinformował sekretarza stanu Johna Shermana, że rząd wysp na podstawie upoważnienia parlamentu tego państwa prosi o przyłączenie archipelagu do Stanów Zjednoczonych. Niestety, nie była to decyzja rdzennych Hawajczyków, legislatura bowiem składała się głównie z napływowych Amerykanów i zwolenników unii z USA. To jednak wystarczyło nowej administracji, aby już 16 czerwca 1897 r. podpisać nowy układ o aneksji Hawajów. Sprzeciw zgłosiła natychmiast Japonia, która argumentowała, że 39,7 proc. (61 111 osób) ludności wysp stanowią Japończycy.

Być może spór wokół statusu Hawajów trwałby jeszcze kilka lat, gdyby nie wybuch wojny hiszpańsko-amerykańskiej o Filipiny. Teraz Hawaje stały się bazą zaopatrzeniową amerykańskiej marynarki wojennej. 1 maja 1898 r. flota pod dowództwem admirała Deweya zajęła Filipiny. Japonia musiała się pogodzić z aneksją Hawajów. Sanford Dole, dotychczasowy prezydent Republiki Hawajów, utworzonej po abdykacji królowej Lili'uokalani, został mianowany gubernatorem wysp. Archipelag nie uzyskał co prawda statusu stanu, ale wszyscy jego mieszkańcy zostali uznani za obywateli Stanów Zjednoczonych.

Teraz ekspansja zagraniczna USA mogła skierować się w kierunku Ameryki Południowej.

W 1895 r. na Kubie wybuchło antyhiszpańskie powstanie, które było po cichu wspierane przez rząd Williama McKinleya. Jednocześnie prezydent wcale nie zamierzał wysyłać na wyspę amerykańskich żołnierzy. Oświadczył nawet, że jeżeli Kongres wypowie wojnę Hiszpanii o Kubę, to on nie ogłosi mobilizacji wojennej. Nie chodziło jednak o troskę o los żołnierzy, tylko o gniew prezydenta, że Kongres wkracza w zastrzeżony dla władzy wykonawczej obszar kreowania polityki zagranicznej. Dopiero pod wpływem tzw. żółtej prasy, jak nazywano dzienniki wydawane przez Williama Randolpha Hearsta i Josepha Pulitzera, Biały Dom musiał ulec naciskom opinii publicznej, aby oficjalnie stanąć po stronie walczących o wolność powstańców kubańskich. W Waszyngtonie nasilały się nastroje interwencjonistyczne. Oliwy do ognia dolała sprawa niewytłumaczonego wybuchu na okręcie „Maine", który w styczniu 1898 r. został wysłany do Hawany w celu ochrony amerykańskich interesów podczas powstania. 15 lutego 1898 r. „Maine" eksplodował w porcie w Hawanie i natychmiast zatonął. Zginęło 260 członków załogi. Prasa Hearsta szalała, wymyślając niestworzone historie, np. o jakieś strasznej hiszpańskiej maszynie zdolnej przeciąć okręt na pół. Każdego dnia gazety opisywały gwałty, przemoc i barbarzyństwo, którego tak naprawdę wcale nie było. Rysownicy Hearsta przysyłali z Kuby obrazki, które były dziełem ich wyobraźni. Żółta prasa tak oddziaływała na wyobraźnię obywateli i polityków, że nawet Kongres wyasygnował 9 marca 1898 r. aż 50 mln dolarów na przygotowania do wojny z Hiszpanią o Kubę.

Hasłem, które zdominowało opinię publiczną, było: „Remember the Maine. To hell with Spain".

Prezydent McKinley ugiął się pod naciskiem opinii publicznej dopiero 20 kwietnia 1898 r., kiedy podpisał rezolucję Kongresu stanowiącą wypowiedzenie wojny. Sześciu ambasadorów europejskich natychmiast wysłało mu notę: „Mamy nadzieję, że w imię humanitaryzmu nie zacznie pan wojny".

Prezydent odpowiedział im krótko: „Mamy nadzieję przystąpić do wojny i nadzieję, że zrozumiecie, że właśnie w imię humanitaryzmu".

Wojna z Hiszpanią ukazała niezwykłą zdolność bojową Ameryki. Trwała ledwie cztery miesiące, ale już 1 maja 1898 r. flota amerykańska rozbiła w pył flotę hiszpańską w Zatoce Manilskiej na Filipinach. Powtórka tego scenariusza miała miejsce w czerwcu tego samego roku u wybrzeży Santiago na Kubie. Hiszpania bez floty była jak wilk bez zębów. Amerykanie zajęli 25 lipca Puerto Rico, a 18 dni później Manilę. Na arenie międzynarodowej pojawiło się mocarstwo morskie, z którym wszyscy musieli się zacząć liczyć.

Trzeci zabity prezydent w historii USA

W 1900 r. William McKinley przekonywał swoje otoczenie, że ma dość bycia prezydentem. Jednak pod wpływem przyjaciół zgodził się na ponowny wybór. Po raz pierwszy i jedyny w historii Stanów Zjednoczonych zdarzyło się, że jego rywalem w walce o reelekcję został mianowany ten sam człowiek, co cztery lata wcześniej. Ale wybierając Williama Jenningsa Bryana, demokraci skazali go z góry na porażkę. Kampania nie przyniosła większych niespodzianek oprócz faktu, że kandydatem na wiceprezydenta z ramienia GOP został nieco ekscentryczny Theodore Roosevelt, za którym prezydent nie przepadał.

Podobnie jak cztery lata wcześniej McKinley wygrał z Bryanem niemal identyczną różnicą głosów. 4 marca 1901 r. William McKinley został zaprzysiężony na drugą kadencję prezydencką. Cieszył się ogromną popularnością w kraju i chciał odpocząć nieco od Waszyngtonu. Postanowił więc wyjechać do swojej posiadłości w Canton w stanie Ohio. Chciał tam napisać przemówienie, które miał wygłosić 5 września 1901 r. na Wystawie Panamerykańskiej w Buffalo, poświęconej pokojowi i przyjaźni państw półkuli zachodniej. Nie spodziewał się, że przywita go owacja aż 116 tys. osób przybyłych, aby zobaczyć swego prezydenta. Następnego dnia prezydent odbył wycieczkę nad wodospad Niagara i ponownie wrócił do centrum wystawowego. Wśród wiwatującego tłumu był niepozornie wyglądający Leon F. Czołgosz, urodzony w Ameryce syn polskich imigrantów i anarchista. Kiedy prezydent go mijał, Czołgosz wyjął zawinięty w chusteczkę rewolwer Iver Johnson, kaliber 32, i oddał dwa strzały, trafiając McKinleya w brzuch i klatkę piersiową. Prezydentowi natychmiast udzielono pomocy. Okazało się, że rana brzuszna jest znacznie poważniejsza niż klatki piersiowej. Po opatrzeniu nie zawieziono go do szpitala, lecz do domu prawnika Johna G. Milburna. Następnego dnia prezydent poczuł się lepiej. Przez kolejne pięć dni wydawało się, że wraca do zdrowia. Po tygodniu jednak jego zdrowie gwałtownie się załamało. W ranie powstała gangrena i lekarze nic już nie mogli zrobić, żeby uratować jego życie.

13 września 1901 r. prezydent wypowiedział ostatnie słowa: „Do widzenia, do widzenia wszystkim", po czym szepnął do żony: „Boże, coraz bliżej jestem Ciebie". 25. prezydent Stanów Zjednoczonych William Mc Kinley zmarł następnego dnia w wieku 58 lat. Pochowano go na cmentarzu w Canton, w rodzinnym stanie Ohio. Jego zabójca Leon F. Czołgosz został skazany wyrokiem Sądu Najwyższego stanu Nowy Jork na karę śmierci na krześle elektrycznym. Wyrok wykonano 29 października 1901 r.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA