fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Prof. Leszek Pacholski: Nie promujmy przeciętności

Fotorzepa, Marta Bogacz
Zniesienie habilitacji jest, obok zmiany ładu korporacyjnego, jedną z najważniejszych reform, bez których polskie uczelnie nie staną się kuźnią kadr dla nowoczesnej gospodarki – pisze prof. Leszek Pacholski, matematyk z Uniwersytetu Wrocławskiego.

Zapewne już niedługo polski rząd ogłosi strategię rozwoju gospodarki opartej na sztucznej inteligencji. Ewentualna jej realizacja będzie wymagała wysoko wyspecjalizowanej kadry, którą powinny wykształcić polskie uczelnie. Wystarczy przejrzeć listy referentów na czołowych spotkaniach naukowych, żeby zorientować się, że pod względem innowacyjnej wiedzy o sztucznej inteligencji jesteśmy w kiepskiej formie i będą kłopoty ze znalezieniem mentorów dla przyszłych budowniczych takiej gospodarki.

Wielowiekowa tradycja akademicka każe myśleć o uniwersytecie jako o społeczności uczonych i studentów połączonych, zgodnie z przysięgą doktorską, pasją „odkrywania i upowszechniania prawdy, nie z żądzy zysku i nie dla próżnej chwały". Za murami uniwersytetu istnieje realny świat, do którego część uczonych zagląda, wbrew przysiędze niezadowolona ze skromnego subsydium umożliwiającego realizację twórczej pasji i oczekująca „godnego" wynagrodzenia.

W realnym świecie pensje, szczególnie te wysokie, płaci się za pracę zleconą przez pracodawcę. Natomiast uczelnie są mecenasami wspierającymi twórcze pasje uczonych. Ale nie wszędzie. Już prawie 100 lat temu Herbert Hoover wyrąbał wyrwę w murze dzielącym Uniwersytet Stanforda od realnego świata. Dziś absolwenci tej uczelni generują PKB w wysokości 2,7 biliona dolarów – więcej niż cała bogata w surowce naturalne Rosja.

Jeśli polski rząd poważnie traktuje zamiar budowy gospodarki 4.0, to jednym z pierwszych kroków powinno być uruchomienie mechanizmów, które spowodują, że przynajmniej na niektórych uczelniach, obok wybitnych uczonych realizujących swoje prywatne pasje badawcze, pojawią się rzemieślnicy, zajmujący się tym, co profesorowie MIT i co daje absolwentom kompetencje do budowania nowoczesnej gospodarki.

Jak to się robi na Zachodzie

Zapewne jesienią, po dwuletniej debacie, wejdzie w życie konstytucja dla nauki. Jeszcze niedawno wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki twierdził, że projekt zmian „nie przejdzie", a wypowiedź marszałka wspierał protest 145 wybitnych uczonych, w większości humanistów. Główny postulat dotyczył zachowania habilitacji. Moim zdaniem zniesienie habilitacji jest, obok zmiany ładu korporacyjnego, jedną z najważniejszych reform, bez których polskie uczelnie nie staną się kuźnią kadr dla nowoczesnej gospodarki.

W powojennej Polsce habilitacja istniała od zawsze. W 1951 roku została zmodyfikowana na wzór sowiecki – kompetencje do nadawania habilitacji zostały odebrane uczelniom i przekazane Centralnej Komisji do spraw Stopni i Tytułów Naukowych (CK). W wyniku kolejnych politycznych odwilży uprawnienia CK ograniczono, ale wciąż odgrywa kluczową rolę przy nadawaniu habilitacji, która jest istotnym punktem w karierze akademickiej. Bez niej nie można zostać profesorem. Adiunkci, którzy w czasie wyznaczonym ustawą nie uzyskali habilitacji, powinni tracić swoje stanowiska. Liczba osób z habilitacją na wydziale wciąż decyduje o uprawnieniach do nadawania stopnia doktora oraz definiuje siłę polityczną. Od liczby wydziałów z uprawnieniami do nadawania doktoratów zależy nawet to, czy uczelnia może być uniwersytetem.

Projekt konstytucji dla nauki przewiduje utrzymanie habilitacji i pozostawienie, pod zmienioną nazwą, centralnej komisji. Habilitacja nie będzie już jednak obowiązkowa, można będzie bez niej pracować do emerytury, a nawet piastować stanowisko profesora dydaktycznego. Te zmiany wywołały zdecydowany sprzeciw autorów protestu, a prof. Włodzimierz Bernacki, wiceprzewodniczący stałej sejmowej podkomisji do spraw nauki i szkolnictwa wyższego, uważa, że: „Doprowadzi to do sytuacji, że stopień doktora habilitowanego czy profesora będzie czymś zbytecznym, niepotrzebnym. To kwestie, które dla mnie, dla mojego środowiska, są bardzo trudne do zaakceptowania".

Na Zachodzie, poza doktoratem, stopnie i tytuły nie odgrywają prawie żadnej roli. Kariera nauczyciela akademickiego dzieli się na dwa etapy: zdobywanie kwalifikacji i doświadczenia przed otrzymaniem stanowiska profesora oraz etap pracy po jego zdobyciu. Pierwszy obejmuje studia doktoranckie oraz staże podoktorskie. Potem aplikuje się o stanowisko profesora zobowiązujące do prowadzenia wykładów i dające prawo promowania doktorów. Osoby wybitne szukają stanowisk na czołowych uczelniach, bardzo dobre muszą zadowolić się pozycjami mniej prestiżowymi. Zdobycie stanowiska profesora oznacza awans finansowy, ale na jedno miejsce aplikuje na ogół kilkudziesięciu kandydatów, a bywa, że kilkuset.

Uczelnia płaci, lecz także oczekuje. Profesor ma budować jej reputację, ściągać utalentowanych studentów, doktorantów i stażystów, stworzyć grupę badawczą widoczną na świecie, zdobywać granty, a najlepsze uczelnie oczekują, że będzie międzynarodowym liderem w swojej dziedzinie.

Są różne systemy zatrudniania i awansu profesorów. W systemie niemieckim uczelnia zatrudnia profesorów od razu na najwyższym stanowisku W3, związanym z kierowaniem katedrą. Profesor W3 od pierwszego dnia zatrudnienia jest liderem, kieruje zespołem i zarządza kształceniem w dziedzinie, za którą odpowiada. Miejsc pracy dla profesorów W3 jest bardzo mało.

W systemie amerykańskim (tenure track) nie zatrudnia się w pełni ukształtowanego lidera, lecz osobę dającą gwarancję, że w określonym czasie zdobędzie znaczącą pozycję w nauce światowej. Po sześciu latach sprawdza się, czy zatrudniony spełnił oczekiwania, ale już od pierwszego dnia pracy profesor może i powinien promować doktorów.

Ani w systemie amerykańskim, ani w systemie niemieckim nie można na stanowisko profesora awansować. W Polsce zatrudnia się ludzi tuż po doktoracie, lecz prawo promowania doktorów otrzymują oni dopiero po zdobyciu habilitacji. Habilitacja dokumentuje, że jej posiadacz zgromadził pewien dorobek naukowy, ale nie oznacza, że jest rozpoznawalny w świecie uczonych, jest liderem lub ma potencjał na lidera.

Poziom zależy od standardów

Pomysły, aby zlikwidować habilitację, pojawiały się już wcześniej, ale zawsze spotykały się z ostrym sprzeciwem. Argumentowano, że habilitacja służy utrzymaniu wysokiego poziomu badań naukowych. Na argument, że w krajach o najwyższym poziomie nauki wystarcza doktorat, odpowiadano, że poziom doktoratów w Polsce drastycznie się obniżył. Nie zgadzam się z tą opinią. W moim otoczeniu poziom rozpraw doktorskich jest dużo wyższy niż wtedy, gdy zaczynałem pracę. Poziom zależy jednak od środowiska, od osób określających standardy w danej instytucji. Na pewno występują tu ogromne różnice między dziedzinami oraz nie mniejsze pomiędzy różnymi instytucjami prowadzącymi badania w tych samych dziedzinach. Problemu tego nie rozwiązuje habilitacja, gdyż tam, gdzie doktoraty są słabe, równie słabe są habilitacje.

Habilitacja ma służyć ocenie pracownika. Na świecie robi to pracodawca, posiłkując się rekomendacjami poprzednich pracodawców oraz osób o uznanym autorytecie. Na polskich uczelniach jest inaczej. Polegamy na zewnętrznym, administracyjnym systemie, mimo że dziekani mogliby pracowników oceniać, prosząc o opinię zaufanych recenzentów. Zachodni pracodawca podejmuje decyzję o zatrudnieniu profesora w oczekiwaniu korzyści, a w Polsce habilitację nadaje się za wcześniejsze zasługi.

Wśród zwolenników zniesienia habilitacji są zapewne osoby, które z własnej winy lub z powodu niechęci akademickiego establishmentu nie mogą zdobyć tego stopnia. Coraz częściej słychać jednak głosy osób najambitniejszych, pewnych swojej pozycji w świecie akademickim, które widzą, że habilitacja premiuje przeciętność, nie wspiera dążenia do doskonałości, hamuje mobilność oraz zmniejsza atrakcyjność pracy w Polsce dla obcokrajowców i Polaków pracujących za granicą. Uniemożliwia też promowanie doktorów uczonym w okresie największej aktywności twórczej.

Decyzje biznesowe

Prosta likwidacja habilitacji bez innych reform nie jest jednak dobrym rozwiązaniem. Nie byłoby racjonalnych powodów powstrzymujących uczelnie, szczególnie te słabe, od przeniesienia wszystkich adiunktów na stanowiska profesorskie. Nauczyciele akademiccy byliby zadowoleni, a instytucja by zyskała. Zgodnie z obowiązującymi wciąż przepisami uzyskałaby uprawnienia do prowadzenia studiów doktoranckich i nadawania stopni naukowych. Kosztów praktycznie nie byłoby żadnych, gdyż profesorom można płacić pensje minimalne. W rezultacie bardzo słabe mechanizmy uczelnianej selekcji zostałyby jeszcze bardziej osłabione.

Na uczelniach trzeba wprowadzić mądre zasady polityk kadrowych. Profesorami na uczelniach badawczych powinni zostawać liderzy w swoich dziedzinach badań, atrakcyjni dla potencjalnych doktorantów, natomiast w wyższych szkołach zawodowych potrzebni są raczej dobrzy nauczyciele, gotowi dostosować poziom nauczania do ambicji i możliwości słuchaczy. W prowincjonalnych szkołach akademickich potrzebni są z kolei nauczyciele, którzy ambitniejszej młodzieży będą mogli doradzić wybór właściwej kontynuacji nauki na studiach magisterskich lub doktoranckich.

W Polsce zasady prawa są jednolite i nie ma żadnych różnic pomiędzy uczelniami. Ponadto zdobycie habilitacji, oznaczające uzyskanie przywilejów profesorskich, nie oznacza awansu finansowego. W systemie niemieckim i anglosaskim istotną rolę odgrywa finansowa atrakcyjność stanowiska profesora, co powoduje, że są chętni do pracy i opłaca się inwestować w staże podoktorskie zwiększające szansę na wygranie konkursu.

Habilitację często porównuje się do decyzji o stałym zatrudnieniu w systemie anglosaskim (tenure), jednak te dwie decyzje zdecydowanie się różnią. Habilitacja nie jest przyznawana przez pracodawcę i przy jej podejmowaniu w ogóle nie bierze się pod uwagę interesu uczelni, natomiast przyznanie tenure jest decyzją o charakterze biznesowym, bo wiąże się z dużymi wydatkami, a równocześnie może oznaczać potencjalne zyski.

I tu dochodzimy do ważnego elementu w rozważaniach o habilitacji i polityce kadrowej w ogólności – koszty. Wysokie pensje profesorów tworzą silny mechanizm wspierający selekcję. Po pierwsze, nawet w bogatej Szwajcarii nie mnoży się na uczelniach stanowisk profesorskich ponad potrzebę. Po drugie, wysokie wynagrodzenia powodują, że przy zatrudnianiu profesorów nie brakuje dobrych kandydatów aplikujących z całego świata, gdyż wysokie wynagrodzenie z nawiązką pokryje koszty związane z przeprowadzką. Wysokie koszty zatrudnienia profesorów, ograniczając liczbę stanowisk profesorskich na najlepszych uczelniach, powodują też, że pojawiają się dobrze przygotowani kandydaci do pracy w uczelniach słabszych, także na prowincji.

Jeśli likwidacja habilitacji jest niemożliwa, warto zmienić jej zasady tak, aby umożliwić prowadzenie mądrej polityki kadrowej. W Niemczech wciąż można uzyskać habilitację, ale na wielu wydziałach nie wymaga się jej od kandydatów na stanowiska profesorskie. Nadaje ją uczelnia, a nie ciało centralne. Nie podzielam przekonania protestujących profesorów, że „konieczne jest utrzymanie... Centralnej Komisji... gdyż tylko dzięki temu organowi można utrzymać rzetelność doboru recenzentów". W CK też są ludzie. ©?

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA