"China Daily" pisze, że niedzielny wiec w Hongkongu jest dowodem na to, iż zagraniczne siły stoją za protestami trwającymi w mieście od czerwca.
Dziennik ostrzega też protestujących, by ci "przestali sprawdzać cierpliwość rządu centralnego".
Chińskie władze wcześniej już kilkukrotnie oskarżały obce państwa o to, że stoją za demonstracjami w Hongkongu.
"Hongkong jest nieodłączną częścią Chin - i to jest czerwona linia, której nikt nie powinien przekraczać, ani demonstranci, ani zagraniczne siły rozgrywające swoje brudne gry" - pisze "China Daily".
"Demonstracje w Hongkongu nie dotyczą prawa do demokracji. Są efektem mieszania się zagranicy (w sprawy Chin - red.). Aby powściągliwość rządu centralnego nie została źle zinterpretowana jako słabość, niech będzie jasne, że secesjonizm, w jakiejkolwiek formie, zostanie zmiażdżony" - ostrzega chiński dziennik.
Z kolei chińska agencja informacyjna Xinhua, w swoim komentarzu pisze, że "Hongkong może ponieść wyższą i cięższą karę" jeśli demonstracje w mieście będą trwały.
W Hongkongu od czerwca trwają protesty, zainicjowane przez opór wobec projektu ustawy ws. ekstradycji, która pozwoliłaby na sądzenie obywateli Hongkongu przed podległymi Komunistycznej Partii Chin sądami w Chinach. Mieszkańcy Hongkongu uznali to za cios w swobody zagwarantowane im przez Chiny, w związku z przekazaniem kontroli nad Hongkongiem Państwu Środka przez Wielką Brytanię w 1997 roku.
Hongkong funkcjonuje w ramach Chin zgodnie z zasadą "jedno państwo - dwa systemy". Oznacza to w praktyce znaczną autonomię miasta, którego mieszkańcy mają m.in. prawo do organizowania demonstracji, a sądy w Hongkongu pozostają niezależne.
Szefowa administracji Hongkongu Carrie Lam zawiesiła sporne przepisy, ale protesty nie ustały. W czasie kolejnych demonstracji protestujący żądali całkowitego wycofania się z przepisów, dymisji Lam i zwolnienia z aresztów zatrzymanych uczestników protestów, a także wycofania zarzutów przeciwko nim.
5 sierpnia w Hongkongu doszło do strajku generalnego, który zakłócił m.in. funkcjonowanie międzynarodowego lotniska w byłej brytyjskiej prowincji. Szefowa administracji Hongkongu, Carrie Lam oświadczyła, że fala protestów jaka przetacza się przez byłą brytyjską kolonię sprawia, że miasto znajduje się na krawędzi "ekstremalnie groźnej sytuacji" i jest wyzwaniem dla suwerenności Chin nad Hongkongiem.
W sierpniu zaczęły pojawiać się obawy, że Chiny mogą użyć wojska do stłumienia protestów w Hongkongu. 30 sierpnia "China Daily", dzień po dokonaniu rotacji chińskiego garnizonu w Hongkongu w artykule wstępnym napisał, że "chińscy żołnierze stacjonujący w Hongkongu nie są tam jedynie z przyczyn symbolicznych i nie ma powodu, by siedzieli z założonymi rękoma, gdy sytuacja w mieście się pogorszy".
Ostatecznie Carrie Lam ogłosiła całkowite wycofanie się z kontrowersyjnej ustawie o ekstradycji. Nie zmniejszyło to jednak napięcia w mieście.