Piłka nożna

Real - Barcelona o 13: Prezent dla Azjatów

Leo Messi: – Byłoby miło zakończyć rok zwycięstwem i w spokoju spędzić święta.
AFP
Sobotni mecz będzie wyjątkowy. Nigdy El Clasico nie odbyło się o tak wczesnej porze.

Kiedy piłkarze pojawią się na murawie Santiago Bernabeu, w Polsce będzie dobiegała godzina 13.00. W Azji będzie wieczór – idealna pora, by przerwać świąteczne przygotowania, usiąść z rodziną przed telewizorem i zobaczyć swoich idoli w akcji.

– Dbamy nie tylko o kibiców, którzy przychodzą na stadiony. Mamy też wielu sympatyków z różnych kontynentów, którym nie zawsze odpowiada godzina rozgrywania spotkań w Europie. O nich również musimy się zatroszczyć – przekonuje prezes hiszpańskiej La Liga Javier Tebas.

Gwiazdy futbolu narzekać nie mogą, zarabiają krocie za to, że kopią piłkę nie tylko wieczorową porą przy sztucznym świetle. Fani w Europie, traktowani dotychczas po królewsku, muszą zrozumieć, że dzięki otwarciu na nowe rynki kluby mogą budować nowe stadiony, dokonywać wzmocnień, bić transferowe rekordy i zapełniać gabloty kolejnymi trofeami.

Biuro w Szanghaju

W Hiszpanii – tak jak w Anglii, Niemczech czy Włoszech – wiedzą, gdzie stoją konfitury. Chiny, Indie i Japonia to prawie trzy miliardy potencjalnych kibiców. Nic więc dziwnego, że wakacyjne tournée po Azi stało się dla klubów obowiązkowym rytuałem.

Robert Lewandowski może krytykować sens wyjazdu do Chin czy do Singapuru (za dużo meczów, za mało treningów), ale rachunek ekonomiczny musi się zgadzać. Bayern podróżuje za Wielki Mur regularnie od pięciu lat, kilka miesięcy temu otworzył w Szanghaju swoje biuro.

Kiedy w lipcu Barcelona zmierzyła się z Realem w Miami, każda z drużyn miała na tym zarobić dodatkowo po 6 mln dolarów. Pierwsze od 35 lat El Clasico poza Hiszpanią (poprzednie w Wenezueli) przyciągnęło na trybuny 65 tys. widzów.

Mimo że najtańsze bilety kosztowały ponad 200 dol., rozeszły się na pniu. Ale tylko 30 proc. kupili miejscowi – resztę turyści z Hiszpanii, Meksyku czy Chile. Ceny na czarnym rynku osiągały 10 tys. dol. Dwaj gwiazdorzy NBA, LeBron James i Carmelo Anthony, za swoje loże zapłacili po 60–80 tys.

Spotkanie zostało rozegrane w ramach turnieju International Champions Cup. – To perfekcyjne małżeństwo futbolu z komercją – mówi Charlie Stillitano, prezes grupy Relevent Sports, należącej do amerykańskiego miliardera Stephena Rossa i organizującej wakacyjne rozgrywki, w których mecze odbywają się w Europie, Ameryce Północnej, Azji, a nawet Australii. Jednym z partnerów turnieju jest holenderski browar Heineken, sponsor Ligi Mistrzów.

Organizatorzy twierdzą, że Gran Derbi na amerykańskiej ziemi było przedsięwzięciem porównywalnym do Super Bowl. Towarzyszyły mu koncerty, mecze legend, więc zyskał także lokalny biznes – zwłaszcza hotelarski.

Barcelona, która otwiera akademie w USA, oprócz Messiego zabrała na pokład samolotu swoich ambasadorów, m.in. Thierry Henry'ego.

W Delhi, gdzie sobotnie El Clasico transmitowane będzie na dużym ekranie, hiszpański futbol reklamować będzie Gianluca Zambrotta, były pomocnik katalońskiego zespołu, do niedawna trener miejscowej drużyny Dynamos, rywalizującej w Indian Super League. – W ubiegłym sezonie pierwsze starcie Realu z Barceloną było najchętniej oglądanym spotkaniem ligowym w naszym kraju – opowiada Rajesh Kaul z Sony Pictures Networks India.

100 mln fanów

Gran Derbi to żniwa dla reklamodawców. Według agencji Nielsen Sports wartość medialna ubiegłorocznego, grudniowego spotkania na Camp Nou to 42,5 mln dol. (logo na koszulkach, reklamy na stadionach, ekranowe grafiki i itd.). Najcenniejszy jest jednak sam mecz - jego wartość stanowiła aż 6o proc. tej sumy.

Sponsorzy coraz bardziej doceniają też media społecznościowe – ważne zwłaszcza dla zespołu gości, którego komercyjni partnerzy nie mogą reklamować się na obiekcie rywali. Facebookowy post ze skrótem El Clasico obejrzało 4,3 mln osób i tylko ten jeden film wygenerował 186 tys. dol. Potencjał jest ogromny, ponieważ Real i Barca mają na tym portalu ponad 100 mln fanów.

Nie trzeba tłumaczyć, jakie trzęsienie ziemi wywołałoby spełnienie czarnej wizji związanej z ewentualną (zresztą coraz mniej realną) niepodległością Katalonii. Barcelona grająca we francuskiej Ligue 1, włoskiej Serie A czy angielskiej Premier League to byłby dla hiszpańskiego futbolu bolesny cios.

Mecze Realu z Atletico, choć niekiedy bardziej zacięte i widowiskowe, to z całym szacunkiem, inny kaliber niż Gran Derbi. Nawet jeśli tak jak dziś, Barcę i Królewskich dzieli w tabeli aż 11 punktów, a Messi wyprzedza Cristiano Ronaldo o 10 bramek (14:4).

Szpaleru nie będzie

Barcelona, mimo sprzedaży Neymara i braku wielkich transferów, zanotowała pod wodzą Ernesto Valverde najlepszy start sezonu – w 16 ligowych kolejkach nie doznała porażki. Real ma za sobą najwspanialszy rok w historii: odzyskał tytuł w Hiszpanii, jako pierwszy obronił trofeum w Champions League, drugi raz z rzędu został klubowym mistrzem świata.

Madrycka prasa domagała się, by Katalończycy przywitali gospodarzy brawami, ale wszystko wskazuje, że tradycyjnego szpaleru przed pierwszym gwizdkiem sędziego nie zobaczymy. – Nie będziemy gratulować zwycięstwa w rozgrywkach, w których nie braliśmy udziału – mówi dyrektor Barcelony Guillermo Amor.

Dla kibiców Królewskich większym zmartwieniem powinno być zdrowie Ronaldo. Portugalczyk zmaga się z bólem łydki i trenuje indywidualnie.

Transmisja meczu Real – Barcelona w sobotę o 13.00 w Eleven Sports 1

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL