fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Małgorzata Oliwia Sobczak: Każdy ślad ma znaczenie w kryminałach

Kuba Lewandowski
- Każda postać w „Czerwieni” jest ważna. A im więcej wiemy o bohaterach, tym bliżej jesteśmy poznania prawdy. Wychodzę z założenia, że finał powinna poprzedzać odpowiednia geneza, która pozwoli czytelnikowi zrozumieć podłoże zaistniałych zdarzeń – mówi serwisowi rp.pl, Małgorzata Oliwia Sobczak, która już 4 września powróci na salony literackie z tytułem „Kolory zła. Czerwień”.

"Rzeczpospolita": „Kolory zła. Czerwień” – tytuł powieści zapowiada hektolitry rozlanej krwi w Sopocie?

Małgorzata Oliwia Sobczak: Przyznaję, trochę krwi się rozleje, ale raczej umiarkowanie. Nie będzie scen z rozparcelowanymi wnętrznościami, jeśli o to pytasz… Chyba, że podczas sekcji zwłok (śmiech). „Czerwieni” raczej daleko do klimatów gore, choć pewne elementy tego gatunku, takie jak dewiacje seksualne i elementy sadyzmu, też się tu znajdą. „Czerwień”, pomimo całego okrucieństwa, które dotknie opisane ofiary, przesycona jest pewnego rodzaju subtelnością i emocjonalnością, z którymi już wcześniej mogli się zetknąć moi czytelnicy.

Spotkanie z Małgorzatą Oliwią Sobczak:

Wtorek, 10 września, godz. 19:00


Teatr BOTO, ul. Bohaterów Monte Cassino 54B, Sopot


Wydarzenie odbędzie się pod patronatem Literackiego Sopotu

Dlaczego serię rozpoczęłaś właśnie od przedstawienia tej barwy?

Czerwień naturalnie kojarzy się z krwią, a krew musi pojawić się w każdym szanującym się kryminale. Jednak nie do końca chodziło o tę analogię. Czytelnicy „Czerwieni” szybko odkryją,  że nazwa ta nawiązuje do części ciała, którą szczególnie interesuje się zabójca. Co więcej, czerwień to kolor przypisany seksualnym kobietom, które grają w książce pierwsze skrzypce.

Z jakich powodów postawiłaś na napisanie kryminału z gatunku urban-noir?

Od zawsze fascynowały mnie mroczne klimaty. W podstawówce zaczytywałam się w książkach typu „Dziwne losy Jane Eyre”, czy „Wichrowe wzgórza”. Z osiedlowej wypożyczalni wynosiłam po kilka horrorów, thrillerów i kryminałów dziennie. I ta miłość do czarnego kina głęboko się we mnie wpisała. Z drugiej strony kryminałów długo nie czytałam, niesłusznie uważając ten gatunek za pośredni, czy po prostu zbyt lekki i przyjemny. Stawiałam go na równi z Harlequinami i dopiero całkiem niedawno zaczęłam nadrabiać zaległości w tym temacie. Zobaczyłam, że kryminały to nie tylko krwawe zabójstwa i toczone wokół nich śledztwa, ale też emocje. Cała masa emocji, a to właśnie one najbardziej mnie interesują jako pisarkę. We współczesnych kryminałach wątki obyczajowe, w których można ukazać relacje rodzinne, perypetie miłosne, problemy społeczne, jak i męczące wspomnienia, uciążliwe uczucia, popełniane błędy oraz narastające szaleństwa, zaczęły być tak samo ważne, jak sam proces dochodzenia do tego, kim jest sprawca przestępstwa. Chyba żaden inny gatunek nie daje pisarzowi tak dużego pola manewru. Po przeczytaniu maszynopisu „Czerwieni” mój szwagier i przyjaciel, Michał Wujek Sierakowski, powiedział: „Zawsze dobrze pisałaś. Ale właśnie odnalazłaś swoją dziedzinę”.

„Jeśli zapyta się fina o ulubiony kolor, bez wahania odpowie, że niebieski” – pisała Tarja Moles w „Przewodniku ksenofoba. Finowie”. A jaki kolor jest najbliższy dla Małgorzaty Oliwii Sobczak?

Bez wahania odpowiem: czerń. I myślę, że wszyscy, którzy mnie znają, bez wahania to potwierdzą. Czerń zajmuje jakieś osiemdziesiąt procent mojej garderoby i nawet za dzieciaka wśród moich ulubionych ciuchów znaleźć można było czarny dwuczęściowy dres z napisem „Batman” lub t-shirt z nadrukiem „Brygada Kryzys”. Zawsze bliżej było mi do dziewczynek w typie Wednesday z „Rodziny Adamsów”, odgrywanej przez Christinę Ricci, czy Lydii Deetz granej w „Soku z Żuka” przez Winonę Ryder. I choć ta moja czarna dusza już od jakiegoś czasu zaczęła dostrzegać światło, otwierając się na pozytywne tematy, ucząc się doceniać małe i większe przyjemności życia (głównie za sprawą mojego męża, a od niedawna też córeczki), to jednak nadal ten ciężki egzystencjalizm gdzieś tam nade mną wisi. Na zeszłorocznych Targach Książki w Warszawie, na które pojechałam z brzuszkiem, nowopoznana Katarzyna Bonda zapytała mnie, czy dzidziuś będzie nosił czarne pieluszki, co chyba najlepiej obrazuje sprawę (śmiech).

„Połowa lat ‘90, to w Sopocie czas w którym dochodzi do najbardziej tajemniczej zbrodni. Kiedy miasto zapomina o tragedii, osiemnaście lat później Trójmiastem wstrząsa wieść o niemalże identycznej sprawie” – czytamy w zapowiedzi. Jak zrodził się pomysł na taką fabułę?

Ha, dokładnie pamiętam ten moment. Była wiosna 2017 roku. Przyrządzałam kolację. W tle leciały Fakty. Usłyszałam: „płaszcz z ludzkiej skóry wyłowiony z Wisły”, „wypreparowana skóra zaplątana w silnik”, „nierozwiązana zagadka sprzed lat”. Mówiono o sprawie zabójstwa kobiety w 1998 roku, w której dzięki nowoczesnym metodom śledczym ujawniono nowe ślady kryminalistyczne. To było, jak zapalnik. Umysł zaczął pracować na najwyższych obrotach, wymyślając różnorodne scenariusze. Od razu wiedziałam, że w powieści pojawi się nietypowe morderstwo, łudząco podobne do tego sprzed lat.

Całą noc czytałam artykuły, komentarze i wpisy na forach, w których snuto domysły, kto mógł dopuścić się morderstwa i oskórowania studentki religioznawstwa. Tropy, o których wspominano, jak wcześniejsze schudnięcie dziewczyny, wyrzuty sumienia po śmierci ojca na zainicjowanej wycieczce górskiej, depresja, prowadziły do przerażających, jak się później okazało niesłusznych, wniosków, że ofiara pragnęła śmierci. Żeby oddać klimat całej sytuacji, muszę wspomnieć, że mieszkaliśmy wtedy w kawalerce w Sopocie. Cichutko, siedząc pod kołdrą, przeglądałam kolejne strony internetowe. Po jednej stronie spał mąż, po drugiej pies, a pośrodku ja i coraz bardziej makabryczne posty o innych przypadkach morderstw na miarę Hannibala Lectera, jak przykładowo sprawa zwyrodnialca spod Krakowa, który zabił ojca, zdjął skórę z jego twarzy i nosił, jak maskę.

Ostatecznie nie zdecydowałam się na tak drastyczne rozwiązania formalne, jak w „Milczeniu owiec”, inkorporując do „Czerwieni” jedynie „kosmetyczne” (śmiech) nawiązanie. Myślę, że jeszcze nie byłam wtedy gotowa na tak mocną jatkę, która obecnie krystalizuje mi się w głowie w kontekście trzeciego tomu serii.

„W mafijnych zbrodniach ważny jest nie tylko sposób zabijania, ale też miejsce pozostawienia zwłok” – aż strach cię zapytać, jak robisz dokumentację…

Chyba dość standardowo. Przystępując do pisania „Czerwieni”, przeczytałam po prostu kilka książek z zakresu kryminalistyki, w których odnaleźć można sporą porcję przydatnych, choć wiadomo – często też szokujących dla laika – informacji. Każda śmierć stanowi opowieść i by ją odczytać, należy w pierwszej kolejności zwrócić uwagę na dwie kwestie: ciało ofiary, ale też miejsce zbrodni. W idealnych okolicznościach ciało znajduje się w miejscu popełnienia zbrodni, jednak nie zawsze zabójca ułatwia śledczym zadanie. Często ciało przenoszone jest w jakieś szczególne, nierzadko efektowne miejsce, aby to właśnie tam ofiara została znaleziona. W ten sposób sprawca chce coś oznajmić. W kontekście porachunków mafijnych zabójstwo ma być sygnałem, ostrzeżeniem. Natomiast w przypadku seryjnych zabójców chodzi, o jak najlepsze zaprezentowanie „dzieła”, gdyż sprawca pragnie, by je podziwiano. W innych wypadkach przeniesienie ciała często ma na celu zatarcie czytelnych śladów kryminalistycznych, na podstawie których łatwo byłoby dojść do sprawcy przestępstwa. Ale to tylko teoria. Tak naprawdę psychopatyczne umysły rządzą się własnymi prawami. Najważniejsze, by wymyślić swój własny literacki psychopatyczny umysł (śmiech).

„Śmierć zawsze jest szokiem. Choć w przypadku raka można się w pewnym stopniu przygotować, o ile to w ogóle jest do wypracowania” – przygotować można się również do opisów zbrodni, jakie umieściłaś w lekturze?

Opis samej zbrodni to pestka. Tu wystarczy ruszyć głową i dać dojść do głosu wyobraźni. Schody pojawiają się, gdy książkowi śledczy zaczynają tę zbrodnie analizować. Każdy ślad ma znaczenie, więc należy skrupulatnie przemyśleć, na co chce się zwrócić uwagę. Weźmy na przykład takie utonięcie. Wydawałoby się, że każde utonięcie cechuje się identycznym patomechanizmem. Natomiast nie. Utonięcie w słonej i słodkiej wodzie pozostawia po sobie zupełnie inne ślady w ciele ofiar. W tym przypadku wiedza książkowa i specjalistyczne konsultacje są niezbędne.

„W obrazie jaki widział było coś prawdziwego, odartego z całego fałszu rzeczywistości, niemal doskonałego. To była najpiękniejsza zbrodnia, jaką widział” – patrząc na tą sentencję, można powiedzieć, że nie jest to lektura oczywista i należy się stale doszukiwać, m.in. metafor?

Cóż, każdy tekst kultury można czytać na kilku różnych płaszczyznach i w „Czerwieni” bezsprzecznie pojawiają się fragmenty, które można obrać z warstw, by dojrzeć coś jeszcze. Z drugiej strony, pomimo tego, że pozostawiłam w książce sporą dozę specyficznej wrażliwości, która mnie wyróżnia, starałam się w jak największym stopniu czyścić tekst z poetyckości, do której mnie trochę ciągnie. Jak tylko zapędzałam się w tym kierunku, mówiłam sobie „hola, hola” i usuwałam fragmenty, w których za bardzo mnie poniosło. Jednak kryminał to kryminał i trzeba dostosować się do kardynalnych cech gatunku.

Drastyczność, czy też efektowny styl zabójcy – które określenie lepiej pasuje?

Zdecydowanie bardziej „efektowny styl”. Specyficzne okaleczenie twarzy ofiar to jedynie taki delikatny podpis mordercy (śmiech).

„Wiedza jest potęgą: przede wszystkim wiedza o innych ludziach” – mawiał Ethel Watts Mumford. Ta sentencja odpowiada, dlaczego tak powoli i starannie przedstawiasz postacie w „Czerwieni”?

Każda postać w „Czerwieni” jest ważna. A im więcej wiemy o bohaterach, tym bliżej jesteśmy poznania prawdy. Wychodzę z założenia, że finał powinna poprzedzać odpowiednia geneza, która pozwoli czytelnikowi zrozumieć podłoże zaistniałych zdarzeń.

„Autor najwięcej siebie zdradza w debiucie” – pisała Magda Stachula. Tak samo jest u ciebie?

- Och, zdecydowanie. Moja pierwsza powieść obyczajowa była mną przesiąknięta. Dałam tam ujść wszystkim wzbierającym we mnie od lat emocjom. Do „Czerwieni” podeszłam zupełnie inaczej. Starałam się wyjść poza samą siebie, wykreować postacie, które będą zupełnymi indywiduami, działającymi, myślącymi i czującymi na swój własny, charakterystyczny sposób.

„Zabij jednego, a przestraszysz dziesięć tysięcy” – jak hasło sycylijskiej mafii odnosi się do mordercy z „Czerwieni”?

Ha, tego zdradzić nie mogę (śmiech)! Ale na pewno to hasło nie pozostaje bez znaczenia w kontekście fabuły, będąc jednym z istotnych tropów śledczych.

„Oburzała się też na dzisiejsze zachowanie dziennikarzy (…) To nie on nie sprostał sytuacji. To media okazały się niepoważne i żądne krwi” – dlaczego również u ciebie media są przedstawione w negatywnym świetle?

Nie chodziło mi tu o ukazanie mediów w negatywnym świetle. Sama z wykształcenia jestem dziennikarką i doskonale rozumiem istotę dziennikarskiej powinności. Chciałam raczej ukazać dysharmonię pomiędzy dwiema różnymi perspektywami. Dla rodzin ofiar śmierć jest czymś skrajnie osobistym, jest tabu, którego przekroczenie sprawia, że świat zaczyna wyglądać zupełnie inaczej. Dziennikarze postrzegają natomiast śmierć w kontekście społecznym. To coś, co dzieje się tuż obok, ale nie dekonstruuje dobrze znanej ludziom rzeczywistości. Ta różnica sprawia, że obok siebie zawsze będą ścierać się dwie racje.

„Ale praca, to praca. Pasja. Praca to moja pasja”. Jakby chciał przekonać samego siebie” – w tej sentencji odnajdujemy odpowiedź na pytanie, dlaczego ludzie często tkwią w pracy, za którą nie przepadają?

Przeciwnie. Moim zdaniem praca zawsze powinna wiązać się z pasją, a jeśli nie z pasją, to chociaż z zainteresowaniami. W końcu w pracy spędzamy pół życia. To nie tylko to, co robimy, ale w dużej mierze to, co nas określa, definiuje. Z drugiej strony rutyna sprawia, że często zapominamy o tym, że tak jest. Z pewnością prokurator Leopold Bilski kocha swoją pracę, choć wykonuje ją nie zawsze zgodnie z literą prawa, by dawała mu pełnię satysfakcji.

Choć premiera „Kolorów zła. Czerwień” będzie miała miejsce 4 września, już teraz niektórzy czytelnicy twierdzą, że fabuła jest bardzo podobna do tej zawartej w serialu „Znaki”. Jak odnosisz się do takowych twierdzeń?

Przede wszystkim pracę nad książką skończyłam w maju 2018 roku, a zatem na kilka dobrych miesięcy przed premierą „Znaków”. Faktycznie oba dzieła opierają się na pomyśle zestawienia morderstwa kobiety, do którego dochodzi współcześnie i podobnej zbrodni sprzed lat.  Koncepcja stara jak świat, powracająca w wielu książkach i filmach, od której nie odżegnują się twórcy większości dzieł opowiadających o seryjnych mordercach.

Odpowiadając krytykom, a zarazem ucinając wszelkie spekulacje: czym różni się pani powieść od produkcji ATM Grupy i AXN Central Europe?

Nie widziałam całości serialu. Prawdę mówiąc, obejrzałam ostatnio tylko jeden odcinek, żeby w ogóle wiedzieć, do czego „Czerwień” jest porównywana. Ale już na tej podstawie mogę stwierdzić, że oba tytuły niewiele mają ze sobą wspólnego. Panuje w nich zupełnie inny klimat, występują postaci o całkowicie odmiennych rysach psychologicznych, fabuły zmierzają  w całkowicie różnych kierunkach. Raczej nie ma czego porównywać.

„Człowiek to najokrutniejsze zwierzę” – mówił Friedrich Nietzsche. W tej sentencji odnajdujemy odpowiedź na pytanie dotyczące przedstawienia bohaterów „Kolorów zła. Czerwień”?

Zdecydowanie. W „Czerwieni” znajdziemy cały wachlarz postaci, do których można odnieść tę myśl. Nie tylko środowisko mafijne, które pojawia się w moim kryminale, ale też środowisko rodzinne to doskonałe pola dla wciąż rozdymającego się okrucieństwa. Zło przejawia się w książce w różnorodnej formie – fizycznej, werbalnej, psychologicznej, nie tylko pomiędzy obcymi sobie ludźmi, ale często pomiędzy najbliższymi. Ciekawe, że często człowiek staje się najbardziej okrutny właśnie wobec osoby, którą kocha, a nierzadko też wobec samego siebie. Prowadzi nas pęd do autodestrukcji.

„Trudno nie lubić człowieka, który nie tylko zauważa kolory, lecz także o nich mówi” – jak słowa Markusa Zusaka ze „Złodziejki książek” pasują do Małgorzaty Oliwii Sobczak i najnowszej powieści?

W powieści z pewnością nie brakuje kolorów. I nie tylko mowa tu o znamiennym odcieniu krwi, czerwieni kozaczka współczesnej ofiary, czy karminowej pomadce sędzi Heleny Boguckiej. Czytelnika otaczają barwy. Przez grafitowe niebo przebija się blade słońce, chmury przed burzą stają się czarne, piasek na plaży jest jasnobeżowy, szara morska woda odbija ostre słoneczne promienie. Zawsze myślę obrazami. To trochę tak jakbym wyobrażała sobie film. Żeby zdjęcia układały się w całość, postaci nie tylko muszą działać, planować, mówić, poruszać się, ale powinny być wkomponowane w ściśle określone okoliczności, do których zaliczam miejsce akcji, aktualną pogodę, wygląd bohaterów, czy swoisty nastrój. I w tym wszystkim kolory stanowią niezwykle ważną dominantę. Moim zdaniem w książkach nie powinno brakować doświadczeń synestezyjnych. Każdy dźwięk, każde wypowiadane słowo, każde uczucie powinno mieć swój kolor. Przynajmniej ja bardzo cenię sobie takie zabiegi. Lubię, gdy pisarze malują swoje literackie przestrzenie.

„Mówią, że gdy odchodzi miłość, czas leczy rany. Lecz tak naprawdę gdy odchodzi miłość, czas zatrzymuje się w miejscu. Wszystkie zegary stają się zardzewiałe i chrome. Wybijają wciąż tę samą godzinę. Godzinę rozpaczy” – pisałaś w „Ona i dom, który tańczy”. A jaka sentencja będzie przewodnia w „Kolorach zła. Czerwień”?

Gdy w telewizji wyemitowano serial „Miasteczko Twin Peaks” miałam dziewięć lat. Dokładnie pamiętam emocje, jakie się we mnie odezwały, gdy nad rzeką odnaleziono owinięte w folię ciało Laury Palmer. Te zdjęcia w połączeniu z nostalgiczną, przeszywającą muzyką Angelo Badalamentiego już na zawsze wpłynęły na moje upodobania, chyba zresztą na całe postrzeganie dzieł kultury. Było w nich smutne piękno. Myślę, że to właściwe określenie. I to smutne piękno stało się przewodnim toposem „Czerwieni”.

Najpełniej tę ideę oddaje następujący fragment: „Ciało zwrócone było twarzą do ziemi. Ciemnobrązowe, długie za łopatki włosy przylgnęły do piasku. Pośrodku tyłu głowy utworzył się biały przedziałek, równiutko dzieląc mokre pasma na pół […] Bilski patrzył zafascynowany na ten obraz. Było w nim coś prawdziwego, odartego z całego fałszu rzeczywistości, niemal doskonałego. To była najpiękniejsza zbrodnia, jaką widział. Oczywiście nigdy nie ubrałby swojego odczucia w słowa. Mało kto by zrozumiał”.

Twoje lektury często łączą się z miejscami, które mają znaczenie dla ciebie. Żuławy Wiślane pojawiły się dzięki dziadkom i rodzicom, a jakie czynniki zadecydowały o umieszczeniu fabuły „Kolorów zła. Czerwieni” w Sopocie?

Przestrzeń, w której rozgrywa się fabuła książek, ma niebagatelne znaczenie. Wychowałam się na „Jeżycjadzie” Małgorzaty Musierowicz i ten sposób opisywania miejsca akcji jest mi bardzo bliski. To dzięki Musierowicz zakochałam się w Poznaniu i właśnie tam wyjechałam na studia. Początkowo znaczenie drugorzędne miał kierunek studiów, najważniejsze było to, by edukacja odbyła się w tamtym mieście. Autorka zaraziła mnie miłością do poznańskich ulic, kamienic, parków, wiaduktów. Myślę, że dlatego tak ważne stało się dla mnie to, by zarażać czytelników miłością do miejsc, które są mi drogie. Dla mnie Trójmiasto jest jednością i nigdy nie myślę o nim, jak o konglomeracie trzech miast. Ale niewątpliwie Sopot pełni szczególną rolę w tej całej jedności, a mianowicie z tym nadmorskim kurortem wiąże się całe moje życie towarzyskie, to tam poznałam przyjaciół na całe życie. Różne grupy ludzi z Trójmiasta imprezują w różnych miejscach. Niektórzy wybierają Gdańsk i pomimo tego, że mieszkają w Gdyni, jadą bawić się do Gdańska. I odwrotnie - Gdańszczanie czasami zjeżdżają do Gdyni… Nasza ekipa od zawsze zmierzała tylko w stronę Sopotu. To właśnie on nas jednoczył.

Gdy pracowałam nad „Czerwienią” od kilku dobrych lat wynajmowałam mieszkanie w Sopocie. To w małej kawalerce przy Armii Krajowej, na osiedlu Dolina Gołębiewska, w które zresztą wkomponowałam jedną z głównych bohaterek „Czerwieni” – sędzię Helenę Bogucką, napisałam wszystkie moje publikowane teksty. Te pięć sopockich lat było najbardziej intensywne, przełomowe i twórcze w całym moim życiu. Sopot dał mi niezłego kopa.

Jeżeli przyjąć, że każde twoje dzieło będzie miało jakiś związek z autorką, to kiedy światło dzienne ujrzy powieść z fabułą rozgrywającą się w Gdańsku?

Urodziłam się w gdańskim Szpitalu przy Klinicznej i do czwartego roku życia mieszkałam w dość obskurnej kamienicy przy ulicy Grażyny we Wrzeszczu. Po studiach na siedem lat związałam się z centrum Gdańska. Gdańsk ma swoje szczególne miejsce na mojej mapie mentalnej. Akcja „Czerwieni” niejednokrotnie przenosi się z Sopotu do Gdańska. Znaleźć można tam gdańskie knajpy modne w latach dziewięćdziesiątych. Rodzina Boguckich mieszka w gdańskim Wrzeszczu. Falowiec na Przymorzu też odgrywa w fabule ważną rolę. Analogicznie prokurator Bilski przemierza ulice Gdyni, przy czym przedstawione zostały przede wszystkim portowe dzielnice. Trójmiasto to jedność, tak jak już wspomniałam, połączony arteriami organizm. Nie sposób żyć tylko w jednym z tych trzech miast, nie poruszając się po reszcie. Gdyby osadzić akcję książki jedynie w Sopocie, nie byłoby to zbyt wiarygodne. I Gdańsk w „Kolorach zła” pojawi się na pewno jeszcze nie raz. Nie wykluczam, że w którejś z części serii zajmie miejsce pierwszoplanowe.

„Małgorzata Oliwia Sobczak śmiało wkracza w świat polskiej literatury, od razu konkurując z najlepszymi polskimi twórcami kryminału” – czytając takie opinie zawarte w internecie, jakie myśli kłębią się w twoim umyśle?

Myślę sobie: czad. Myślę sobie: niemożliwe. Myślę sobie: w końcu znalazłam się w miejscu, na które czekałam całe życie. Różne myśli się kłębią i ten czasownik faktycznie najlepiej oddaje ten cały stan. Rumienię się, gdy osoby, które już czytały, chwalą książkę. Nie do końca jeszcze wiem, jak powinnam się w takich sytuacjach zachowywać. Zawstydza mnie to jak cholera, a zarazem raduje jak nic innego na świecie. Ostatnio przyjechałam do wydawnictwa na spotkanie w sprawie promocji. Zanim na nie dotarłam, zebrałam po drodze gratulacje od osób, których nigdy wcześniej nie widziałam. Przed windą, w windzie, na korytarzu. Czułam się, jak w „Truman Show”, jakby to wszystko było zainscenizowane, a ja brałam tylko udział w jakiejś surrealistycznej grze. A jednak się to wydarzyło i twarz wkręcającego Szymona Majewskiego nigdzie się nie przewinęła.

Czy „Czerwień” może śmiało konkurować z najlepszymi polskimi kryminałami?

To się okaże. Odbiór recenzentów póki co, jest piękny. Bury też pewnie niejedne zbiorę. Ale co tam. Na pewno nie dam się zniechęcić. Będę pracować, jak diabli, żeby kiedyś w pełni zasłużyć na takie słowa.

Poza pisaniem zajmujesz się również badaniami naukowymi i pracami rozwojowymi w dziedzinie nauk społecznych i humanistycznych. Jaki wpływ ma taka praca, gdy przychodzi czas tworzenia?

Moja wcześniejsza działalność z pewnością nauczyła mnie metodyczności, która w pracy pisarza jest niezbędna. Żeby stworzyć złożoną, wielowątkową fabułę, trzeba myśleć globalnie, ale również do sedna dochodzić etapami, koncentrując się na każdym szczególe, tak jak w procesie naukowym. Każde fabularne zjawisko, każde zachowanie bohatera mają swoje podłoże, swoją genezę, które należy ujawnić, by czytelnik zrozumiał dlaczego stało się tak, a nie inaczej. Myślenie przyczynowo-skutkowe jest bardzo pomocne w trakcie tworzenia powieści.

Małgorzata Oliwia Sobczak woli stawiać na wyobraźnię, czy przemycanie wyników badań w tzw. przyjaźniejszej formule?

Rzetelność gromadzonych danych, które pojawiają się w powieściach kryminalnych, jest ceniona przez czytelników. Myślę, że obecnie nawet bardziej, niż wcześniej, co wynika ze wzrastającej świadomości odbiorców, jak i dużej dostępności do informacji. Dlatego pisząc „Czerwień", starałam się, jak najbardziej wiarygodnie przedstawiać fakty i skrupulatnie sprawdzałam wiedzę, do której odwoływałam się w treści książki. Ale nadal podczas pisania wyobraźnia to podstawa. Przykładowo nie wiem, czy komenda w Sopocie wyposażona jest w lustro weneckie. Szczerze mówiąc, nie miało to dla mnie tak dużego znaczenia, by to sprawdzić. Ważne było to, że w amerykańskich filmach kryminalnych, na których się wychowałam, do pokoju przesłuchań zawsze można było spojrzeć na podejrzanego przez lustro. To ważny element gry, zasadnicza część rozgrywki pomiędzy funkcjonariuszami państwowymi, a przestępcami. Więc nie pytając nikogo, wyposażyłam sopocką placówkę w lustro weneckie i tyle. Żeby fikcja była dla czytelników autentyczna, nierzadko trzeba nagiąć prawdę, a nawet dość mocno popuścić wodze fantazji (śmiech).

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA