Kilkunastokilometrowa trasa prowadząca po zwykłych drogach wokół francuskiego miasta od prawie 100 lat jest miejscem morderczego maratonu. O wyścigu 24h Le Mans nakręcono więcej wartościowych filmów fabularnych niż o Formule 1 – wart wzmianki w kontekście królowej motorsportu jest właściwie tylko obraz „Grand Prix" Johna Frankenheimera z 1966 r. Natomiast całodobowemu maratonowi poświęcono kilka wielkich produkcji, a w jednym z filmów Steve McQueen wygłosił słynne zdanie: – Wyścigi to życie. Wszystko, co dzieje się przedtem lub później, to tylko oczekiwanie.

W rywalizacji bierze udział 60 samochodów, w każdym zmieniają się trzej kierowcy – a maszyny podzielone są na kilka klas, znacznie różniących się osiągami. Czołówka musi lawirować między wolniejszymi maszynami, które też walczą między sobą.

Zawodowcy i amatorzy

Wśród kierowców mamy zarówno zawodowców, jak i zamożnych dżentelmenów – rzecz jasna o odpowiednich umiejętnościach, ale nie na takim poziomie, jak najlepsi.

Startowali w Le Mans: bramkarz reprezentacji Francji, mistrz świata i Europy Fabien Barthez, perkusista Pink Floyd Nick Mason – aż pięciokrotnie, zdobywając drugie i trzecie miejsce w swojej klasie – czy Mark Thatcher.

Syn brytyjskiej premier dwukrotnie nie ukończył wyścigu, za to w padoku poznał ludzi, którzy namówili go do startu w Rajdzie Dakar. Tam jego załoga zgubiła się na pustyni, a w dwudniowych, na szczęście skutecznych, poszukiwaniach wykorzystano lotnictwo i wojsko trzech krajów.

W Le Mans więcej sukcesów odnosili aktorzy: Paul Newman był w składzie ekipy, która w 1979 r. zajęła drugie miejsce w klasyfikacji generalnej. Niedawno swych sił próbował Patrick Dempsey, który przez krótki czas miał nawet wspólny zespół wyścigowy z włoskim piłkarzem Alessandro del Piero. Teraz chrapkę na start w słynnym maratonie ma Michael Fassbender, zdobywający już doświadczenie w European Le Mans Series.

Upokorzone Ferrari

Steve McQueen planował start w 1970 r., podczas realizacji słynnego filmu „Le Mans". Zmiennikiem gwiazdora Hollywood miał być Jackie Stewart – wówczas u szczytu kariery w Formule 1, która przyniosła mu trzy mistrzowskie tytuły. Na start aktora zgody nie wyrazili jednak ubezpieczyciele, ale naszpikowane kamerami Porsche z inną załogą zajęło w wyścigu dziewiąte miejsce i drugie w swojej klasie, mimo częstszych zjazdów do boksów w celu wymiany taśm filmowych.

Na użyczenie swoich samochodów nie zgodził się Enzo Ferrari, bo scenariusz przewidywał triumf Porsche nad włoskimi maszynami – zresztą właśnie tak wyglądał układ sił w ówczesnej stawce. Uparty Włoch przyczynił się także do innego przełomu w dziejach 24h Le Mans. Kiedy w latach 60. jego firmę chciał kupić Ford, dumny „Il Commendatore" w ostatniej chwili zerwał negocjacje, bo chciał zachować kontrolę nad swoim zespołem wyścigowym.

Amerykanie postanowili go upokorzyć właśnie w Le Mans i stworzyli słynnego Forda GT40, który wygrał cztery edycje z rzędu – kończąc w ten sposób passę sześciu triumfów Ferrari. Tę rywalizację przypomina nakręcony dwa lata temu film „Le Mans '66", w którym z potęgą Ferrari rozprawiają się Christian Bale i Matt Damon. Do listy filmowych przebojów z wątkami 24-godzinnego wyścigu wypada jeszcze dodać „Kobietę i mężczyznę" z 1966 r. – tu grający główną rolę Jean-Louis Trintignant może poszczycić się wyjątkowymi koneksjami rodzinnymi. Jego wujek Maurice Trintignant wygrał 24h Le Mans w 1954 r., a później dwukrotnie triumfował w Grand Prix Monako w Formule 1.

Te dwa wyścigi oraz zawody Indianapolis 500 składają się na wyjątkową „potrójną koronę" motorsportu. W całej historii zdobył ją tylko jeden kierowca: dwukrotny mistrz F1 Graham Hill, który w latach 60. aż pięć razy wygrywał GP Monako, w 1966 r. triumfował na amerykańskim owalu, a w 1972 r. zwyciężył w 24h Le Mans.

19 wygranych w Le Mans ma Porsche, 13 – Audi, a Ferrari ma tylko dziewięć. Od trzech lat w Le Mans rządzi Toyota, gdyż żaden inny wielki producent nie przygotowuje samochodów w najważniejszej, najszybszej kategorii.

Wśród kierowców Tom Kristensen zasłużył sobie na tytuł „Mr Le Mans" aż dziewięcioma zwycięstwami, głównie w barwach Audi. Pięć razy wygrywał Derek Bell, który w tym roku jest honorowym starterem.

Start po nowemu

Sześć triumfów ma na koncie Jacky Ickx, który walnie przyczynił się do zakończenia jednej z wieloletnich tradycji 24h Le Mans.

Przez długie lata na sygnał startu kierowcy jadący na pierwszej zmianie przebiegali w poprzek prostej startowej do zaparkowanych po jej drugiej stronie samochodów, wskakiwali do kokpitów i ruszali do akcji – często odkładając zapięcie pasów na później. Dzięki temu zwyczajowi firma Porsche zaczęła instalować stacyjki swoich (także drogowych) samochodów po lewej stronie kierownicy, ułatwiając szybkie uruchomienie silnika wskakującemu do środka zawodnikowi.

W 1969 r. na znak protestu Ickx przeszedł do swojego samochodu spacerkiem, na pierwszym okrążeniu jeden z kierowców doznał w wypadku śmiertelnych obrażeń, bo nie zapiął pasów – i rok później zawodnicy siedzieli już w samochodach, gdy starter dawał znak do rozpoczęcia zmagań. Od sezonu 1971 stosuje się znany do dziś start lotny.

Zginęło ponad 80 osób

Le Mans to nie tylko triumfy, ale też tragedie. W 1955 r. doszło tu do najgorszej katastrofy w historii wyścigów. Pierre Boullin, startujący pod przybranym nazwiskiem Levegh, na skutek nieporozumienia najechał na tył innego samochodu na prostej startowej. Jego Mercedes wpadł w trybuny, a w ogniu i pod rozrzuconymi szczątkami maszyny zginęło ponad 80 osób i sam kierowca. Wiele krajów wprowadziło wtedy zakaz organizacji wyścigów – w Szwajcarii uchylono go dopiero kilka lat temu.

W Polsce już „za Gierka", w latach 70., na fali filmu z McQueenem, telewizja pokazywała relacje z 24h Le Mans, śledzone z zapartym tchem, niczym lądowanie na Księżycu. Jednak w samej historii wyścigu polskich akcentów było jak na lekarstwo. Przed wojną dwa starty zaliczył Stanisław Czaykowski, ale hrabia urodził się w Hadze, gdy Polski nie było na mapie, i poza przodkami nie miał z nią wiele wspólnego.

Szacunek Kubicy

Dopiero w 2015 r. na starcie stanął Kuba Giermaziak, mimo pożaru samochodu docierając do mety na siódmej pozycji w swojej klasie. Od dwóch lat w 24h Le Mans bierze udział polski zespół Inter Europol Competition, ale dopiero w tym sezonie dysponuje takim samochodem, jak czołowe ekipy w kategorii LMP2. Barwy mieszczącej się pod Warszawą ekipy reprezentują Kuba Śmiechowski, znany z sukcesów w USA Renger van der Zande, oraz mający już na koncie podium w Le Mans Alex Brundle, syn znanego kierowcy F1 Martina Brundle'a. Polscy kibice trzymać też będą kciuki za zespół WRT, także rywalizujący w LMP2, czyli drugiej najszybszej kategorii. W niej swój debiut w 24h Le Mans zalicza Robert Kubica. – Podchodzę do tego wyzwania z chłodną głową: z jednej strony z determinacją, a z drugiej realistycznie i z szacunkiem – mówił polski kierowca przed wyprawą do Le Mans w rozmowie z „Rz".

Wyścig rusza w sobotę o 16.00, można go oglądać w Eurosporcie

Autor jest komentatorem telewizji Eleven Sports