Czy to „turbo przyspieszenie”, o którym mówił premier na
GPW, oznacza nowy zestaw priorytetów rządu?
Nie, na razie nie. Zapowiedzieliśmy, że przyjmujemy te priorytety na drugą część kadencji. Rozpoczęliśmy ją z tą listą i z niej będziemy się rozliczać. Nie planujemy tworzyć nowych priorytetów. Oczywiście w przyszłości może pojawić się jakaś korekta, ale na ten moment jej nie przewiduję. Przewiduję rozliczanie się z obecnej listy.
Będą rekomendacje personalne?
Jeżeli mają się pojawić jakiekolwiek rekomendacje personalne, to będą adresowane tylko i wyłącznie do premiera.
Wspomniał Pan o MAP. Pierwsza sprawa – nowa ustawa o
właścicielskim nadzorze nad spółkami. Taki temat się pojawia. Jakie jest Pana
podejście?
W priorytetach mamy efektywność sprawowania nadzoru. Minister Balczun pracuje nad narzędziami w tym zakresie. Ja – mimo że jestem prawnikiem i od lat zajmuję się legislacją, a może właśnie dlatego – jestem zwolennikiem tego, żeby tam, gdzie nie musimy sięgać po rozwiązania ustawowe, nie sięgać po nie.
Ale tu będzie ustawa?
Na razie minister Balczun wprowadza i ogłasza pewne standardy. W obszarze spółek, wobec których wykonuje uprawnienia właścicielskie w imieniu Skarbu Państwa, wykorzystuje narzędzia właścicielskie, żeby oczekiwać dostosowania do tych standardów. I to jest pierwszy krok. Następny to rozwiązanie ustawowe i MAP rozpoczął już prace nad takim projektem.
Czy w tej wizji na drugą część kadencji wszystkie duże inwestycje
rządowe są koordynowane przez KPRM? Czy to będzie model centralny – wszystko
przechodzi przez KPRM – czy raczej odpowiedzialność spółek i poszczególnych
resortów?
Mówi Pan o modelu z czasów premiera Mateusza Morawieckiego, kiedy w KPRM powstał specjalny departament mający centralnie zarządzać projektami infrastrukturalnymi. My wróciliśmy do innej filozofii. Każdy minister ma swoją właściwość także w zakresie realizacji projektów infrastrukturalnych. Oczywiście one są widoczne w Kancelarii Premiera, bo ministrowie raportują swoje działania, ale KPRM nie zarządza centralnie tymi projektami. Każdy minister ma zakres swojej odpowiedzialności i musi raportować wyniki swojej pracy. Ten model zostaje.
W kontekście „turbo przyspieszenia” jest jeszcze temat,
który budzi i będzie budził emocje – podatek cyfrowy. Wicepremier Krzysztof Gawkowski
zapowiadał prace w tym zakresie. Jak Pan do tego podchodzi?
Jesteśmy jeszcze przed decyzją. Premier Gawkowski zapowiadał, że będzie nad tym pracował, prowadził też wstępne rozmowy i to komunikował. Ja jestem jeszcze przed rozmową z panem premierem Gawkowskim na temat tego, jaki ostateczny kształt ta regulacja przyjmie. Nie chcę w tej chwili zajmować jednoznacznego stanowiska, bo w ramach struktur, za które odpowiadam, te rozstrzygnięcia będą dopiero podejmowane. Trzeba tu ważyć interesy. Każdy dodatkowy dochód budżetu państwa może być oczywiście dobrze spożytkowany. Regulacja, którą przygotowuje premier Gawkowski, ma też przeciwdziałać negatywnym zjawiskom na rynku usług cyfrowych – a ten problem jest dostrzegany globalnie i w Europie. Będziemy się też zastanawiać, na ile ten projekt rzeczywiście zrealizuje zakładane cele i jak zminimalizować ryzyka, które zawsze przy takich regulacjach się pojawiają.
A czy skuteczna „deregulacja 2.0” w sądownictwie jest w
ogóle możliwa bez rozwiązania kwestii Trybunału Konstytucyjnego?
Sądownictwo bezpośrednio nie jest powiązane z Trybunałem Konstytucyjnym, ale brak działającego, niezależnego Trybunału oznacza, że władza ustawodawcza i rząd nie podlegają obiektywnej kontroli konstytucyjności. To jeden z podstawowych mechanizmów ustrojowych. Trybunał rozpatruje też skargi konstytucyjne obywateli. Mamy orzeczenie TSUE z 18 grudnia ub. r., które jednoznacznie wskazuje, że obecny TK nie ma przymiotów niezależnego sądu, i zobowiązuje państwo do przywrócenia jego funkcjonowania. Namysł nad tym, jak to zrobić, trwa – i jestem w to zaangażowany. My musimy przywrócić funkcjonowanie Trybunału Konstytucyjnego – jestem o tym przekonany.
Ktoś dobrze poinformowany powiedział
mi w ubiegłym roku, że pana rolą jest „czyścić przedpole”, żeby na Radzie
Ministrów było jak najmniej konfliktów i sporów. To działa po tych kilku miesiącach?
Chcę unikać słowa „spory” – mówimy raczej o różnicach poglądów. Ale rzeczywiście jako jedno ze swoich zadań identyfikuję to, żeby na poziom Rady Ministrów trafiały do rozstrzygnięcia sprawy nieuzgodnione wyłącznie jako absolutny wyjątek.
Pana pytanie o Państwową Inspekcję Pracy bardzo trafnie pokazuje, że to był jeden z obszarów, w których nie do końca się to udało. Im mniej potrzebujemy wymieniać się argumentami na Radzie Ministrów, tym lepiej praca została wykonana wcześniej – to znaczy, że byliśmy do tych decyzji przygotowani.
Czuje się pan bardziej operatorem systemu, zarządcą
całej stacji, czy współuczestnikiem decyzji politycznych razem z premierem?
Nie da się tego rozdzielić. Sam się zastanawiałem, czy w przyszłości kolejne rządy będą utrzymywać taką funkcję – osobę, która koordynuje całość procesu. Wydaje mi się, choć to nie do mnie należy ostateczna ocena, że to przynosi efekt. Oczywiście można wskazać przykłady, jak Państwowa Inspekcja Pracy, które pokazują, że nie wszystko przebiega idealnie, ale jest też bardzo wiele projektów, przy których dzięki temu, że w tym gabinecie i w sali obok odbywamy po kilka spotkań tygodniowo, udaje się uzgodnić rozwiązania wcześniej, zanim trafią do formalnego obiegu.
Do tego dochodzi dialog, który prowadzę w imieniu rządu z szefami klubów – konsultacje, uprzedzanie o planowanych działaniach, wyjaśnianie wątpliwości. To daje lepszą koordynację i większe zrozumienie procesów. Uważam, że taka rola się przydaje.
Natomiast nie da się oddzielić operacyjnego zarządzania od rozstrzygnięć politycznych. Proces stanowienia prawa z natury jest procesem politycznym.
Czyli nie czuje się Pan już tylko legislatorem, ale też
politykiem?
Udawałbym, gdybym mówił, że jestem w tej chwili tylko legislatorem.
Czuje pan ciężar władzy, która jest w tym gabinecie, w
którym rozmawiamy?
Czuję ciężar odpowiedzialności.
A co spędza Panu sen z powiek?
Odpowiem tak: Praca w strukturze rządowej ma tę specyfikę, że właściwie nie ma wyraźnej granicy między czasem pracy a czasem prywatnym. Procesy, które prowadzimy, są wielowątkowe, zależne od wielu podmiotów i często wymagają reakcji tu i teraz. Zdarza się, że późnym wieczorem wracamy do tematów, które następnego dnia będą przedmiotem rozstrzygnięć na Radzie Ministrów, bo pojawia się nowy wątek albo trzeba coś jeszcze doprecyzować. Nie mówię tego w kategoriach skargi, tylko opisu. Ta praca daje satysfakcję – zwłaszcza kiedy współpracuje się z ludźmi, którzy rozumieją wagę odpowiedzialności za państwo. Ale jest też związana z permanentnym poczuciem czujności. W tym modelu zarządzania trudno pozwolić sobie na całkowite „wylogowanie”, bo decyzje często mają konsekwencje systemowe i wymagają bieżącej koordynacji. A sprawy – natychmiastowej odpowiedzi.