Walka o wolność Białorusinów ustaje, wydłuża się czy jednak zmierza ku zwycięstwu?

Raczej się wydłuża, bo jeszcze rok temu nie uwierzylibyśmy w to, że potrwa tak długo. Tłumy ludzi wychodziły na ulice, wydawało się, że zwycięstwo jest na wyciągniecie ręki. Trwa to zdecydowanie dłużej, niż zakładaliśmy, ale nikt nie odpuścił. Nie tylko wewnątrz Białorusi, ale i na całym świecie. Izolacja polityczna reżimu Łukaszenki i bezprecedensowe sankcje robią swoje, w Mińsku nikt tego się nie spodziewał. Musimy podtrzymywać tę dynamikę i dążyć do celu. Nie wyobrażam sobie, że to potrwa jeszcze rok, dwa albo pięć. Nie mamy prawa tak myśleć. Widzimy już światło na końcu tunelu.

Wiara czyni cuda, a nadzieja umiera jako ostatnia.

Wcześniej nie znałam takich sformułowań jak business as usual czy Realpolitik

Mieć nadzieję to trochę za mało, bo to wyklucza jakąkolwiek działalność. Jeżeli 9 mln Białorusinów będzie wyłącznie miało nadzieję, nic się nie zmieni. Trzeba nie tylko wierzyć, ale i wierzyć w to, co robisz. Każdy musi dołożyć swoją cegiełkę do tej budowy.

Poznała pani wszystkich najważniejszych przywódców świata demokratycznego. Jakaś puenta się wyłania po tych spotkaniach?

Na początku swojej kariery, gdy nie wiedziałam wiele o polityce, nie znałam takich sformułowań jak business as usual czy Realpolitik. Wydawało mi się, że Europa jest potężną siłą, która z łatwością może nacisnąć na reżim w Mińsku i zmusić Łukaszenkę do rozmów. Okazało się zaś, że przyjęcie wspólnych decyzji pomiędzy wszystkimi krajami Unii Europejskiej nie jest łatwe. Gdy wprowadzono pierwsze trzy pakiety sankcji, myślałam, że to coś poważnego, byłam wdzięczna przywódcom UE. Gdy osoby z mojej ekipy przyjrzały się temu, okazało się, że to nic poważnego. A tam, po drugiej stronie granicy były już tysiące pobitych i setki więźniów politycznych. Stanowcza reakcja UE wobec reżimu była zdecydowanie spóźniona. O uwagę trzeba jednak walczyć, bo nikomu to nie leży tak na sercu jak Białorusinom. W pewnym momencie na Zachodzie zapadła nawet cisza, Białoruś zeszła na drugi plan. Dopóki Łukaszenko nie uprowadził samolotu pasażerskiego.

Wygląda na to, że Zachód ostro zareagował dopiero wtedy, gdy białoruska dyktatura stała się zagrożeniem dla Zachodu.

Tak myślało wielu Białorusinów. Mieli wrażenie, że ich życie nie jest tak ważne jak życie obywateli UE. Ale taka jest polityka, każdy w pierwszej kolejności martwi się o siebie i swoich obywateli.

Autopromocja
Ranking Samorządów

Poznaj najlepsze samorządy w Polsce

WEŹ UDZIAŁ

Czytaj więcej

Andrzej Poczobut
Andrzej Poczobut. Niedzisiejszy bohater

Zwiedziła pani niemal każdą zachodnią stolicę. Wielu Białorusinów nigdy nie było za granicą. Gdy pani powróci, wielu rodaków pewnie zapyta: jak się tam żyje?

Najważniejsza różnica polega chyba na tym, że tu, na Zachodzie, ludzie mają prawa. Człowieka szanują niezależnie od wykonywanego zawodu. Bo jak ktoś na Białorusi sprząta ulicę, to jest traktowany jako „półczłowiek". Tu jest inaczej, ma takie same prawa, jak właściciel dużej firmy. Swobodniej się tu oddycha, nikt nikogo nie wsadza do aresztu za wypowiedziane słowo. Tu się człowiek nie boi.

Jest pani wśród nominowanych do Pokojowej Nagrody Nobla. To ma znaczenie dla Białorusinów?

Niewykluczone, że również Moskwa będzie za stołem rozmów.

Żadnej nagrody nie odbieram dla siebie. Bez milionów Białorusinów nie byłoby mnie, nie byłoby mojej historii. Pokojowa Nagroda Nobla byłaby uznaniem nie czynów Swiatłany Cichanouskiej, lecz przypomniałaby światu o problemach, z jakimi boryka się nasz naród.

Przywódca polskiej Solidarności Lech Wałęsa otrzymał tę nagrodę w 1983 roku, a sześć lat później doszło do Okrągłego Stołu. Czy władze w Mińsku w ogóle dopuszczają do siebie taką myśl?

Myślę, że tak. Bo cały świat demokratyczny wyraźnie pokazał, że tym razem nikt się nie zamierza dogadywać z reżimem. Sumienie nie pozwoli Europie postąpić inaczej. Część przedstawicieli władz w Mińsku do końca będzie z Łukaszenką, bo mają ręce we krwi. Są jednak też uczciwi sędziowie i prokuratorzy, którzy chcą zmian. Chcemy przekonać jak najwięcej ludzi po drugiej stronie barykady, że rządzą nimi szaleńcy. Najpierw incydent z samolotem, a teraz prowokowanie kryzysu migracyjnego. Czytam materiały analityczne, z których wynika, że na granicach z Białorusią może dojść nawet do prowokacji wojskowych. Mam nadzieję, że państwom Europy nie zabraknie determinacji i że po czymś takim już nie wrócą do poprzednich relacji z Łukaszenką.

W białoruskiej opozycji demokratycznej często się mówi o rozmowach z Mińskiem za pośrednictwem państw starej Europy. Coś jest na rzeczy?

Nie ma nic takiego, o czym nie wie opinia publiczna. Większość Białorusinów rozumie, że musimy wychodzić z tego kryzysu pokojowo, nie chcemy wojny i krwi. Na razie reżim nie jest gotów do rozmów. W Mińsku blefują, że sankcje nie mają żadnego znaczenia. Sankcje działają i będą się zaostrzać. W dyktatora uderza też izolacja międzynarodowa, to bardzo go boli. Dlatego wymyślił ten kryzys migracyjny, by przywódcy Europy zaczęli dzwonić do niego, prosić i dogadywać się. Warunki do negocjacji są więc sprzyjające. Szukamy obecnie krajów, które mogą odgrywać rolę mediatorów. Dla nas nie jest istotne, kto będzie pośrednikiem, chodzi o to, żeby reżim zakończył represje, wypuścił więźniów politycznych i rozpoczął dialog z narodem. Takie kraje mogą zacząć kontakty z przedstawicielami Mińska, np. zdzwonią się na poziomie międzyresortowym i porozmawiają. Celem jest jednak okrągły stół z udziałem sił demokratycznych. Rozumiemy też to, że z procesu tego nie da się wykluczyć Kremla. Macron dwukrotnie dzwonił do Moskwy w tej sprawie, Merkel i Biden również poruszali ten temat.

Czyli zgadza się pani ze sformułowaniem, że klucz do rozwiązania problemu Białorusinów leży na Kremlu?

Dlaczego mamy wybierać pomiędzy niepodległością a demokracją? Dlaczego ktoś miałby nam zezwalać na przeprowadzenie wolnych wyborów?

Zdajemy sprawę z tego, jak zaawansowana jest integracja gospodarcza naszych krajów, że 50 proc. eksportu białoruskich towarów jedzie do Rosji. Niewykluczone więc, że również Moskwa będzie za stołem tych rozmów. Musimy jednak przekonywać Europejczyków, by nie szukali wyjścia wyłącznie w dobrej woli Kremla. Nie powinno być rozmów o Białorusi bez udziału Białorusinów. Gdyby zachodni przywódcy zaczęli prosić Putina, by wpłynął na Łukaszenkę, muszą przecież pójść na jakieś istotne ustępstwa wobec Rosji, chociażby w kwestii sankcji. Nie warto. Jeżeli Kreml daje Łukaszence 1,5 mld dol., to niech Zachód pomoże społeczeństwu obywatelskiemu na Białorusi, by nie ustawało w swojej walce. Chodzi o to, by Łukaszence szybciej wyczerpały się zasoby.

Znany rosyjski ekspert w dziedzinie międzynarodowych Fiodor Łukjanow proponował armeński scenariusz dla Białorusi. Demokratyczne wybory, ale rosyjskie bazy wojskowe i uzależniona od Moskwy gospodarka. Jak pani podoba się taka opcja?

Dlaczego mamy wybierać pomiędzy niepodległością a demokracją? Dlaczego ktoś miałby nam zezwalać na przeprowadzenie wolnych wyborów? Chcemy przejrzystych relacji z Rosją, swoją politykę zagraniczną będziemy prowadzić zgodnie z interesami Białorusinów. Prawdą jest jednak to, że wielu Białorusinów, zwłaszcza w mniejszych miastach i na wsiach, nie rozumie, czym jest demokracja, bo nigdy jej nie doświadczyli. Więc gdyby teraz pojawił się prorosyjski polityk, który poprawiłby życie zwykłych Białorusinów, wielu by mu klaskało. Musimy najpierw ludziom wytłumaczyć, czym jest demokracja, jak to działa i w jaki sposób zmieni ich życie.

Nestor białoruskiej opozycji demokratycznej Zianon Paźniak zaapelował niedawno do Zachodu o zniesienie nałożonych na Białoruś sankcji gospodarczych oraz wznowienie połączeń lotniczych. W przeciwnym wypadku, jak twierdzi, Białoruś zostanie wchłonięta przez Rosję. Co pani o tym myśli?

Paźniak wiele zrobił dla Białorusi, ale myślę, że jego propozycja jest oderwana od rzeczywistości. Mam wrażenie, że nie rozumie sytuacji. Przecież jeżeli Zachód zniesie sankcje, Łukaszenko zwycięży. Uzna, że może robić wszystko i nie zostanie za to ukarany, a nie powinien bezkarnie czynić tego, co czyni.