Niestety, tak się u nas przyjęło, że władza zawsze wie najlepiej. Nie czuje potrzeby konsultowania swoich zamierzeń legislacyjnych. Uwagi zainteresowanych nowymi regulacjami są zbędne, bo mogłyby tylko coś zepsuć.

Tak było z projektem ustawy o podatku reklamowym. Nie zdziwiłbym się (pewności nie mam, bo u nas te sprawy są tajne), gdyby się okazało, że ów projekt pisali „eksperci" z mlekiem pod nosem, którzy po stażu lub bardzo krótkiej karierze w mediach stali się fachowcami od rynku mediowego. Ich legislacyjne dzieło zamówili i zatwierdzili później politycy, którzy na mediach znają się jeszcze mniej. I gotowe.

Czytaj także:

Kluby sportowe i sieci handlowe też zapłacą podatek reklamowy

Nie tylko media zapłacą podatek reklamowy

Nikt nie zadał sobie trudu przeanalizowania efektów i zakresu działania takiej ustawy. Ciekawe, czy rządowi eksperci zdają sobie sprawę, że oprócz nielubianych mediów obciążyli również właścicieli obiektów sportowych, którym w ostatnim roku nie wiodło się najlepiej, samych sportowców czy też sieci handlowe – wydawców gazetek reklamowych.

Na pewno co najwyżej pobieżnie rządowi legislatorzy przeanalizowali orzecznictwo sądowe w sprawach ekstradanin. Wypowiedział się w tej sprawie już w 2014 r. Trybunał Konstytucyjny, a Naczelny Sąd Administracyjny ma linię orzeczniczą, bardzo klarowną. Uznaje za niezgodne z konstytucją podwójne opodatkowanie za to samo. Może ono prowadzić nie tylko do nadmiernych obciążeń, ale i dyskryminacji fiskalnej jednych branż wobec innych. Trudno też tu mówić o konstytucyjnej zasadzie powszechności i równości zakładającej, że wszystkie podmioty obciążane są tą samą miarą. Media płacą dziś od wpływów reklamowych CIT, czyli podatek dochodowy. I nie ma znaczenia, że nowa danina będzie miała inną konstrukcję: podatku liczonego od przychodu. Wydawcy za reklamy zapłacą podwójnie i kropka.

Inną kwestią jest, że sprawy tego rodzaju „opłat" są rozstrzygane przez Trybunał Sprawiedliwości UE. Nasz rząd toczy obecnie spór z Brukselą o głośny podatek od sprzedaży detalicznej, który konstrukcją niczym nie różni się od podatku reklamowego. W Luksemburgu badana jest też sprawa węgierska, w której podobna opłata jest kwestionowana właśnie pod zarzutem nierównomiernego obciążenia fiskalnego.

Rządowi eksperci jakby o tym nie wiedzieli. Posługują się w publicznych wypowiedziach populistycznymi argumentami o „germanizacji polskich mediów" czy niepłaceniu podatków przez wydawców. Zdecydowana większość wydawców płaci jednak podatki, i to spore. Bez preferencji, ulg, które może nawet byłyby uzasadnione sytuacją, w jakiej znalazły się media. Te tradycyjne od dekady zmagają się ze spadkiem czytelnictwa i wpływów reklamowych. Te elektroniczne jeszcze mediów tradycyjnych nie zastąpią. Dodatkowy podatek w czasie pandemii to raczej ruch obliczony na dobicie niektórych, inaczej tego odczytywać nie można.

Rząd wytykający niektórym mediom niepłacenie podatków w Polsce odsłania swoją bezradność w tej kwestii. Wszyscy zgadzamy się bowiem, że podatki mają być płacone przez wszystkich i na takich samych zasadach, bo firmy, które się wyłamują, naruszają zasady konkurencji. Czy jednak sposobem na zmianę tej sytuacji jest dywanowe objęcie dodatkową daniną wszystkich – tych uczciwie płacących i tych niepłacących wcale? To absurd. Państwo powinno stworzyć mechanizmy egzekucji fiskalnej od cyfrowych gigantów, którzy podatków unikają. A pozostałym tworzyć dobre warunki do rozwoju. Najlepiej trzymając się z daleka od ich działalności.